sobota, 6 sierpnia 2016

Rozdział I

Menel, jakich mało

W ciemnej, cuchnącej melinie, która przez normalnego człowieka absolutnie nie zostałaby nazwana domem coś się poruszyło. Brudne, obdrapane ściany przyozdobione czarno-białymi zdjęciami ze ślubu i z wojska przeszył przerażający, nieludzki ryk - to Gorawski. Właśnie zbudził się po libacji. Było to pijaczysko o odrażającym wyglądzie. Niski, krępy, przygarbiony budowlaniec o skórze lepkiej, o świńsko-różowawym kolorze. Na głowie krótkie siwe włosy, brudne od kawałków błota z wczorajszego powrotu do domu, wąsy tłuste, pokręcone każdy w inną stronę zawierające kawałki wyrzyganego nad ranem wczorajszego bigosu. Usta fioletowe, popękane z powodu degeneracji układu immunologicznego. To był on. Leżąc na podłodze swej pieczary wyciągnął rękę w stronę stołu, poszukując butelki z resztkami Żytniej. Jednak butelki nie znalazł. ''Pewnie znowu miotałem butelkami w tą kurwę'' - pomyślał. Opierając się o wysłużony stół zaścielony gazetą, Gorawski podniósł się i stanął na swych krępych nogach. ''Kurwa!'' - powiedział donośnie. Zaczął rozglądać się po mieszkaniu w poszukiwaniu jakiś pieniędzy. Nigdzie jednak nie było nawet grosza. - ''Ta kurwa schowała wszystkie oszczędności!'' - Ryknął w niebogłosy, aż z żyrandola w kuchni wypadła żarówka pamiętająca jeszcze animozje poprzedniego ustroju. Gorawski z hukiem wparował do pokoju małej Madzi. Córki nie było - była w szkole. Jednym zamaszystym ruchem wyrzucił na podłogę wszystkie książki z regału, aż w końcu znalazł to, czego szukał - to była skarbonka. Nie zastanawiając się nawet nad moralnością zabierania kieszonkowego własnej córce, napędzany frustracją z całej siły cisnął porcelanową świnką o podłogę. Drobne rozsypały się po podłodze. Zadowolony Gorawski rzucił się na kolana i z gracją kałamarnicy zaczął zbierać pieniądze do kieszeni. Nie było to jednak łatwe, ze względu na odmawiające posłuszeństwa dłonie, tańczące wesoło w silnym delirium. Uzbierawszy nieco ponad siedemnaście złotych z podłogi wybiegł z domu i udał się w nieznanym kierunku. Jego żona w obawie przed rychłym powrotem wynurzyła się ukryta z szafy na buty dopiero po kilku minutach od zatrzaśnięcia się drzwi. Wiedziała już, że Gorawski wróci dopiero wieczorem, a także, że nie będzie sam.  - ''Pewnie znowu mnie pobiją, bo nie chciałam posprzątać ich wymiocin- Pomyślała.
                Dokładne zlokalizowanie Gorawskiego nie było trudne - każda mijana przez niego na osiedlu osoba wiedziała, że udaje się on do swego eldorado, Valhalli wszystkich czwórasów - Alkoholi Świata. Pewnym i dynamicznym ruchem Gorawski pociągnął za sklepową klamkę. Drzwi jednak stały w miejscu. - ''Jak to kurwa czynne od 11:00? Pierdolony świat!'' - wykrzyknął Gorawski kopiąc w drzwi monopolowca. Bezradny i wycieńczony osunął się na ziemię, plecami opierając się o metalowe drzwi. Pijacką konsternację przerwał szczęk otwieranej kłódki - tak, właściciel otworzył sklep. Podekscytowany, acz rozwścieczony Gorawski wtargnął do świeżo otwartego sklepu. Nie musiał nawet mówić ''dzień dobry'', ekspedient od razu wyjął trzy ''Bombardiery'' na sklejkową, obdrapaną ladę. Rozanielony do granic możliwości Gorawski swymi grubymi, popękanymi, robotniczymi paluchami zaczął wyciągać z kieszeni drobne do dziś rana należące do jego córki. Następnie opuścił sklep i udał się w nieznanym kierunku - tyle zdołała ustalić jego żona po wizycie w sklepie. 

Minęło kilka dni, życie pani Gorawskiej i jej córki Madzi przypominało sielankę. Był bezchmurny, słoneczny, kwietniowy poranek. Na gwarnym osiedlu uśmiechnięci ludzie podążali przed siebie za swoimi sprawami. Bez siniaków na żebrach, przypalonego papierosami czoła i obitej mordy, pani Gorawska spokojnie robiła Madzi kanapki do szkoły. Radość niespodziewanie przerwało bardzo hałaśliwe otwarcie się drzwi. - ''O kurwa!'' - pomyślała. W drzwiach ukazał się efekt kopulacji, w której to pijany mężczyzna dosiadł swoją chorą na zaawansowany zespół Downa córkę - w progu stał Gorawski. Opierając się o ścianę, chwiejnym krokiem zaczął zmierzać w stronę swojej żony. Jego krępe, obdarte na kolanach nóżki parły prosto na nią. Wiedziała, co się stanie. Pierwszy cios niemal ją ogłuszył - posłużył się bowiem butelką. Następnie padały kopniaki. Wyrobione od noszenia worków z Ceresitem na siódme piętro Szwedzkich apartamentowców mięśnie krępych nóg miotały jej małym ciałkiem po całej kuchni. - ''Czemu mi to robisz?'' - zapytała. -  ''Kurwa! Całą Cię oblazły!'' - odparł przerażony Gorawski, nieustannie kopiąc korpus swej autystycznej żony. Całej sytuacji przyglądała się mała Madzia. Spóźniona do szkoły, stojąc w progu przypominała sobie słowa, które w podobnych sytuacjach kierowała do niej mama, gdy Madzia była w zerówce. - ''My się tylko bawimy, tatuś z mamusią tylko się tak bawi'' - powtarzała szeptem zaciskając swe świńskie powieczki. Gorawski przestał kopać swą żonę tak szybko, jak zaczął.

 - ''W końcu z Ciebie zlazły'' - wystękał spocony i zasapany.
                Madzia zamknęła się w swoim pokoju. Zasnęła. Uciekając w krainę sennych marzeń próbowała zapomnieć. Śniło jej się, że tatuś jest rycerzem, który nie chwiejąc się i nie wymiotując wsiada na białego rumaka i zabiera ją w dalekie krainy, a ona sama jest księżniczką. Sen przerwał smród wypalonych Saint George'y przepełniający jej nozdrza. Otworzyła oczy. Na jej różowym łóżeczkiem z podartą pościelą stał pochylony Gorawski. - ''Wstawaj ty obesrany bękarcie!'' - ryknął zdzierając z niej podarte prześcieradło. Pchły i kurz posypały się po całym pokoju. Gorawski wraz z Madzią udali się do centrum miasta. Zatrzymali się na deptaku, pod znaną cukiernią ''Hetman''. - ''Tatuś zabiera mnie na lody'' - pomyślała Madzia. Gorawski przemógłszy reumatyzm siadł po turecku przy ścianie cukierni. - ''Siadaj na kolanach'' - ryknął do swej córki. Madzia straciła rachubę czasu. Siedzieli tam godzinę może dwie. Zastanawiała się, czemu co chwilę zatrzymują się koło nich jacyś ludzie i rzucają tacie pod nogi pieniądze?  - ''Może tatuś chce pochwalić się wszystkim, jaka jestem śliczna?'' - pomyślała. Gdy deptak nieco się wyludnił, podekscytowany Gorawski wstał, wziął Madzię za rękę i udał się w dół deptaka. - ''Gdzie idziemy tatusiu?'' - zapytała. - ''Zamknij mordę, mam plan'' - odparł stanowczo Gorawski. Po chwili znaleźli się pod budynkiem, który Madzia bardzo dobrze znała. To tu jej mama znalazła kiedyś mnóstwo przedmiotów, które wcześniej zniknęły z ich domu. 
- ''Tatusiu, co to jest LOMBARD?'' - zapytała. - ''Teraz będziesz mieć nowych rodziców.'' - Odparł Gorawski, - ''Zaczekaj tu''. Malutka Madzia czekała przed wejściem, gdy jej tata wszedł do budynku. Czekała tam jakiś kwadrans, patrząc się na ludzi, którzy widząc ją odwracali wzrok i na młode mamy, które pokazywały ją palcami swoim dzieciom kiwając głowami. Wtem drzwi tego dziwnego miejsca otworzyły się z hukiem i wybiegł z nich zirytowany Gorawski. - ''Interes się nie udał'' - rzekł smutny i zrezygnowany.
                Gorawski złapał swą malutką córeczkę za jej baleronkowatą rączkę i ruszył jak z kopyta. ''Dokąd idziemy tatusiu?'' Pytała malutka Madzia. Gorawski nie chcąc wzbudzać podejrzeń przechodniów, dyskretnie wykręcił jej nadgarstek niemal go łamiąc. -  ''Zamknij mordę'' - wyszeptał. Po krótkim spacerze dotarli pod sklep zoologiczny. -  ''Poczekaj'' - rzekł Gorawski pewnym krokiem otwierając sklepowe drzwi. - ''A jednak pamięta, że dziś są moje urodziny, pewnie dostanę chomika'' - pomyślała mała Madzia. Jak wielkie ogarnęło ją rozczarowanie, gdy wychodząc ze sklepu zobaczyła, że tata w ręku trzyma smycz. - ''Po co ci smycz tatusiu?'' - zapytała. Gorawski wykręcił jedynie swoją parszywą mordę w niezbyt przyjemnym dla oka grymasie. Wyrażało to więcej niż tysiąc słów. Jednym wprawnym ruchem swych remontowo-budowlanych rąk obwiązał jeden koniec smyczy wokół szyi Madzi. - ''Czyli to taka zabawa, tak?'' - pytała zaciekawiona, choć wciąż trzęsąca się ze strachu Madzia. - ''Tak'' - burknął Gorawski trzymając dopalającego się peta w swych popękanych ustach. Nie zważając na uczucia swojej córki, drugą końcówkę smyczy przywiązał mocnym harcerskim supłem do parkingowej latarni. - ''Nawet delira mnie nie powstrzyma'' - pomyślał. Po ostrożnym rozejrzeniu się, czy nikt nie widzi wyniku jego pijackiej fantazji, spokojnym krokiem skierował się w stronę baru na Krzywej. - ''Tatusiu, dokąd idziesz? Nie zostawiaj mnie tu'' - krzyczała zapłakana Madzia. Gorawski miał to jednak daleko w dupie.
                Obudził się na chodniku, nie wiedząc, co jego zakrwawiona morda robi w kałuży. Nad nim stało czterech innych jemu podobnych osobników. - ''Spróbuj jeszcze raz ukraść moje piwo, jak wyjdę do łazienki'' - krzyknął jeden z nich kopiąc leżącego Gorawskiego w jego pijacki tors. - ''Eeeeeh'' - zawył z bólu Gorawski uderzony w ledwie funkcjonującą i tak już wątrobę. Wiedział, że musi uciekać, nie wiedział jednak, jak uwolnić się z tej opresji. Na wyciągnięcie ręki zobaczył leżącą cegłę, która najwyraźniej wypadła z pobliskiej kamienicy. Nie zastanawiając się chwycił za nią i złapawszy ją mocno swymi popękanymi, grubymi palcami wstał i jak oszalały rzucił się na napastników. Uderzenie cegły powaliło jednego z agresorów w trybie natychmiastowym. Siny nos oponenta w jednej chwili przestał istnieć. Pozostali uciekli w popłochu. Stojąc tak w chwilowej konsternacji nad leżącym w agonii pijaczyną nie przestawał się zastanawiać, jak znalazł się w takim położeniu i skąd wzięli się napastnicy. - ''Co jest, kurwa?'' - pomyślał. Tą niezwykłą refleksję zakończyła jednak szybko myśl, aby przeszukać kieszenie swej ofiary. Wciąż pijany w sztos, Gorawski nachylił się nad śmierdzącym jestestwem menela niemal równego jemu samemu i powstrzymując objawy delirium sięgnął do jego kieszeni. Dla osób patrzących z boku mogło to wyglądać, jak gdyby robił mu dobrze - ręka nie przestawała mu drżeć. Trud jednak popłacał - jego spracowana dłoń znalazła sześć polskich złotych i paczkę papierosów. - ''Pełnia szczęścia'' - pomyślał. Idąc przed siebie zauważył, że z całego majestatu jego pijackiej mordy cieknie krew. Zrozumiał, że tylko szybki powrót do domu uchroni go przed zatrzymaniem przez najbliższy patrol policji. Nie mógł iść dłużej ulicą, lecz znał inną drogę. Zatrzymał się przy najbliższej studzience, wprawnym ruchem zdjął z niej żeliwny właz i bez chwili zawahania wskoczył do kanału.
                Tymczasem w domu Gorawskich panował spokój. Pani Gorawska zdołała wmówić małej Madzi, że przywiązanie jej na smyczy do parkingowego słupa było jedynie urodzinową zabawą, a tata wykazał się niezwykłą kreatywnością i poczuciem humoru. Madzia na szczęście uwierzyła i szybko zapomniała o wykręconym nadgarstku i zaczerwienieniach na szyi spowodowanych mocnym zaciśnięciem harcerskiego supła. Na starym, kineskopowym telewizorze obie oglądały Galileo, ciesząc się względnym spokojem. Harmonia jednak zakończyła się wraz z nagłym otwarciem się drzwi. W progu pojawiło się coś, co nie przypominało ani żadnego znanego im człowieka, ani zwierzęcia, ani też mitycznej postaci. Oblepiony kałem z kanału, w podartym ubraniu i z zeschniętą krwią pokrywającą całą powierzchnię twarzy, owo stworzenie wkroczyło do domu nie ściągając nawet butów. Widząc zmarnowaną życiem gębę swojej żony wpatrującą się w niego swym autystycznym wzrokiem, Gorawski szybko zapomniał o zdobiącym go nietypowym kamuflażu i odniesionych ranach. Jedyne, czego pragnął, to jej przypierdolić. Pikanterii dodał fakt, że w domu znajdowała się również Madzia, której (zgodnie z jego misternym planem) miało już nie być. Nie mógł odpędzić się od wiru agresywnych myśli. - ''Kurwa!'' - wykrzyknął donośnie, pędząc wściekle w kierunku swej ślubnej. Szkła jej okularów, grube niczym denka od słoików roztrzaskały się na kawałki, tak jak jej kość policzkowa wraz z uderzeniem jego mocno zaciśniętej, plebejskiej pięści. Pani Gorawska bezwładnie padła na podłogę. Z dywanu posypały się tumany kurzu. Malutka Madzia, chcąc szybko się ewakuować, zaczęła biec w stronę uchylonych drzwi balkonowych. - ''A ty dokąd?'' - wrzasnął rozwścieczony Gorawski zatrzymując znienawidzoną przez siebie córkę złapawszy ją za kucyk, który dziś rano zrobiła jej mama. Naprężając swój zasłużony wieloma udanymi remontami biceps i nabrawszy rozpędu, Gorawski uderzył głową Madzi o zniszczoną ścianę. Siła uderzenia zrzuciła na podłogę ramkę z jego zdjęciem z wojska. Rozwścieczyło to go jeszcze bardziej. Nie przestał jednak bić dzieckiem o ścianę. Następne spadło jego zdjęcie ślubne, za co poniekąd był wdzięczny Madzi. Gdy dziewczynka straciła przytomność Gorawski beztrosko puścił bezwładne ciałko na podłogę. Przyglądając się rozgardiaszowi, jaki zapanował w pokoju, a także swej żonie i córce leżącym na podłodze, uśmiechnął się z satysfakcją i zapalił papierosa.

                Paląc spokojnie wyglądał przez okno, strzepując popiół na plecy swojej autystycznej żony. Był dumny, dumny z siebie, ze swojego życia i ze wszystkich wykonanych w swym życiu remontów. Dopaliwszy papierosa niemal do samego filtra, zgasił go na czole Madzi. Poczuł swąd palonej skóry zmieszanej z marką Saint George. Gorawski postanowił wziąć prysznic. W drodze do łazienki zerwał kabel z telefonu wiszącego na ścianie, w razie gdyby jego szanowna małżonka wpadła na pomysł zadzwonienia na policje, lub co gorsza - do mamusi. Gdy znalazł się już w łazience, której aranżacja nie zmieniła się od poprzedniego ustroju, naszła go refleksja, że od kilku godzin nie wypił. Ta świadomość spowodowała kolejny napad agresji. Gdy już przepłukał swe nędzne lico, czym prędzej wyszedł z wanny. Za najlogiczniejszą z opcji uznał opuszczenie tego bałaganu. Z rozpadającej się kuchennej szafki zabrał zapalniczkę i niewielki, ostry nóż. Na odchodne jeszcze kopnął swą małżonkę w bebechy. Podskoczyła nie odzyskując przytomności. Wyraz twarzy Gorawskiego wskazywał jednak, że ma to głęboko gdzieś, myślami był już gdzie indziej.

                Dwie godziny później już był w parku. Humor jednak mu nie dopisywał. Dwa ''Bombardiery'', które kupił za zdobyte krwią i blizną sześć złotych starczyły mu tylko na krótką chwilę. Był w czarnej dupie. Bez pieniędzy, przyjaciół i dostępu do alkoholu przyszłość Gorawskiego nie rysowała się różową kredką. - ''Kurwa!'' - pomyślał. Musiał coś zrobić, musiał wykazać się geniuszem, jakiego ani bar na Krzywej, ani osiedlowy monopolowiec jeszcze nie widział. Owa medytacja pomogła bardzo szybko. Gorawski wstał jak poparzony, podbiegł do najbliższego śmietnika, wyciągnął z niego dużą, plastikową butelkę w której natychmiast umieścił swojego członka. Chwilę później żółtawo-pomarańczowe kropelki wydobyły się z jego fioletowego, nabrzmiałego grzyba. Gorawski sapnął, strzepnął dwa razy swym fallusem, po czym przyłożył butelkę do ust i wypił co do kropelki. - ''Perpetuum mobile'' - wykrzyknął.
                Cieplutki mocz pociekł po siwym zaroście na jego chamskiej brodzie. Ogarnęła go euforia równa ejakulacji wprost w waginę martwej szesnastolatki. Gorawski był szczęśliwy. Jakiś głos w potylicy mówił mu, że jest wspaniałym naukowcem, a jego niezwykły wynalazek powinien zostać nazwany ''promilem zwrotnym''. Gorawski poczuł olbrzymią ochotę ucieczki w odległe krainy, z dala od brzydkiej żony z autystycznym wyrazem twarzy i od tego bękarta, który jest trudniejszy do wyeliminowania,  niż mogłoby się wydawać. Chciał zrealizować to marzenie, wiedział, że jest ono w zasięgu ręki. Potrzebował tylko znaku z Niebios. Wtem parkową alejką minął go około dwunastoletni chłopczyk jadący na rowerze typu BMX. Gorawski wiedział, że taka okazja więcej się nie powtórzy. - ''O cię chuj!'' - pomyślał. Ze zwinnością pantery dogonił wspomnianego małolata i włączając do akcji swe robotnicze, krępe mięśnie dwugłowe ud, jednym wprawnym kopniakiem między łopatki zrzucił chłopca z roweru. - ''Co Ty robisz kretynie?'' - zapytał mały skejcik z krwawiącym nosem. Gorawski bez słowa sprzedał mu jeszcze jednego kopa, tym razem w twarz, a następnie wsiadł na rowerek. Trochę krzywo i nieudolnie - ale jechał. Po raz pierwszy od czasów wojska na prawdę poczuł się wolny.

                Euforia nie trwała długo. Po spaleniu wielu kalorii, a co za tym idzie straceniu wszystkich promili, jazda przestała być przyjemna. Uczucie wolności zmieniło się w nieposkromioną obawą przed jutrem. Gorawski wiedział, że musi wrócić do domu, kopalni zzatapczanowych drobniaków. Ostatkiem sił dotarł na swoje osiedle, rower zaparkował pod klatką, gdy wszedł na klatkę, ujrzał nieznanego mu mężczyznę stojącego w progu jego mieszkania i rozmawiającego z jego żoną. Kątem ucha usłyszał część tej konwersacji. - ''A kiedy wróci?'' - zapytał mężczyzna. - ''Ale ja na prawdę nie wiem gdzie on jest!'' - odparła pani Gorawska. - ''Pani mąż nie zapłacił rachunków za telewizję kablową od maja zeszłego roku. W związku z powyższym zobowiązany jestem odciąć kabel od głównej skrzynki. Proszę pokazać mi drogę na dach'' - powiedział spokojnie windykator. Gorawski uznał, że to za wiele. Nie czekając na dalszy bieg wydarzeń wybiegł z klatki, po czym obiema silnymi rękami złapał za szarą, metalową rynnę pod blokiem. Napinając swe wyrzeźbione na budowie mięśnie zaczął powoli wspinać się na dach. Zmęczony i co gorsza trzeźwy - nie przestawał. Konfrontacja była nieunikniona. Na dachu ujrzał to okrutne, komornicze ścierwo dobierające się do skrzynki odbiorczej lokalnej telewizji kablowej. Wyczuwając czyjąś obecność, oponent odwrócił się i spojrzał Gorawskiemu prosto w jego degenerackie oczy. - ''Przygotuj się na spotkanie z przeznaczeniem'' - pomyślał Gorawski, jednak powiedział jedynie - ''Kurwa'' głosem tak donośnym, że przestraszył wszystkie wrony w obrębie czterech następnych bloków. Nie mogąc pozwolić na odcięcie swej ucieczki od rzeczywistości, Gorawski jednym wprawnym ruchem wyrwał najbliższą dachówkę i dzierżąc ją niczym rycerz broniący honoru królestwa przypierdolił nią zdezorientowanemu pracownikowi firmy windykacyjnej. Mężczyzna osunął się z nóg i upadł bezwładnie. Chcąc zakończyć obronę swego sacrum, Gorawski otworzył właz do klatki i z całych sił trzymając pokonanego przeciwnika zaczął znosić go na dół. Gdy już znalazł się na parterze, spokojnie wyszedł z klatki i wrzucił bezwładne ciało do śmietnika. Nie zapomniał jednak o najważniejszym - z podartych spodni komornika wyciągnął portfel. Znalazł tam banknot dwudziestozłotowy i dowód osobisty. Szczęśliwy udał się w stronę sklepu monopolowego.
                Nie minęła nawet godzina, a głową Gorawskiego zdążyły już zawładnąć zbawienne promile. Upojony swym wysokooktanowym paliwem, postanowił zrobić pożytek z dowodu osobistego, którego niewiele wcześniej stał się właścicielem. Doskonale wiedział, gdzie się udać. Do lokalnej filii Providentu zawitał zaraz przed zamknięciem. Piszczący dzwoneczek zadzwonił, jako sygnał otwartych drzwi.-  ''Ach, to znowu Ty'' - powiedział pracownik. - ''Mam zawołać ochronę, czy wyjdziesz po dobroci?''. Gorawski nic nie mówiąc dumnym, iście napoleońskim gestem wyciągnął z dowód osobisty z kieszeni swych brudnych spodni. Następnie równie dumnie i pogardliwie rzucił go na biurko pracownika. ''pięćset złotych'' - dodał. Niezwykle zdziwiony pracownik uważnie przyjrzał się dokumentowi, już na pierwszy zauważył rzut oka, że aparycja śmierdzącego menela stojącego tuż przy jego biurku w niczym nie przypomina zdrowego, ogolonego człowieka uśmiechającego się na zdjęciu. - ''Próba pożyczki za okazaniem nieswojego dokumentu to przestępstwo'' - powiedział spokojnie.
 - ''To z wojska, kurwa'' - powiedział Gorawski. Młody człowiek stwierdził, że zbyt mało mu płacą, aby ryzykował zdrowie i ewentualnie życie na weryfikację prawdziwości słów tego, znanego wszystkim osiedlowego degenerata i niezwłocznie podjął wypełnianie dokumentów dotyczących kredytu. Po nie więcej jak piętnastu minutach, zadowolony Gorawski opuścił biuro, następnie ochoczo oddając mocz pod jego drzwiami. Poczuł, że znowu jest szczęśliwy. Ostatnio czuł się tak, kiedy przy użyciu śrubokrętu zakupionego w Ikei udało wyciągnąć mu się wszywkę z przedramienia. Życie znów miało sens. Mając w kieszeni 500 polskich złotych stwierdził, że może wszystko. Poczuł się jak Rose stojąca beztrosko na dziobie Titanica. Postanowił niezwłocznie się napierdolić.
                Gorawski poszedł do piwnicy pobliskiego bloku, gdzie urzędowali jego starzy znajomi. Ostrożnie schodząc po betonowych schodach i trzymając w rękach skrzynkę Bombardierów, Gorawski rozglądał się w poszukiwaniu swoich kompanów. Nie mylił się - przyjaciele siedzieli w piwnicy jednego z nich, która została przerobiona na Klub. ''Pod Papugami'' - wisiała tabliczka na drzwiach piwnicy. Nie mając wolnej ręki, Gorawski wykonał kilka śmiałych kopniaków swoim wytrzymałym butem do robót ogólnobudowlanych zakupionym w szwedzkim markecie w solidne, drewniane drzwi. - ''Hasło!'' - odezwał się ochrypły, zapijaczony głos z wewnątrz. - ''Kurwa, zapomniałem!'' - wrzasnął rozczarowany Gorawski. Drzwi jednak otworzyły się i jego oczy ujrzały dwóch starych przyjaciół, siedzących w malutkiej piwnicy na drewnianych skrzynkach po owocach. Miejsce to poniekąd budziło grozę. Szare, nieotynkowane ściany, przystrojone kilkoma plakatami nagiej Britney Spears. Malutkie okienko z drewnianą ramką, przez które wpadał tylko niewielki słup światła skierowany w jedną stronę. Owa łuna była sama w sobie przerażająca. Światło z okna padało bezpośrednio na odwróconą dnem do góry drewnianą skrzynkę na owoce, z której przesiadujący tam menele zrobili sobie stolik. W rogu stało więcej takich skrzynek, jedna na drugiej. Służyły one za krzesełka. Gorawski rozsiadł się jak u siebie i częstując kolegów alkoholem został przywitany z najwyższymi honorami. Był oczywiście aplauz na stojąco i czułe słowa. Jednak po kilku godzinach libacji przestało być tak kolorowo. Kolegów bardzo zniesmaczył fakt, że pijany Gorawski postanowił bezpruderyjnie w ich obecności onanizować się do plakatów nagiej Britney. - ''Musze zwalić konia'' - wykrzyknął podczas jednej z kolejek. Wstał i, jakby nigdy nic wyciągnął przyrodzenie w obecności swoich kompanów. Rozmiar jego fallusa był imponujący. Długi niemal do kolan starego pijaczyska trzon, z grubą żyłą na środku i włosami typu Ryszard Riedel, zakończony wielkim, nabrzmiałym, fioletowym grzybem. Smród tak okazałego penisa był powalający. Na żołędziu, w świetle wpadającym do piwnicy, mieniła się biała, błyszcząca mastka, ewidentnie zbierająca się tam od dawna. Uwagę również przykuł ropień znajdujący się przy lewym jądrze. Koledzy siedzieli w bezruchu, jak osłupiali. Nigdy bowiem nie widzieli czegoś tak obrzydliwego, aczkolwiek tak pięknego zarazem. Zazdrość jednak wzięła górę. Tadeusz Praduk - niegdyś uznany sierżant Wojska Polskiego, nie mogąc patrzeć na tą obsceniczną groteskę, jednym mocnym ruchem uderzył butelką po Bombardierze w nabrzmiałego fallusa Gorawskiego.   Olbrzymi penis jednak nawet nie drgnął, a butelka się nie zbiła. Rozwścieczony do granic wytrzymałości Praduk niemal z całych sił uderzył ponownie. Butelka rozprysnęła się na kawałki. Mina Gorawskiego zmieniła grymas o sto osiemdziesiąt stopni. Duży, trójkątny kawałek szkła tkwił w jego wciąż nabrzmiałym żołędziu, a z cewki moczowej ciekła krew. W olbrzymim trzonie jego penisa znajdowało się kilkanaście mniejszych kawałków butelki. ''Kurwa'' - wykrzyknął będąc w niebywałym szoku i osunął się na ziemię.
               -  ''Ja pierdolę'' - pomyślał nie widząc nic poza białym światłem. Przez chwilę myślał, że znajduje się w Niebiosach, gdzie nie ma jego popierdolonego dziecka i autystycznej żony. Szybko jednak okazało się, że biedny, pokaleczony Gorawski znajduje się na szpitalnym łóżku, w obserwowanej całą dobę sali pooperacyjnej. ''Kurwa!'' - wykrzyknął donośnie zwracając tym samym na siebie uwagę dyżurnej pielęgniarki oraz innych pacjentów w sali. - ''Co się dzieję proszę Pana?'' - spytała szczupła, niewysoka pielęgniarka w średnim wieku.
 - ''Co ja tu?'' - zapytał zaniepokojony Gorawski. W głowie zaczęły mu pojawiać się niezbyt spójne ze sobą obrazy, które jednak zdawały się zbyt przerażające, aby okazać się prawdą. -  ''W niezbyt jasnych okolicznościach doznał Pan poważnego urazu prącia. Konieczna była operacja a także trzymanie Pana w śpiączce farmakologicznej.  Z powodu obwitych ran zmuszeni byliśmy Pana zacewnikować do czasu zdjęcia szwów'' - powiedziała spokojnym, aczkolwiek nadającym jej słowom dużej powagi tonem. - ''Kurwa!'' - mruknął pod nosem Gorawski. Jak zwykle w jego przypadku wyrażało to więcej, niż tylko mamrotanie nieogarniającego sytuacji menela. Wiedział, że jego stan jest kiepski, ale stabilny. Wiedział, że musi zemścić się na Praduku. Co gorsza wiedział też, że choć w szpitalu jest darmowe jedzenie i ciepłe łóżko, nie ma tam ani alkoholu, ani papierosów - musiał uciekać. Rozejrzał się po sali. Leżał w odległości około siedmiu metrów od wyjścia, w sali znajdowało się czterech innych pacjentów. Vis a vis z jego łóżkiem, tuż obok drzwi znajdowała się szyba, za którą była dyżurka pielęgniarek. Gorawski wiedział, że musi działać szybko. Postanowił policzyć do pięciu, a gdy to okazało się za trudne, stwierdził, że po prostu będzie biegł przed siebie. Niespodziewanie dla wszystkich obecnych, pełny sił witalnych pijaczyna zeskoczył z łóżka i w niemal atletyczną gracją zaczął biec przed siebie. Okazało się jednak, że ciągnie za sobą łóżko.
 - "Pierdolony cewnik’’ - pomyślał Gorawski szarpiąc za rurkę biegnącą z jego penisa do plastikowego pojemniczka przy łóżku. Pozbywszy się cewnika gnał niczym gazela przez szpitalny korytarz. Na drugim końcu niezbyt długiego segmentu korytarza zobaczył siostrę dyżurną - ''Dokąd Pan się wybiera?'' - krzyczała zdezorientowana. Resztą niewyżartych przez alkohol szarych komórek Gorawskiego zaczęły targać setki myśli. Wciąż biegnąc prosto na pielęgniarkę, zastanawiał się jak wybrnąć z tej sytuacji. Od potencjalnego sukcesu lub porażki dzieliło go jakieś piętnaście metrów i trzy sekundy. Wtem po swej prawej stronie zauważył stojącego mopa na drewnianym kiju. Bez zastanowienia, wciąż w biegu złapał kij od mopa i z większą pewnością siebie biegł w stronę pielęgniarki. Wziął olbrzymi, iście samurajski zamach i trzymając kij od mopa w obu rękach uderzył pielęgniarkę dyżurną w skroń. Silne uderzenie wieloletniego robotnika budowlanego sprawiło, że drewniany kij rozpadł się na trzy części, a setki małych drzazg ze świstem poleciało we wszystkie strony kompasu. Nieprzytomna pracownica służby zdrowia upadła na podłogę, wpadając głową do plastikowej śmietniczki. Gorawski nawet nie miał zamiaru się zatrzymywać. Był nieziemsko wściekły, a co gorsza - wolny.

                W głowie miał już misterny plan zemsty. Posiadał on jednak kilka punktów, które były niezbędne do jego realizacji. Pierwszym i sztandarowym punktem planu było jak najszybsze dostarczenie zbawiennych promili do jego degenerackich żył. Zajrzał do kieszeni - i wtedy rozwścieczył się jeszcze bardziej. Pieniądze, które pożyczył w Providencie zniknęły. Rozwścieczony Gorawski poczuł wszechogarniającą beznadzieję. Cały otaczający go świat stał się szary i smutny - stało się jasne, że potrzebował alkoholu. Wykorzystawszy wszelki potencjał intelektualny na snucie planu ucieczki ze szpitala nie był w stanie na tamtą chwilę wymyślić żadnego sensownego pomysłu na zdobycie pieniędzy. Biegnąc chodnikiem, obiema silnymi rękami złapał za ubranie idącego z przeciwka młodego mężczyznę. - ''Daj pięć złotych, bo ci jebnę'' - powiedział przekonująco Gorawski. Młody człowiek, o wyglądzie typowego intelektualisty bez wahania wyciągnął z portfela błyszczącą monetę i położył ją na czekającej już w błagalnym geście popękanej dłoni Gorawskiego. - ''Jestem geniuszem'' - pomyślał Gorawski artykułując swe myśli jedynie donośnym ''Kurwa''. Gdy zdobył już pierwszy ze swych szczytów, udał się do pobliskiego sklepu, gdzie zakupił butelkę ''Bombardiera'' i jednego, mocnego ''Kenigera''. Upojony alkoholem mógł dalej działać. Czuł, jak jego przystosowane do trzymania młota pneumatycznego mięśnie przedramion zaczynają drżeć. Był wkurwiony, teraz nic nie mogło go powstrzymać. Biegnąc ostatkiem sił złapał się metalowej części tyłu tramwaju jadącego na jego osiedle. Czuł się jak Chuck Norris. Siedząc na tyle jadącego tramwaju Gorawski uprzyjemniał sobie podróż zabierając kanapki z plecaków dzieci wracających ze szkoły i sępiąc papierosa od pana w średnim wieku siedzącego przed nim.  Myślami był jednak gdzieś indziej, nieludzko pragnął zemsty.
                Gdy dotarł już na osiedle, skierował się w stronę sklepu monopolowego. Tam, zaprzyjaźniony sprzedawca dał mu butelkę ''Bombardiera'' na zeszyt. Ekspedient wiedział, że ludzie pokroju Gorawskiego stanowili główną część jego klienteli, nie mógłby pozwolić sobie na stracenie klienta, lub, co gorsza - na zostanie pobitym. Wypiwszy jednym haustem całą siedmiuset mililitrową butelkę, Gorawski udał się w stronę klatki, w której znajdowała się feralna piwnica. Nie czekając na zaproszenie, Gorawski zszedł po betonowych schodach, zbliżając się do drzwi ''Pod Papugami''. Tym razem nie zapukał - on wszedł z drzwiami. W piwnicy był pijany w sztos Praduk. - ''O kurwa, Gorawski'' - wykrzyknął sierżant Praduk próbując wydostać się z piwnicy. Gorawski zatrzymał go jednak łapiąc go swoją masywną dłonią za krtań. - ''Pieniądze'' - powiedział spokojnie Gorawski. Przerażony Praduk wyciągnął z kieszeni 465 złotych, dokładnie tyle ile ostatnim razem miał przy sobie Gorawski. Nie był to jednak koniec planu Gorawskiego. Wciąż trzymając Praduka za gardło, Gorawski uderzył jego głową o nieotynkowanego pustaka będącego elementem piwnicznej ściany. Zdegenerowany sierżant stracił przytomność. Gorawski bardzo dobrze pamiętał, że w kącie piwnicy znajdował się stary, dosyć pokaźnych rozmiarów dywan. Owinął w niego Praduka tworząc swoistego naleśnika, wziął go na plecy i ruszył przed siebie. Wszystko szło zgodnie z planem. Po kilku minutach marszu, Gorawski dotarł do pobliskiego dworca PKS. Trzymając ukrytego w dywanie Praduka, przyglądał się tablicom informacyjnym na autobusach. - ''Zielona Góra, idealnie'' - pomyślał Gorawski podchodząc do autokaru. Nie przykuwając niczyich podejrzeń, otworzył właz bagażnika znajdujący się z boku auta, a następnie szybko wrzucił tam dywan z Pradukiem. - ''Skurwysyn nigdy nie uzbiera tyle, żeby wrócić'' - pomyślał Gorawski, dumnie odpalając papierosa. Ze wzrokiem pełnym satysfakcji spoglądał na wyjeżdżający z dworca autokar, wiedział, że piwnica ma już nowego pana.

                Zadowolony i pijany postanowił wstąpić do domu i zobaczyć, jak ma się jego autystyczna żona i mortadelkowaty bękart. Po drodze kupił jeszcze flaszkę Żytniej. Idąc tak chodnikiem w stronę swojego blokowiska naszła go refleksja, że jest dobrym ojcem. Zrozumiał, jak wielką wykazuje się cierpliwością znosząc to na wstępie skazane na porażkę dziecko pod swoim dachem. Wiedział, że nie zawsze jest idealny ale był pewny, że żaden inny ojciec nie był by dla Madzi tak dobry, jak on. Zadowolenie z siebie osiągnęło już całkowite apogeum, gdy po wejściu do domu zobaczył swą żonę z założonym kołnierzem ortopedycznym na szyi. Ten widok rozbawił go do rozpuku. Mała, mierząca niecałe półtora metra, chuda kobieta, o krótkich brązowych włosach z przedziałkiem na środku i bardzo grubych, okrągłych okularach sprawiała wrażenie ufoludka. Z kołnierzem ortopedycznym przypominała Gorawskiemu ufoludka w trakcie misji na Ziemię. - ''Marsjanie atakują'' - wykrzyknął ze śmiechem. Kobieta starała się ignorować mężczyznę. Pragnęła ukryć strach i niechęć, jednak drżące łydki wprawiające w ruch cały tapczan i spocone dłonie były najlepszym  przejawem tego, jak ta kobieta mogła się w tamtej chwili czuć. Gorawski nie zważając na uczucia małżonki, mocnym szarpnięciem zrzucił ją z tapczanu na podłogę, a następnie sam się na nim położył. Zadowolony z siebie otworzył wódkę i przełączając kanały telewizora popijał ją, jak soczek. Otrzepawszy się z kurzu i usiadłszy na podłodze, Pani Gorawska powiedziała
 - ''Wkrótce w szkole Madzi jest bal przebierańców, a ja nie mam za co kupić jej przebrania ''. Gorawski jednak milczał. - '' Czy na prawdę nawet własne dziecko Cię nie obchodzi? '' - wrzasnęła podirytowana kobieta. - ''Spokojnie, kiedy jest ten bal? '' - zapytał Gorawski. - ''Pojutrze wieczorem'' - odparła zdziwiona zainteresowaniem męża pani Gorawska.-  ''Dobrze, gdzie jest nasza córeczka?'' - zapytał z równym entuzjazmem Gorawski. - ''U siebie w pokoju'' - odparła szczęśliwa i pełna nadziei na normalność kobieta. Gorawski wstał i udał się w stronę pokoju swojej córki. Madzia siedziała na obrotowym krześle przy swoim biurku. Odwróciła się słysząc otwierane drzwi. niemal w tym samym momencie otrzymała solidny cios pięścią w oczodół. Jej twarz skrzywiła się w grymasie zapowiadającym rychły płacz. Gorawski wrócił do swojej przerażonej żony, która stojąc na przedpokoju przyglądała się całej akcji przez otwarte drzwi. 
- ''Z podbitym okiem nie może niestety pójść na bal'' - powiedział spokojnym jak nigdy tonem Gorawski, a następnie upewniwszy się, że zdobyte w Providencie środki do picia wciąż są w jego kieszeni, wyszedł z domu. Znów poczuł się odpowiedzialną i sprawiedliwą głową rodziny.
                Była ciemna, deszczowa noc. Deszczowe potoki spływały po ulicy ze starych, kocich łbów w centrum miasta. Ulicę z obu stron otaczały kamienice z początku dwudziestego wieku z drewnianymi oknami i odpadającym tynkiem. Uderzający w pobliżu piorun rozjaśnił tę całą mroczną okolicę. Na samym środku upiornej ulicy leżał Gorawski. Delikatnie podniósł głowę, zastanawiając się, jak znalazł się w tym beznadziejnym położeniu. - ‘’Kurwa’’ – pomyślał. Masywne krople deszczu spadały na jego pusty łeb. Na jego czole pulsował olbrzymi, czerwony guz. Beznadzieję sytuacji potęgował fakt, że był trzeźwy – zrozumiał to po niebywale intensywnym delirium. - ‘’Kurwa’’ – tym razem wykrzyknął. Po opustoszałej ulicy tego patologicznego miejsca rozległo się echo. Gorawski nie wiedząc, jak się tam znalazł ani gdzie powinien pójść, swą robotniczą dłonią sięgnął do kieszeni. Pieniędzy, których jeszcze niedawno miał całkiem sporo nie było. Pijaczyna powoli zaczął się podnosić. Nagle oślepiło go intensywne niebieskie światło, które niemal rozjebało jego pękającą od kaca głowę. Gorzej być nie mogło – z zatrzymanego radiowozu wysiadło dwóch policjantów. Musiał uciekać. Biegł przed siebie, biegł ile tylko miał sił w swych krępych poobijanych nogach. Zaciekły bieg ku wolności zakończyło jednak uderzenie policyjnej pałki, którą przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości rzucił niczym bumerang. ‘’Eeeh’’ – stęknął Gorawski padając na wybrukowaną z kocich łbów ulicę. Po założeniu dźwigni transportowej, policjanci wrzucili półprzytomnego Gorawskiego do radiowozu. Ruszyli. Nie wiedział czego chcą, ani dokąd jechali. W głowie miał wiele myśli. Sumienie zaczęło rozliczać go ze wszystkich przewinień, jakich dopuścił się ostatnim czasem. Kumulacja tych myśli wywołała natychmiastowe, bezwarunkowe wymioty. Welurowa tapicerka radiowozu w jednej chwili została przyozdobiona zielonkawo-pomarańczową cieczą. - ‘’Macie kurwy’’ – krzyknął Gorawski wycierając resztki wymiocin z ust rękawem szarego, wełnianego swetra. Od feralnego oddania policjantom tego, co Gorawski miał w sobie najpiękniejsze nie minęła nawet minuta, a radiowóz się zatrzymał. Światło białego podświetlonego szyldu wiszącego na budynku po prawej wypełniło ciemny samochód. - ‘’Izba wytrzeźwień’’ – wysylabował Gorawski. Oparty bokiem ciała o drzwi samochodu przez dłuższą chwilę wpatrywał się w ten napis. Jego konsternacja została przerwana wraz z otwarciem drzwi radiowozu. Gorawski wypadł na zewnątrz lecz został momentalnie podniesiony do pionu przez barczystego stróża prawa. Ciągnięty za rękaw szarego swetra Gorawski całym sobą poczuł beznadzieję sytuacji. Wiedział, że jeśli chce pozostać wolny i nietrzeźwy, musi działać szybko. Bez namysłu odwrócił się w stronę prowadzącego go policjanta i przy użyciu wszystkich czterech zębów, jakie mu pozostały, ugryzł go w prawe ucho. Policjant zgiął się łapiąc się jednocześnie za obficie krwawiące ucho. Chwilę później remontowo-budowlane kolano Gorawskiego zetknęło się z jego żebrami. Powalony na ziemię nie miał nawet sił, by wezwać pomoc. Korzystając z nieobecności drugiego z funkcjonariuszy, który wszedł do budynku w celu załatwienia formalności, Gorawski ruszył przed siebie. Tym razem wiedział, że nie da się zatrzymać. Wiedział jednak, że policjanci szybko nie odpuszczą. Czuł się niemal jak Tommy Lee Jones w ‘’Ściganym. Musiał szybko podjąć kolejną istotną decyzję. Wtem na ulicy zauważył stojący kontener Polskiego Czerwonego Krzyża, do którego ludzie mogą wrzucać stare ubrania. Uznał to za idealną kryjówkę przed stróżami prawa. ‘’Veni vidi vici’’ – pomyślał wykrzykując donośne-  ‘’Kurwa!’’. Otworzył wysuwany właz na ubrania i używając całej swojej elastyczności wypracowanej podczas wielu godzin spędzonych w najtańszym busie jadącym do Szwecji, wcisnął się w malutki właz. Następnie kiwając swoimi zapijaczonymi biodrami rozbujał wrzut tak, że momentalnie znalazł się w środku.- ‘’Samba’’ – powiedziało pijaczysko śmiejąc się ochoczo. Gorawski nie zamierzał próżnować – od razu zmienił swoje brudne, dziadowskie ubranie na równie dziadowskie, ale przynajmniej czyste ubranie. Postanowił poczekać do rana.
                Gdy słońce już wstało, a w zajętym przez trzeźwego i sfrustrowanego do granic wytrzymałości emocjonalnej Gorawskiego kontenerze zaczęło robić się gorąco, tylne drzwi metalowej skrzyni otworzyły się i oczom budowlańca ukazał się pracownik Polskiego Czerwonego Krzyża, który w planie miał odbiór ubrań. - ‘’Co jest?’’ – zapytał sam siebie zdziwiony wolontariusz.-  ‘’Gówno’’ – odpowiedział Gorawski obiema nogami kopiąc młodego mężczyznę w klatkę piersiową. Znów był wolny, czuł się jak chwiejący się na nogach, acz szczęśliwy mustang na prerii. Do szczęścia brakowało mu pieniędzy, a właściwie to alkoholu, który, nie chcąc znów łamać prawa, mógł zdobyć jedynie odpłatnie w każdym sklepie spożywczym. Grymas na jego zmęczonej życiem mordzie przybrał doprawdy nieprzyjemną formę – zrozumiał bowiem, że musi wrócić do domu.
                Malutka Madzia szykowała się do szkoły, zadowolona, że pochwali się całej klasie nowym, różowym plecakiem z Małą Syrenką, który ostatnio kupiła jej mama. Pani Gorawska była właśnie w trakcie krojenia rzodkiewki, którą za chwilę miała położyć na kanapeczkach przygotowanych specjalnie dla swojej córci. Rozłożywszy plastikową deskę do krojenia na starym, obdrapanym blacie, zaczęła kroić malutkie rzodkiewki. Malutka Madzia w tym czasie stojąc na przedpokoju zakładała buciki. Nagle jednak stare, białe drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem i w drzwiach stanął będący w nienajlepszym humorze Gorawski. - ‘’To ja nie chcę tych kanapek’’ – powiedziała Madzia, która unikając lecącej już w jej stronę pięści Gorawskiego wymknęła się na klatkę, następnie opuszczając blok. - ‘’A żebyś zdechła’’ – wrzasnął za nią jedynie ojciec. Przestraszona Pani Gorawska wpatrywała się swym autystycznym wzrokiem na stojącego w progu małżonka. Gorawski zaczął zbliżać się do niej. Przerażona Gorawska czekała, kiedy padnie pierwszy cios. Jeden jego krok do przodu równał się jednym jej kroku w tył. Na jej przetłuszczonym czole pojawiły się krople potu, poczuła swoje bijące serce, czekała na ból. Gorawski jednak spokojnie zbliżył się do leżących na blacie kanapek i złapawszy jedną z nich swymi popękanymi palcami, zaczął się zajadać.-  ‘’Pyszne’’ – powiedział z pełnymi ustami, wchłaniając ostatni kęs. - ‘’Naprawdę?’’ – zapytała podradowana Pani Gorawska. Znów miała nadzieję na chwilę normalności.
 - ‘’Wiesz, mogę zrobić Ci jeszcze wspanialszy obiad i pyszną kolację, jeśli tylko zostaniesz dziś w domu’’ – dodała. ‘’Pojebało Cię?’’ – wrzasnął przypominający sobie, po co tu przyszedł Gorawski i łapiąc jedną ręką za plastikową deskę do krojenia, przypierdolił w łeb swojej autystycznej żonie. Kobieta wybuchła płaczem. - ‘’Pieniądze’’ – powiedział spokojnie. Nie uzyskawszy jednak odpowiedzi z ust swej ślubnej, uderzył ją ponownie. ‘’Pieniądze’’ – powtórzył równie spokojnie. Przerażona Gorawska jednym ruchem drżącej ze strachu ręki wzięła leżącą na stole torebkę i nie pragnąc uniknąć jeszcze większego bólu i upokorzenia wyjęła z niej portmonetkę, w której Gorawski znalazł 50 polskich złotych. - ‘’Dowód osobisty’’ – dodał. - ‘’Po co?’’ – spytała zdziwiona, lecz nieprzestająca płakać Gorawska. Nie chcąc debatować zbyt długo z tą budzącą obrzydzenie kobietą, Gorawski bez słowa uderzył ją z otwartej dłoni w twarz. Jej lico w ułamku sekundy nabrało różowawego koloru. - ‘’Teraz już całkiem wyglądasz jak świnia’’ – powiedział szelmowsko śmiejąc się Gorawski. Maksymalnie upokorzona kobieta postanowiła bez dłuższej perswazji męża oddać mu swój dowód osobisty. Szczęśliwy Gorawski po dostaniu tego, co chciał opuścił mieszkanie stwierdzając, że w zamian za kooperację, nie będzie już dziś bił swej autystycznej żony. Po raz kolejny utwierdził się w przekonaniu, że jest niezawodną głową rodziny.
                Był niebywale wkurwiony brakiem alkoholu we krwi. Kilkanaście godzin trzeźwości było wręcz nie do przyjęcia. Ostatni raz czuł się tak beznadziejnie, kiedy pracując w Szwecji ocknął się po libacji jadąc wózkiem widłowym po drodze szybkiego ruchu. Swoje kroki kierował w stronę lokalnej filii Providentu, znajdującej się na jego osiedlu. Zamaszystym ruchem otworzył przeszklone drzwi, jego oczom ukazał się znany mu z ostatniej wizyty pracownik biura. Bez zbędnego, ckliwego powitania, odpychając osobę stojącą przed nim w kolejce, Gorawski zbliżył się do biurka i rzucił dowodem osobistym niczym krupier talią kart. - ‘’Pięćset złotych’’ – powiedział powstrzymując delirium. Młody mężczyzna obsługujący klientów, pamiętając determinację Gorawskiego, wziął do ręki dowód i przez dłuższą chwilę mu się przyglądał. - ‘’Przecież na tym zdjęciu jest kobieta’’ – stwierdził powstrzymując strach przed osiedlowym degeneratem. - ‘’Fantazja młodości’’ – odrzekł spokojnie zaniepokojony ewentualnym usłyszeniem odmowy Gorawski. Pracownik biura, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności losu, jakie w tamtej sytuacji mogły zaprowadzić go do szpitala, nie robił problemów z wydaniem gotówki. Gorawski znów poczuł się szczęśliwy. Hiperbola jego nastrojów z bezgranicznej euforii i radości do niepohamowanego wkurwienia i braku sensu życia w tej chwili zmieniła się w konstans, Konstans ekscytacji. Poruszony faktem, jak długo będzie mógł za tą kwotę pić opuścił biuro Providentu. Nie mogło jednak obyć się bez elementu, który w ciągu chwili spierdolił mu dzień – nie więcej jak piętnaście metrów od niego szła malutka Madzia wracająca ze szkoły.-  ‘’Czemu to małe gówno jeszcze żyje?’’ – pomyślał. Ostatnio czuł taką wściekłość, kiedy jego żona powiadomiła go że jest w ciąży.
               -  ‘’Ładny mam plecak tatusiu?’’ – zapytała Madzia dumnie ściągając tornister ze swoich pleców i pokazując go swojemu wykolejonemu tacie. Trzymała go tak przez chwilę w nadziei, że tatuś powie jej w końcu coś miłego i wszystko będzie, tak jak w jej śnie. - ‘’Pokaż go’’ – powiedział spokojnie Gorawski. Zadowolona z zainteresowania wykazywanego przez ojca, Madzia z uśmiechem na ustach podała Gorawskiemu różowy plecaczek z Małą Syrenką. - ‘’Piękny’’ – rzekł Gorawski przyglądając się wizerunkowi Ariel namalowanej na środku tornistra. Po chwili jednak rzucił plecak na chodnik, po czym kilkukrotnie podeptał go obiema nogami. Malutka Madzia była bardzo zdezorientowana. Nieoczekiwanie Gorawski rozpiął rozporek i na oczach Madzi, a także wielu mieszkańców osiedla wracających w tym czasie z pracy, oddał mocz na leżący na chodniku dziecięcy plecaczek. - ‘’Teraz jest piękniejszy’’ – powiedział i odszedł spokojnie w tylko sobie samemu znanym kierunku.
                Osiedlowy sklep monopolowy tętnił życiem. W lokalu o powierzchni niespełna dwudziestu metrów kwadratowych znajdowało się kilkunastu podobnych Gorawskiemu meneli. Ich poniszczone, czarne buty brudziły błotem beżowe linoleum. Co chwilę przestrzeń wypełniał szczęk ciemnych butelek z tanim winem obijających się o sklejkową ladę, która wiele podczas swej lojalnej służby przeszła. Właściciel sklepu, wąsaty mężczyzna w kolorowym swetrze i butach od garnituru zacierał ręce. Interes się kręcił. Grono zainteresowanych nabyciem taniego alkoholu w tamtym uroczym miejscu poszerzył również Gorawski, który, dumnie trzymając w kieszeni pięćset polskich złotych stał w kolejce. Przez chwilę myślał, czy nie zrobić awantury, która wepchnęłaby go na sam początek tej śmierdzącej potem, łojem i kacem kolejki, jednak po chwili zrozumiał, że ewentualne zostanie pobitym wiązałoby się z utratą majątku, w jakiego był posiadaniu. Stał więc spokojnie - zupełnie jak nie on. W końcu nadeszła jego kolej. - ''Co dla Szanownego pana?'' - zapytał szarmancko ekspedient. - ''Sto osiemdziesiąt Bombardzierów'' - odparł dumnie Gorawski. W sklepie zapadła cisza. Wszyscy zgromadzeni menele utworzyli krąg, w środku którego stał Gorawski przy ladzie. Każdy ze zdziwieniem obserwował bieg wydarzeń. Nawet wiatrak pod sufitem się zatrzymał. - ''A masz pieniądze?'' - zapytał przezornie właściciel sklepu. - ''Tak, kurwa'' - mruknął Gorawski triumfalnym gestem rzucając na sklepową ladę pięćset złotych. Wszyscy wstrzymali oddech. - ''Niemożliwe, skąd ten śmierdzący obdarciuch ma tyle pieniędzy?'' - zastanawiali się zazdrośni koledzy po fachu. Właściciel sklepu niemal natychmiast przyniósł z magazynu dziewięć tekturowych opakowań Bombardierów, które następnie postawił przy wejściu do sklepu. Gorawski spokojnie podniósł wszystkie pudła stojące jedno na drugim. Ciężar nie zrobił na nim najmniejszego wrażenia. Przyzwyczajone do noszenia kilku worków z cementem na raz mięsnie jego przedramion naprężyły się, a uśmiechnięty Gorawski skierował się do wyjścia. Tłum okolicznych ochlaptusów wciąż spoglądał na niego z niedowierzaniem - ''Kto idzie ze mną?'' - zapytał. ''Ja!'' - rozległ się krzyk podjudzonego tłumu.  Ściśle dobrane grono najbardziej zdegenerowanych mieszkańców tego robotniczego osiedla, na czele z Gorawskim prowadzącym ich niczym Aleksander Wielki swe mocarne wojsko, ruszyło we wskazanym przez niego kierunku. Gorawski dobrze wiedział, dokąd ich zabrać - w końcu należało zrobić pożytek ze zdobytej niedawno piwnicy.
                Gdy dotarli na miejsce, zeszli na dół po betonowych schodach prowadzących do podpiwniczenia.-  ''Zapraszam'' - powiedział Gorawski, kiedy grube, drewniane drzwi piwnicy poddały się wraz z przekręceniem klucza. Olbrzymi, stojący za jego plecami tłum, który w drodze ze sklepu do bloku jeszcze bardziej się powiększył stal w bezruchu. - ''No co jest kurwa?'' - powiedział odwróciwszy się do swych kompanów Gorawski. ''Nie zmieścimy się tu'' - odparł jeden z moczymordów o sinym, spuchniętym nosie i podbitym oku. ''Kurwa, faktycznie'' - pomyślał Gorawski rozglądając się po malutkiej piwniczce. Znów musiał coś wymyślić, musiał wykazać się geniuszem. W końcu, ci wszyscy ludzie przyszli tu pod jego przewodnictwem. Dla nich był bohaterem wartym oddania za niego życia i przykładem dla przyszłych pokoleń. ''Zaczekajcie tu chwilę'' - powiedział spokojnym tonem swe kroki kierując na górę. Gdy wyszedł z piwnicy, swe kroki skierował do pierwszego mieszkania na parterze.
                Pani Gorawska właśnie opowiadała Madzi bajkę. Siedząc na czystym, nowym dywanie obie, wtulone w siebie napawały się historią Kubusia Puchatka. Zarówno jedna, jak i druga były przekonane, że nie spotkają już Gorawskiego, ponieważ po ostatniej akcji Pani Gorawska wniosła prośbę o sądowy zakaz zbliżania się do nich. Niestety ich nadzieje wraz z bajką o Kubusiu Puchatku legły w gruzach gdy w otwierających się z hukiem drzwiach wejściowych ujrzały jego zniszczoną alkoholem poświatę. W tamtym momencie wydał im się jeszcze bardziej odrażający, niż zazwyczaj. Nie mówiąc nawet słowa, Gorawski podbiegł do siedzących na dywanie kobiet i jednym wprawnym ruchem swych robotniczych ramion umieścił jedną z nich pod jedną pachą, a drugą z nich pod drugą pachą. - ''Co Ty robisz? Zadzwonię na policję!'' - krzyczała wściekła pani Gorawska. - ''Zamknij ryj'' - powiedział spokojnym tonem Gorawski zaciskając jednak swój biceps na krtani swojej żony, co niemal uniemożliwiło jej oddychanie. Idąc z nimi pod pachami spokojnie po schodach myślał, że powinien zrobić to już dawno. Zszedł do piwnicy. Tam zdumiony tłum wieloletnich alkoholików przyglądał się jego poczynaniom. Gorawski otworzył drzwi do piwnicy należącej niegdyś do sierżanta Praduka, a następnie używając swych silnych, pijackich rąk, jednym ruchem wrzucił do niej swą żonę i córkę, niczym dwa worki kartofli.  - ''Zapraszam na górę'' - rzekł uprzejmie do wszystkich zgromadzonych uroczyście przekręcając klucz w zamku piwnicy.

                Dom Gorawskiego momentalnie zmienił swój charakter. W ciągu najbliższych tygodni dzień w dzień trwała tam impreza. Zielone zasłony, kupione niedawno za i tak niewysoką pensję pani Gorawskiej, przestały istnieć. Nadpalone podczas jednej z libacji, powiewały swobodnie z wielką dziurą w środku. Dywan w dużym pokoju całkowicie zmienił swój kolor z powodu hektolitrów taniego wina wylanych na niego w ostatnim czasie. Gorawski pragnąc, by jego goście czuli się jak u siebie powyrywał drzwiczki ze wszystkich szaf i szafek znajdujących się w domu uznając, że tak będzie łatwiej. Powstały dzięki temu zabiegowi skład zbędnego drewna został spalony na środku kuchni w uroczystym ognisku rozpoczynającym nową erę w życiu meneli z osiedla. Stało się jasne, że od tego dnia każdy zbłąkany alkoholik znajdzie schronienie w tym oto obskurnym, założonym przez Gorawskiego, pijackim azylu. Dla ludzi, których sobie tym zjednał był bohaterem wartym stawiania pomników. Zyskał wiernych towarzyszy doli i niedoli, posłusznych żołnierzy i przede wszystkim, partnerów do picia. Chcąc pokazać, jak bardzo zależy mu na kompanach, Gorawski w uroczystym geście zerwał z drzwi wejściowych od strony klatki starą tabliczkę ‘‘M.K Gorawscy'', następnie paląc ją w piecu kaflowym.

                W trzecim tygodniu imprezy w mieszkaniu było ich już ponad dwudziestu. Widząc rosnący potencjał ludzki będący odwrotnie proporcjonalnym do zasobów pieniężnych tej zacnej społeczności, postanowił przekonać swych kolegów, aby wszyscy wyruszyli do lokalnej filii Providentu i wzięli po pięćset złotych pożyczki na głowę. Jego piękna przemowa podczas kolejnego zmierzchu zwiastującego libację poruszyła serca i bojowe nastawienie osiedlowych meneli. W końcu ktoś ich rozumiał. Nareszcie znalazła się persona, która w swym menelstwie i wykolejeniu była tak genialna, byli gotowi pójść za nim na wojnę. Gdy już cała zgraja osiedlowych degeneratów udała się do Providentu po pożyczkę, Gorawski postanowił zejść do piwnicy, by skontrolować sytuację.
                Ciężkie drewniane drzwi piwnicy otworzyły się. Pierwszą rzeczą, jaka uderzyła Gorawskiego był odrażający smród. Nawet kogoś takiego jak on, ów unoszący się w powietrzu swąd przyprawił o mdłości. Wśród fekaliów i martwych owadów, w samym kącie piwnicy siedziała wychudzona pani Gorawska przytulająca małą Madzie. Przeżyły tylko pijąc spływającą z nieszczelnego okna deszczówkę, a także jedząc myszy i owady. Przez ostatnie trzy tygodnie Gorawski nie odwiedził ich ani razu. Nie było dnia, by przyniósł im ciepły posiłek lub chociaż wodę. Mimo wszystko pani Gorawska miała nadzieję, że ich żałosne położenie i uczucie beznadziei, którym przez niemal miesiąc zdążyły wypełnić tą piwnicę wzbudzi w Gorawskim wyrzuty sumienia i że je wypuści. Wpatrując się głęboko w jego zapijaczone ślepia, oczekiwała na odpowiedź.-  ''Kurwa, ale smród'' - wykrzyknął Gorawski szybko wycofując się i zamykając drzwi. Opuścił piwnicę w przeświadczeniu, że chroni swą rodzinę, jak tylko może.

                Przestał jednak rozmyślać, gdy do utworzonego przez niego azylu dla lokalnych meneli wrócili jego kompani z łączną sumą ponad dwunastu tysięcy złotych. Gorawski miał co do siebie i nich wielkie plany. Postanowił utworzyć silną, liczącą się w lokalnej kulturze strukturę meneli, których potęga byłaby nieposkromiona. Wiedział, że z tak olbrzymim skarbcem i zasobami ludzkimi jest w stanie tego dokonać. Póki co jednak, rozpoczynała się kolejna libacja, na którą zakupiono ponad sześćset Bombardierów.

                Około godziny dwudziestej pierwszej wszyscy byli już bardzo pijani. Dwudziestu przesiąkniętych alkoholem czwartaków upchniętych w niespełna czterdziestometrowym mieszkaniu, tańczących w rytm ''Dziewczyny z Albatrosa'' przypominało statystów z drugorzędnego filmu o żywych trupach. Humor jednak dopisywał wszystkim, a przede wszystkim - Gorawskiemu. Czuł się szczęśliwy, jak nigdy przedtem, wszystko co do tej pory zdarzyło się w jego życiu przestało mieć znaczenie. Odnalazł siebie, odnalazł swoją misję. Wiedział, że bez względu na okoliczności będzie ją kontynuować. Gdy stał tak w samym środku tego wielkiego rozgardiaszu w tej uroczej konsternacji, została ona przerwana nagłym hukiem bijącego się szkła. Wszystkie szyby mieszkania posypały się w drobny mak w tym samym czasie, sekundę później kolejny huk rozerwał drzwi, a do mieszkania wpadł granat ogłuszający. Uderzenie granatu zdezorientowało Gorawskiego. Mimo dużej ilości wypitego alkoholu i delikatnego ogłuszenia spowodowanego granatem ujrzał on masę policjantów z jednostki specjalnej wskakujących przez okna, a także wbiegających przez drzwi. Uzbrojeni po zęby komandosi z kaskami chroniącymi ich lica, strzelali do biesiadujących w mieszkaniu degeneratów kulami gumowymi. Chwilę później olbrzymia chmura gazu łzawiącego wypełniła mieszkanie niczym mgła wybrzeże Wysp Brytyjskich. Rozpętał się zamęt. Gorawski wiedział, że nie może zostawić swych podopiecznych, musiał działać. Rozwścieczony do granic możliwości, motywowany chęcią obrony tego, co sam stworzył podbiegł do jednego z komandosów i z całej siły, jaką tylko posiadał rozpędził swą grubą, popękaną, robotniczą i zaciśniętą dłoń w kierunku kasku chroniącego jego głowę. Pancerna szybka kasku pękła, a spod niej zaczęła wydobywać się krew. Zadowolony Gorawski nie zwracał uwagi na swoje połamane palce. Stwierdził, że jeśli powtórzy ten wyczyn jeszcze około dwudziestu razy, pokona przeciwników a wtedy libacja będzie mogła trwać dalej. Jednak seria gumowych pocisków uderzająca jego pijacki tors powaliła go na ziemię. Od upadku nie minęła nawet sekunda, a już nad posiniaczonym Gorawskim stało czterech rosłych komandosów zakładających mu na ręce kajdanki. Leżąc na podłodze rozejrzał się dookoła. Większość jego kompanów leżała nieprzytomna w różnych częściach mieszkania, wyglądali naprawdę źle. Ci nieco silniejsi, podobnie jak on leżeli na podłodze skuci kajdankami, wpatrując się w nicość. Zrozumiał, że gra skończona. - ''Jesteś zatrzymany pod zarzutem porwania dwóch osób oraz przetrzymywania wbrew ich woli'' - powiedział jeden z funkcjonariuszy jednostki specjalnej.-  ''Jak to możliwe? Skąd się dowiedzieli?'' - myślał leżąc na podłodze Gorawski, nie czując jeszcze bólu z powodu szoku. Chwilę później zrozumiał jednak, że jego córka po trzech tygodniach głodówki była na tyle chuda, aby przecisnąć się przez malutkie okno piwnicy. Dotarło do niego, że najbliższe dwa lata spędzi w więzieniu. Emocje sięgnęły zenitu. - ''Kurwa'' - wykrzyknął wypełniając cały blok gorzkim żalem rozdzierającym jego serce.

3 komentarze:

  1. "w ledwie funkcjonującą i tak już wątrobę". Nie lubię czytać z ekranu, także może więcej kwiatków by się znalazło ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dobrze się czyta! A powiem szczerze że nie łatwo mnie zadowolić��Gratulacje!

    OdpowiedzUsuń