sobota, 6 sierpnia 2016

ROZDZIAŁ II

KRÓL ŚCIERWA



Był piękny, majowy, sobotni poranek. Bezchmurne niebo rozpościerało się nad zatłoczonym miastem. W powietrzu czuć było stuprocentową wiosnę. Jak w każdy weekend, w tym średniej wielkości mieście, ludzie gwarnie wyruszali na zakupy. Na obrzeżach miasta, otworzyła się brama zakładu karnego. Stare, pordzewiałe wrota przestarzałej placówki, zbudowanej jeszcze w poprzednim ustroju rozdarł szczęk przesuwanych zawiasów. Skrzypiące skrzydło drzwi przesunęło się o dziewięćdziesiąt stopni w stronę ulicy. Dziś czyjś szczęśliwy dzień - ktoś wychodzi na wolność, a społeczeństwo zyskuje zresocjalizowanego, porządnego obywatela. Z zaciemnionego wysokim murem podwórka zakładu wyłonił się Gorawski. Szedł spokojnie, bez mrugnięcia okiem opuszczał to przykre dla oka miejsce. Minąwszy bramę stanął i rozejrzał się dookoła. Poczuł ciepły, wiosenny wiatr łaskoczący go po twarzy. Pomyślał, że tak właśnie smakuje wolność. Kilku przechodniów mimochodem obserwujących powyższą scenę uśmiechnęło się, wierząc w sukces krajowego systemu penitencjarnego. Widzieli całkiem normalnego mężczyznę, niczym nieróżniącego się od nich samych. Gorawski stał tak przez chwilę, nie mogąc nacieszyć się pięknem dnia i smakiem wolności - ''Pierdolone szesnaście miesięcy'' - pomyślał. Sąd zaklasyfikował jego czyny, jako przestępstwa spowodowane alkoholizmem, uznając chorobę Gorawskiego, jako okoliczność łagodzącą. Skazany na dwa lata pozbawienia wolności, odsiedział niespełna półtorej roku ze względu na wyśmienite zachowanie. Według kartoteki - był odmienionym człowiekiem, żywym dowodem na sukces teorii wybitnych psychologów. To już jednak było za nim, dla Gorawskiego liczyła się przyszłość, w którą patrzył z olbrzymią nadzieją. Z tylnej kieszeni jasnych dżinsów wyjął pogniecioną kartkę papieru - to list od Madzi. Pisała w nim, że wybaczyła mu wszystko, co zrobił i wierzy, że jej tata ma się dobrze. - ''Ale ja Tobie nie wybaczyłem'' - mruknął pod nosem Gorawski spoglądając na kartkę papieru. Schował ją jednak z powrotem do kieszeni uznając, że będzie ona idealnym substytutem papieru toaletowego w trakcie najbliższej defekacji. Nie mając przy sobie nic poza obiema rękami i nogami, Gorawski pewnym krokiem ruszył przed siebie.

           Gdy dotarł już na osiedle, szedł wzdłuż wąskiego chodnika z kostki brukowej, wokół którego rozciągał się niewielki, zielony skwerek. Mijani przez niego sąsiedzi stawali, jak osłupiali nie mogąc uwierzyć, kogo ich oczy widzą. Spodziewając się agresji werbalnej lub co gorsza czynnej napaści udawał, że go nie widzą. Ku ich zaskoczeniu Gorawski po prostu minął ich, co do niektórych nawet się uśmiechając. Otworzywszy drzwi do klatki, wspiął się po kilku schodach, następnie wyciągając z kieszeni mały, srebrny klucz do swojego mieszkania. Próbując umieścić go w drzwiach szybko jednak zauważył, że nie pasuje on do zamka. - ''Co jest kurwa?’’ - pomyślał. Odsunął się o krok i dokładniej przyjrzał się drzwiom myśląc, że może pomylił bloki. Jego uwagę przykuła tabliczka na drzwiach ''M. Gorawska''. Ten widok wprawił Gorawskiego w osłupienie. W gałkach jego oczu pojawiły się malutkie, czerwone, popękane z wysokiego ciśnienia krwi naczynka krwionośne. - ''Otwieraj Ty kurwo!’’ - krzyczał uderzając w sklejkowe drzwi swoją grubą, zasłużoną wieloletnim trzymaniem łopaty dłonią, która zaciśnięta przypominała pełen mocy młot. ''Otwieraj powiedziałem''. Nie było jednak żadnej reakcji. Przestając na chwilę demolować drzwi wejściowe, Gorawski nachylił się uchem w stronę starych, sklejkowych drzwi pragnąc zweryfikować ewentualną obecność jego autystycznej żony lub z natury pierdolniętej latorośli. - ''Nie bój się, zaraz sobie pójdzie'' - usłyszał cichy szept z drugiej strony drzwi. Wiedział, że obie mendy są w domu, a słowa jego autystycznej żony, która myślała, że wymieniając zamki się go pozbędzie wkurwiły go do granic wytrzymałości. Nie czekając na ewentualną łaskę małżonki, która uznając, że biedaczek nie może pójść spać pod most wpuściłaby go do domu, Gorawski wybiegł z klatki stając w odległości kilku metrów od okna swojego mieszkania. Bez chwili zawahania sięgnął po stertę kamieni wielkości pięści, zdobiących sadzonkę nowego drzewka w przyblokowym ogródku. Pierwszy kamień zrobił olbrzymią dziurę w oknie pokoju Madzi. - ''Otwieraj Ty kurwo!’’ - krzyknął szykując się do następnego rzutu. Z dziką furią w oczach, robotnicze bicepsy wyniosły w powietrze jeszcze kilkanaście podobnych kamieni doszczętnie niszcząc okno w pokoju Madzi. Nabrawszy rozpędu, Gorawski odbił się od ziemi i palcami złapał się parapetu swojego okna, po mało się na nie wdrapując. Gdy chwilowo wisiał tak w powietrzu, zastanawiając się, gdzie najdogodniej byłoby się teraz złapać, jego oczom ukazała się jego autystyczna żona stojąca w wybitej ramie okna i spoglądająca na niego spokojnie. - ''Nie jestem tą samą kobietą, co półtora roku temu. Teraz jestem silna'' - powiedziała wysypując za pomocą zmiotki rozbite szkło prosto na swojego wiszącego na parapecie męża. - ''Ty pierdolona szujo'' - wrzasnął Gorawski ewakuując się w jednej chwili. Spoglądając na swoją autystyczną żonę, oddalał się od bloku. Spacerując po osiedlu zastanawiał się, co może zrobić, by dostać się do mieszkania i dać nauczkę tej budzącej odruch wymiotny maciorze i owocowi jego młodzieńczej chcicy zaspokojonej na tej właśnie maciorze. Wtem na sklepowej szybie ujrzał kartkę z napisem ''Promocja - wino Bombardier tylko 2,99''. Wszystkie wspomnienia wróciły. Gorawski zrozumiał, że życie wcale nie musi być okrutne, że w jego parszywym żywocie zdarzały się momenty piękne. ''W życiu piękne są tylko chwile'' - brzmiała melodia w jego głowie. Stał tak przez chwilę odwrócony twarzą w stronę sklepowej szyby, Najpiękniejsze momenty w jego życiu zawsze uwieńczone były kilkoma butelkami Bombardiera, to było jego życie, życie miało smak wiśni osiąganej sztucznie w fabryce Bombardier, spółka z ograniczoną odpowiedzialnością.
           Dwie godziny później miał już na swoim koncie cztery opróżnione co do kropelki butelki Bombardiera. Życie znowu nabrało kolorów. Siedząc tak na osiedlowej ławce i rzucając kamieniami w biegające po chodniku gołębie, Gorawski nie zastanawiał się nad tym, jak wejść do domu ale nad tym jak cudownie będzie ukręcić łeb tej małej drwinie teorii ewolucji, jaką była Madzia, co zresztą miała po matce. ''Ach' - wzdychał oddając się marzeniom. Nie chcąc tracić więcej czasu, Gorawski wstał i na odchodne kopiąc zabitego przez siebie chwilę wcześniej gołębia skierował się w stronę swojego bloku. Cerowane wielokrotnie, białe firanki powiewały unoszone wiatrem w wybitym oknie. Gorawski jeszcze raz, naprężywszy maksymalnie pokaźne mięśnie swych plebejskich nóg wziął rozpęd, po czym wzbił się w powietrze. Sekundę później, wisząc znów na parapecie włączył do akcji swoje bicepsy, które momentalnie poprowadziły go w górę. Najpierw do mieszkania przerzucił jedną nogę potem drugą. Spokojnie otworzył drzwi na przedpokój. - ''Wróciłem'' - wykrzyknął kierując swe kroki do pokoju. Osłupiała Pani Gorawska stała na środku pokoju odziana jednak w niesłychaną odwagę, jakiej brakowało jej niegdyś podczas awantur spowodowanych przez męża. Wiedziała, że w końcu jest gotowa by stawić mu czoło. Stała na baczność, dostojnym wzrokiem obserwując zapijaczone lico swego małżonka. Gorawski z równym spokojem zbliżył się do niej jednocześnie przyglądając się jej bardzo uważnie. - ''Jesteś jeszcze brzydsza, niż byłaś'' - mruknął przez zęby uderzając ją pierwszy raz z otwartej dłoni. Wciąż pełna dumy pani Gorawska nawet nie jęknęła. Jednak kilka kolejnych ciosów oraz zgaszenie papierosa na jej czole wyzuło ją całkowicie z zyskanej przez ostatni rok godności. Znów była tą drobną, zastraszoną kobietą, całą terapię i miesiące zażywania medykamentów szlag trafił. Gorawski nie przestawał jej bić. Trzymając ją jedną ręką bardzo mocno za gardło, uderzał ją z pięści, za każdym razem biorąc pokaźny zamach. ''Zabije cię ty kurwo'' - krzyczał. Postanowił upokorzyć ją za wszystkie czasy, musiał przecież nadrobić zaległości. Jednym pociągnięciem swego żylastego przedramienia powalił ją na ziemię. Leżała na podłodze w pozycji przypominającej modlącego się muzułmanina. - ''Co teraz?'' - zastanawiał się Gorawski rozglądając się po pokoju. Na regale zauważył stojącą w wazonie palmę wielkanocną, będącą zapewne pozostałością po uroczystościach sprzed miesiąca. Ta świadomość rozwścieczyła go jeszcze bardziej.  -  ''Święta sobie zrobiły kurwy pierdolone'' - pomyślał. Jednym wprawnym ruchem przewrócił wazon wraz z kilkoma innymi rzeczami z regału, zrzucając go na podłogę. Tania podróbka porcelany rozsypała się w drobny mak po beżowym linoleum. Nachyliwszy się nad pozostającą cały czas we wspomnianej pozycji żoną, Gorawski jednym mocnym szarpnięciem częściowo ściągnął jej spodnie odsłaniając całe pośladki. Przytrzymując jej dotykający podłogi kark swoim ciężkim butem, wziął do ręki palmę wielkanocną i wykonując zamaszysty ruch energicznie umieścił ją w odbycie swej autystycznej żony. Drobne drzazgi z trzonu palmy oddzieliły się w skutek silnego tarcia, kalecząc odbyt pani Gorawskiej. Przerażona i upokorzona do granic możliwości kobieta kwiknęła z bólu. - ''I co teraz, kurwo?'' - zapytał zadowolony ze swej niebywałej kreatywności Gorawski. - '' Gdzie masz pieniądze?’’ - dodał. Kobieta jednak milczała. - ''Gdzie masz pieniądze?’’ - ponowił pytanie kręcąc palmą wystającą z odbytu swej żony. Krew pociekła jej po udach. - ''W szufladzie nad telewizorem'' - wystękała cierpiąca kobieta. Gorawski spokojnie zdjął stopę z karku swej autystycznej żony i podszedł do szuflady, z której następnie zabrał tysiąc dwieście złotych stanowiących wszystkie oszczędności jego małżonki. ''Zajebisty dzień, aż chce się żyć'' - pomyślał na odchodne, podpalając zapalniczką listki palmy wystającej z odbytu jego żony.

           Siedząc na parkowej ławce niespełna godzinę po tym feralnym zajściu, Gorawski delektował się smakiem zakupionego w osiedlowym monopolowcu Bombardiera. Intensywne promienie majowego słoneczka w przyjemny sposób ogrzewały grubą, przetłuszczoną i miejscami popękaną skórę jego twarzy. Niespodziewanie przy ławeczce zatrzymał się pewien podobny jemu, acz nie aż tak zapijaczony mężczyzna. - ''Pan Gorawski?’’ - zapytał spokojnym tonem niewysoki, szczupły mężczyzna koło pięćdziesiątki. ''Tak, a co?'' - odpowiedział nieco zmieszany Gorawski, nie wiedząc z kim ma do czynienia i czego tenże osobnik chce. Zachował jednak resztki grzeczności widząc, że jego rozmówca to też pijak. - ''Pan mnie nie pamięta?'' - zapytał bardzo grzecznie mężczyzna. - ''Byłem wtedy w monopolowym, gdy kupował Pan te dwieście Bombardierów, poszedłem za Panem i trwałem z Panem do końca'' - powiedział skromnym tonem, nie chcąc się chwalić pijaczynka. Gorawski uśmiechnął się bardzo wymownie i wyjąwszy z reklamówki, którą miał pomiędzy nogami drugą butelkę Bombardiera powiedział z entuzjazmem - ''Siadaj''. Obaj Panowie bardzo dobrze się dogadywali. Siedzieli tam jakieś dwie godziny. Gorawski postanowił zwierzyć się swojemu kompanowi, co działo się z nim przez ostatnie półtorej roku oraz, co zaszło między nim a jego żoną dzisiejszego ranka. - ''Żałuje, że przed wyjściem kloca na nią nie pierdolnąłem. To by było...'' - powiedział Gorawski biorąc kolejnego, dużego łyka z brązowej butelki taniego wina. - ''Jeszcze pierdolniesz'' - powiedział klepiąc Gorawskiego po plecach jego nowy druh, który przedstawił się, jako Stacho Boruk. Siedząc na ławce zastanawiali się, czy możliwym byłoby odbudowanie i rozwinięcie struktur menelskiej społeczności, jaką Gorawski miał w planach.  Obaj marzyli o odbudowie azylu dla osiedlowych meneli, gdzie każdy, bez względu na historię życia czy ilość wypalanych dziennie papierosów byłby traktowany po partnersku, jak żul z żulem. Chcąc uskutecznić jednak ten szlachetny i wspaniały pomysł, musieli rozważyć kilka kwestii, które nierozważone ostatnim razem, doprowadziły do rychłego upadku społeczności
. - ''Przede wszystkim Twój dom odpada. Chyba, że udałoby Ci się na dobre pozbyć żony i dziecka'' - powiedział Boruk, okazując się tym samym nawet logicznie myślącą istotą. - ''Czyli zabić?'' - odpowiedział podekscytowany tą myślą Gorawski, obiema rękami przeszukując spodnie w poszukiwaniu swojego harcerskiego scyzoryka. - ''Wykluczone! Musimy zrobić tak, by w świetle prawa wszystko było w porządku, a mieszkanie pozostało tylko Twoje. Mam plan'' - powiedział spokojnie Boruk, pochylając się jednocześnie nad uchem Gorawskiego. Zaczął szeptać mu po kolei wszystkie punkty misternego planu, który należało natychmiast wcielić w życie. Opowiadał bez przerwy przez pół godziny, po czym niezwłocznie obaj wstali i ruszyli przed siebie.

           Tymczasem malutka Madzia wróciła ze szkoły. Szczęśliwa z powodu kolejnej piątki z historii, położyła swój wysłużony plecak na przedpokoju i zadowolona rozejrzała się w poszukiwaniu mamy, której bardzo chciała pochwalić się sukcesem. Nigdzie jednak nie mogła jej znaleźć. Patrzyła w kuchni, w dużym pokoju, w swoim pokoiku, a nawet w ubikacji - pani Gorawskiej nigdzie nie było. Madzia usłyszała delikatny szmer dobiegający spod tapczanu. Brzmiało to trochę jak myszy, które niegdyś przywlókł ze sobą do domu jej zwyrodniały ojciec. - ''Mamusiu, znowu bawisz się w rosomaka? Wyjdź zza kanapy'' - powiedziała Madzia odnajdując swoją mamę skuloną w wąskiej przestrzeni pomiędzy tapczanem, a ścianą. Pani Gorawska nie chcąc straszyć swej malutkiej córeczki faktem, iż jej ojciec po wyjściu z więzienia, wbrew rokowaniom psychologów, stał się jeszcze bardziej wykolejony, bez słowa wyszła zza kanapy. Postanowiła, że bez względu na poranne zajście, wspólnie z Madzią spędzą miłe popołudnie. Po zjedzonym razem obiedzie, obie rozłożyły się przed telewizorem oglądając kolejny odcinek Złotopolskich. Wtem niespodziewanie stare zamki sklejkowych drzwi wejściowych zaskomlały i w progu pojawił się Gorawski. Nie mówiąc nic, podszedł do welurowego fotela w kwiaciaste motywy, na którym siedziała jego córeczka. Widział ją pierwszy raz od ponad roku, jednak była mu obojętna, jak obsrany Toi-Toi na pobliskim parkingu. Zbliżywszy się do dziecka złapał je mocno za rękę i zaczął kierować się w stronę drzwi wejściowych. ''Co ty do cholery robisz?'' - powiedziała przerażona pani Gorawska obawiając się, że widzi Madzię po raz ostatni. - ''Siadaj na dupę, oczywiście jeśli cię nie boli'' - odparł śmiejąc się Gorawski, który po chwili trzasnął starymi drzwiami.

           - ''Dokąd idziemy tatusiu?'' - pytała Madzia zdziwiona dziwnym powitaniem po tak długiej rozłące z ojcem. Miała nadzieję, że odmieniony przez polski system penitencjarny Gorawski zabierze ją w jakieś ciekawe miejsce. ''Na pewno tatuś zabierze mnie do cyrku, zawsze chciałam zobaczyć lwa'' - pomyślała. Niesamowite zdziwienie połączone z rozczarowaniem ogarnęło jej małą główkę, gdy przeczytała treść szyldu wiszącego nad drzwiami, w stronę których się kierowali. ''Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie'' - wysylabowała. - ''Tatusiu, co to jest MOPR?'' - zapytała zaciekawiona. ''Zamknij mordę'' - odparł stanowczo Gorawski, uważając się tym samym za wzór sprawiedliwego ojca. Gdy weszli do budynku ich oczom ukazał się długi rząd biurek, przy których siedzieli ładnie ubrani urzędnicy. Białe lampy gazowe rozświetlały to jasne pomieszczenie, aż przypominało ono Niebo - i faktycznie, dla Gorawskiego zdawało się nim być. Jedna z pań przyjaznym gestem dłoni zaprosiła ich do swojego stolika. Była to młoda brunetka, o długich, prostych włosach ubrana w białą galową koszulę. - ''Zapraszam'' - powiedziała przyjaznym głosem. Gorawski rozsiadł się wygodnie na urzędowym krześle, przyzwyczajony do czucia się jak u siebie w melinach kolegów. - ''W czym mogę pomóc?'' - zapytała uśmiechająca się sztucznie młoda kobieta. - ''Musicie zabrać mi córkę'' - powiedział poważnym, podniesionym tonem Gorawski zwracając tym samym na siebie uwagę wszystkich zgromadzonych w pomieszczeniu ludzi. - ''Słucham?'' - spytała zdziwiona pracownica ośrodka. - ''Musicie zabrać mi córkę'' - powtórzył Gorawski. Po chwili milczenia spędzonej na przeszukiwaniu danych w komputerze kobieta popatrzyła na Gorawskiego. - ''Ze zgromadzonych przez nas danych wynika, że nie mamy żadnych podstaw prawnych, by odebrać Panu córkę. Madzia jest czysta, zadbana i dobrze odżywiona. Świetnie radzi sobie też w szkole'' - powiedziała kobieta niesłychanie wkurwiając swoim sztucznym uśmieszkiem Gorawskiego. Gorawski w odpowiedzi na usłyszane frazesy, bez słowa uderzył Madzię z pięści w twarz. Cała sala wstrzymała oddech skupiając swój wzrok na poczynaniach Gorawskiego. - ''Co pan robi?'' - krzyczała kobieta. ''Zabierzecie ją czy nie?'' - wrzasnął na całą salę Gorawski jeszcze raz uderzając siedzącą na fotelu Madzię z pięści w policzek. Dziecko zajęło się przeraźliwym płaczem. - ''Zabierzecie?'' - zapytał ponownie Gorawski, który nie czekając na odpowiedź uderzył Madzię stojącym nieopodal krzesłem. - ''Mój Boże! Niech ktoś go zatrzyma! '' - krzyczała przerażona kobieta wzywając ochronę. Wiedząc, że osiągnął swój cel oraz, że musi uciekać, Gorawski udał się w stronę drzwi wejściowych. Biegł jak oszalały. Zanim którykolwiek z pracowników ochrony zszedł ze swojego biura, zadowolony degenerat opuścił budynek i ukrył się w pobliskim śmietniku, gdzie postanowił przenocować.
           Gdy tylko nad horyzontem pojawiło się poranne słońce rozświetlające całe blokowisko, brudny, śmierdzący i upojony znalezionym w śmietniku płynem do samochodowych spryskiwaczy Gorawski wynurzył się z kontenera. Jako, że w jego wykonaniu nie było to niczym nadzwyczajnym, nie zwróciwszy na siebie uwagi sąsiadów spokojnie udał się w stronę swojego mieszkania. Gdy tylko przekroczył próg starych, sklejkowych drzwi, jego ciężki but natrafił na kartkę papieru leżącą na beżowym linoleum w przedpokoju. Myśląc, że to kolejny sądowy nakaz zapłaty za niespłacone kredyty, nie chciał nawet schylać się, aby przeczytać treść dokumentu. Coś jednak tchnęło go, aby sięgnąć po wspomnianą kartkę. Łapiąc świstek obiema grubymi rękami i przemógłszy jaskrę spowodowaną wieloletnim alkoholizmem, przeczytał treść. ''Obyś zdechł, wyprowadzam się do mamy. Pozdrawiam, Twoja nienawidząca Cię żona'' - wyczytał list ewidentnie zapisany pismem jego autystycznej żony. - ''Marzenia się spełniają'' - wykrzyknął postanawiając oddać kał z tak dużej ilości wrażeń. Czym prędzej otworzył drzwi do łazienki. Było to małe pomieszczonko wyłożone jasnymi płytkami, bardzo modnymi w poprzednim ustroju. Łazienkę przyzdabiała stara, półokrągła wanna, sedes z plastikową, obdrapaną deską i umywalka stojąca na nóżce sięgającej aż do podłogi. Nad umywalką wisiało dość duże, brudne, okrągłe lustro bez ramki. Gorawski odpiął gruby pasek ze świecącą klamrą ze swoich brudnych, siwych dżinsów z pobliskiego bazaru. Osuwające się na podłogę spodnie odsłoniły pięknie wyrzeźbione, grube, owłosione nogi starego budowlańca. Powstrzymując objawy nasilającego się wraz z wiekiem i degeneracją reumatyzmu, Gorawski zgiął kolan umieszczając swe jestestwo na sedesie. Kilkukrotnie stęknął rozbrzmiewając echem w całym pionie, a następnie podtarłszy się szarym papierem toaletowym, zaciągnął spodnie i opuścił mieszkanie nawet go nie zamykając.

           Dotarł do parku. Stał w umówionym miejscu czekając na Boruka. Na drzewie, przy którym stał wylądowały dwie jaskółki, trąc się w trakcie okresu godowego. - ''Też bym sobie kurwa poruchał'' - mruknął pod nosem Gorawski przyglądając się kopulacji ptaków. Jednak wspomnienie o obwisłym biuście żony szybko zniweczyło jego drogę w krainę erotycznych marzeń. Momentalnie zszedł na ziemię. Z jego lewej strony, wzdłuż alejki, zbliżał się do niego Stanisław Boruk. Uśmiechnął się do Gorawskiego i zbliżywszy się do niego uścisnął mu mocno dłoń. - ''Ty też robotnik? ‘‘ - zapytał Gorawski zdziwiony siłą, z jaką Boruk uścisnął mu dłoń. ''Tak, mechanik'' - odpowiedział zadowolony z komplementu pijaczynka. Usiadłszy spokojnie, niczym zakochana para na parkowej ławce, Gorawski streścił swemu przyjacielowi wszystkie kroki wykonanego przez siebie planu. Boruk wydawał się być bardzo zadowolony z poczynań Gorawskiego. - ''Jesteś dobrym człowiekiem'' - powiedział. Pijąc zakupionego tym razem przez Boruka Bombardiera, wspólnie rozprawiali na temat odbudowy struktury lokalnych alkoholików. Mieli wszystko, czego im było trzeba. Puste mieszkanie, pieniądze ukradzione żonie - zapowiadał się świetny start. Potrzebowali jednak reklamy, by pozyskać niezbędne do wykonania planu zasoby ludzkie. Szukając rozwiązania, postanowili użyć chwytów stosowanych w marketingu. Postanowili obkleić całe osiedle wydrukowanymi przez siebie plakatami. Treścią ogłoszenia miał zająć się Boruk, natomiast w gestii Gorawskiego leżało zdobycie ryzy papieru. Będąc w posiadaniu ilości pieniędzy wystarczającej na zakup kilkuset ryz papieru, Gorawski mógł spokojnie pójść do najbliższego sklepu papierniczego i bez problemu takową nabyć. Jednak świadomość, że ryza papieru kosztuje równowartość sześciu Bombardierów nie pozwalała mu na to. - ''Pierdolone niedoczekanie'' - wymamrotał pod nosem udając się do sklepu papierniczego. Chwilę później złapał mocno za fikuśną, metalową klamkę otwierając drzwi do małego sklepiki. Zawieszone nad drzwiami dzwoneczki zaświergotały będąc dla właściciela oznaką nadejścia kolejnego klienta.  Zza szmacianej kotary prowadzącej na zaplecze wyłonił się stary, przygarbiony, siwowłosy mężczyzna. Przyjemny staruszek ubrany był w białą, wykrochmaloną i porządnie wyprasowaną koszulę, czarne spodnie oraz siwy sweter w czarne romby bez rękawów. - ''Czym mogę służyć? ‘‘ - zapytał przyjaźnie starszy mężczyzna. - ''Daj papier'' - powiedział rozglądający się dookoła nerwowo Gorawski. - ''Ale jaki papier? Papier toaletowy? Ścierny? Techniczny? A4? ‘‘- zapytał przemiłym tonem właściciel sklepu. - ''Daj kurwa papier'' - wrzasnął stanowczo Gorawski. - ''Proszę sobie wybrać'' - powiedział wciąż spokojny starszy pan wskazując ręką półkę z różnymi rodzajami papieru. Gorawski odwrócił się we wskazanym kierunku, uśmiechnął się złowieszczo, następnie obiema rękami łapiąc stojącego za ladą ekspedienta za tył głowy i uderzając jego głową o przeszkloną ladę, przez którą przychodzące do sklepu dzieci mogły oglądać różne rodzaje kredek. Z twarzy pokiereszowanego staruszka zaczęła cieknąć ciemnoczerwona krew. Gorawski nie czekając na dalszy bieg wydarzeń, szybko zabrał kilka ryz papieru ze sklepowej półki. ''Miłego dnia'' - mruknął otwierając sklepowe drzwi w celu opuszczenia tego bajzlu. Malutki dzwoneczek nad drzwiami zaświergotał po raz kolejny.

           Wróciwszy w umówione miejsce, Gorawski przekazał Borukowi zdobyty papier. - ''Świetnie, teraz ja się wszystkim zajmę. A Ty wróć do domu i czekaj na rozwój sytuacji'' - odpowiedział rządząc się poniekąd Boruk. Nie zdenerwowało to jednak Gorawskiego. Każdej innej osobie odzywającej się do niego w ten sposób wybiłby zęby bez chwili zawahania, jednak miał szacunek do każdego pijaka, dlatego też Borukowi tego nie zrobił. Panowie pożegnali się i rozeszli każdy w swoją stronę. Po powrocie na osiedle, Gorawski odwiedził znany mu od wielu lat monopolowiec. Tam zaopatrzył się w dwieście sztuk Bombardierów. Dla ekspedienta, który niegdyś przez trzy tygodnie sprzedawał Gorawskiemu podobną ilość tego ohydnego, taniego wina każdego dnia, taki widok nie był niczym szczególnym. Zdawał sobie jednak sprawę, że Gorawski kupował tak dużą ilość alkoholu wyłącznie w okresie, w którym otworzył społeczność osiedlowych meneli. Ponowne tego typu zakupy świadczyć mogły wyłącznie o próbie odnowienia tej nietypowej komuny, z czego właściciel sklepu bardzo się cieszył. Postawiwszy ciężkie pudła wypełnione ilością Bombardierów zdolną samym siarkowym zapachem powalić stado słoni, Gorawski rozsiadł się na welurowym fotelu, by trochę odpocząć. Uderzenie jego umięśnionego, robotniczego tyłka o siedzenie niemodnego od połowy lat dziewięćdziesiątych fotela wzniosło w powietrze tumany kurzu.-  ''Kurwa nawet nie umiała sprzątać! ‘‘ - pomyślał Gorawski tym smutnym incydentem przypominając sobie niezbyt urodziwą aparycję swej autystycznej żony. Smutne wspomnienia wielu nieudanych stosunków intymnych z małżonką zmusiły go do natychmiastowego sięgnięcia po Bombardiera - korektora przykrych wspomnień. - ''Przez dwadzieścia lat nigdy nie ogoliła brochy'' - wymamrotał po cichu, zębami otwierając Bombardiera. Zbawienne dla pijackiej zdrowotności promile popłynęły ze śmierdzącej jamy ustnej prosto do przypominającego druszlak żołądka. Gorawski głośno beknął i czując niezwykłą ulgę rozsiadł się na fotelu jeszcze bardziej. Patrząc w biały sufit oddawał się marzeniom. Poczuł, że wraz z dniem dzisiejszym odrodził się na nowo. Osiągnął to, o co zabiegał przez tak wiele lat. Cały wysiłek fizyczny, jaki przez te wszystkie lata włożył w systematyczne bicie swej nieudanej żony i błędu młodości zwanego Madzią popłacił. Szczęście wypełniło jego pijackie trzewia. Siedział tak jeszcze przez około kwadrans, wpatrując się w obdrapany sufit z uśmiechem tak szerokim że niemal rozerwał wszystkie czerwone strupy na jego ustach. Tą literacką autorefleksję przerwało solidne pukanie do drzwi. Nauczony doświadczeniem sprzed ponad roku, Gorawski prewencyjnie rozbił butelkę Bombardiera o stół, tym samym robiąc tulipana, który pozwoli mu obronić się podczas ewentualnego ataku jednostki specjalnej policji. Ostrożnie, drepcząc na swych powykrzywianych palcach u nóg, Gorawski zbliżył się do starych, sklejkowych drzwi. - ''Kto tam?’’ - zapytał chamskim bardziej nawet jak zazwyczaj tonem. - ''Z ogłoszenia'' - oparł ochrypły, niewyraźny głos zza ściany. Wciąż ostrożny niczym gotowa walczyć o życie pantera degenerat otworzył drzwi. Jego oczom ukazał się tłum około dwudziestu porównywalnych jemu sposobem bycia mężczyzn zajmujących całą klatkę schodową. - ''My z ogłoszenia'' - powtórzył stary, krótko ścięty mężczyzna z blizną na twarzy i tatuażem na szyi. Gorawski przyjaznym gestem zaprosił żwawo kroczących po betonowych schodach alkoholików. Pierwszy z nich przekraczając próg śmierdzącej meliny, niegdyś stanowiącej całkiem przytulne mieszkanie wypełnione śmiechem dziecka, wręczył witającemu go Gorawskiemu pięćset złotych. - ''Co to? ‘‘- zapytał przeliczając kwotę zdziwiony Gorawski. - ''Na ogłoszeniu było, że każdy nowy członek ma przynieść pięćset złotych z Providentu'' - odparł mężczyzna. Gorawski uścisnął dłoń każdemu z gości z osobna, zadowolony z geniuszu swojego kompana Boruka. To dzięki niemu bez większego wysiłku znalazł się tam, gdzie półtora roku wcześniej. Różnica jednak polegała na tym, że tym razem żaden patrol, ani żadna policyjna jednostka specjalna nie miała najmniejszych podstaw, by wkroczyć i odebrać Gorawskiemu to, czego tak bardzo pragnął. Stare pijaczysko roześmiało się niczym małe dziecko w sklepie z zabawkami. - ''Kurwa'' - wykrzyknął radośnie, obściskując wszystkich obecnych. Ostatnio był tak szczęśliwy, gdy otrzymał telefon, że teściowa dostała wylewu. Mając u swego boku inteligentnego i skromnego Boruka, będąc otoczonym grupą wyspecjalizowanych w pijackim rzemiośle mężczyzn i miętosząc w kieszeni dwanaście tysięcy złotych, Gorawski był niemal niezniszczalny. W drzwiach jego mieszkania niespodziewanie pojawił się Boruk, który na wstępie mocno uścisną wzruszonego Gorawskiego. - ''Dziękuję'' - powiedział pierwszy raz w swoim nic nieznaczącym życiu Gorawski. ''Mój dom Waszym domem'' - wykrzyknęło pijaczysko i triumfalnym gestem wznosząc ku górze butelkę Bombardiera swą żylastą ręką. Ten okrzyk był czymś więcej, niż zwykłym pijackim bełkotem. Był niczym gong rozpoczynający olimpiadę lub zadęciem w róg wzywającym wojska do walki. Dla zgromadzonych mężczyzn, ten okrzyk był wagą równy sygnałowi Dzwonu Zygmunta. Oznaczał on ich własną olimpiadę - olimpiadę w rozwoju własnej degeneracji. Po ceremonialnym wyrzuceniu wszystkich rzeczy należących do jego autystycznej żony i błędu młodości będącego powodem jego wstydu, potocznie zwanego owocem ich małżeństwa, Gorawski włączył muzykę i oddał się urokom libacji.

                               Gdy otworzył oczy, ujrzał kraciasty wzór, który skądś znał. Kiedy już zrozumiał, że leży na podłodze i patrzy na dywan, Gorawski podniósł się i rozejrzał po rozjaśniającym się wraz ze świtem pokoju, w którym wciąż unosił się dym z wypalonych poprzedniej nocy papierosów. We wszystkich nadających się do tego miejscach spali jego kompani upojeni olbrzymią ilością alkoholu. - ''Ale cioty'' - wykrzyknął Gorawski podnosząc stojącą na stole butelkę Bombardiera. Zbudziło to śpiących po libacji towarzyszy. Widząc swego guru, niezadowolonego faktem, iż nikt nie chce z nim pić, zawstydzeni degeneraci wstali i przemógłszy nieprzyjemne pulsowanie czoła sięgnęli do tekturowych pudeł po Bombardiery. Impreza trwała dalej. Gorawski odzyskał wiarę w swych nowych przyjaciół uznając, że może jednak coś z nich jeszcze będzie. Libacja rozpoczęta wraz z uniesieniem butelki Bombardiera ku górze w tą bezchmurną, majową noc trwałą przez kolejne trzy miesiące, a jej schemat pozostawał z grubsza niezmienny. Gorawski i Boruk zbliżyli się do siebie jeszcze bardziej. Każdego dnia, upojeni kilkoma litrami Bombardiera, debatowali na balkonie poznając się coraz lepiej. Nikt nigdy nie rozumiał Gorawskiego tak dobrze, jak stary, poczciwy Boruk. Po raz pierwszy w życiu Gorawski miał prawdziwego przyjaciela, który nie opuścił go po opróżnieniu wysępionej na krzywy ryj butelki. W pewną lipcową noc, gdy większość imprezowiczów spała, dławiąc się własnymi wymiocinami, Gorawski z Borukiem jak zwykle stali na balkonie ucinając sobie pogawędkę. - ''Lubię Cię'' - powiedział optymistycznym tonem Gorawski, klepiąc swojego kompana po plecach i patrząc na piękny, wyraźny tej nocy księżyc. Nagle poczuł czyjeś palce zjeżdżające z góry na dół po jego pośladkach, z których jeden dotykał jego silnie owłosionej odbytnicy. Kątem oka zauważył przedramię Boruka wystające z jego spodni. - ''Co ty kurwa robisz?'' - zapytał zdziwiony Gorawski. - ''Przestań, widzę jak na mnie patrzysz. Wiem, że też masz na mnie ochotę. Mój wielki fiut przeszyje Cię jak rapier'' - wyszeptał rozochocony Boruk, swym mokrym językiem przejeżdżając po brudnej szyi Gorawskiego. Gorawski był w szoku. Jego najlepszy przyjaciel, jedyna osoba, której ufał, okazał się być przecweloną ciotą. Jego głową targały straszliwe emocje. Boruk to najwspanialszy kumpel na świecie, ale to było niedopuszczalne. Kierując się ogólnie przyjętym wśród niewyedukowanych ludzi stereotypem na temat homoseksualistów, rozwścieczony Gorawski uderzył głową Boruka o metalową barierkę balkonu. Po osiedlu rozległy się charakterystyczny dla drżącego metalu wibracje. Na czole Boruka pojawił się siny pasek. Nie czekając na dalszą reakcję oszołomionego alko-pedała, Gorawski kilkukrotnie uderzył go pięścią w twarz. Z wybitymi zębami, przeciętym językiem i popodbijanymi oczami, ledwo trzymający się na nogach Boruk lekko otworzył usta. - ''Dlaczego?’’ - zapytał. Gorawski bez słowa, swymi silnymi dzięki robotom ogólnobudowlanym ramionami złapał chwiejącego się Boruka i jednym wprawnym ruchem, przefiknąwszy go przez barierkę, wyrzucił go z balkonu. Całe osiedle przeszył budzący zaciskanie zębów odgłos przypominający łamanie się grubej gałęzi dębu. Wciąż w niesamowitym szoku, Gorawski ostrożnie nachylił się nad telepiącą się w dalszym ciągu barierką. Jego pedo-przyjaciel leżał na ziemi. W intensywnym tej nocy świetle księżyca widać było, że Boruk leży w nienaturalnej pozycji, z szyją wykrzywioną na lewo. Stało się jasne, czym był ów nieprzyjemny odgłos - Boruk nie żył. Łzy napłynęły do zaczerwienionych z powodu braku snu i witamin oczu Gorawskiego. Wiedział jednak, że postąpił słusznie. W stworzonym przez nich osiedlowym azylu dla meneli nie było miejsca dla ładowanych odtylcowo, niczym osiemnastowieczny muszkiet ciot. Ale przecież właśnie to sodomskie truchło, ukarane za swe pedalstwo ten azyl stworzyło. Gorawski stał tak w chwilowej konsternacji, rozważając wszystkie powyższe kwestie. Zastanawiał się, co powinien powiedzieć śpiącym kompanom. - ''Przepraszam'' - wymamrotał ocierając łzy z podziurawionego zmianami skórnymi policzka, następnie odwracając się w stronę drzwi do pokoju. - ''Boruk nie żyje!’’ - krzyknął kilkukrotnie, budząc wszystkich nieświadomych biegu wydarzeń degeneratów. ''Co się stało, jak to?'' - pytali wystraszeni menele, zrywając się ze wszystkich miejsc w mieszkaniu, w których możliwe było zapadnięcie w narkotyczny sen. - ''Wypadł przez barierkę i złamał kark'' - powiedział drżącym głosem Gorawski. - "Pochowamy go jak bohatera'' - dodał chwilę później. Po raz kolejny łzy pociekły mu po pokrytych grubą, zniszczoną skórą policzkach. Doprowadziwszy wszystkich obecnych do porządku, rozdygotany Gorawski rozpoczął przygotowania do ceremonii. Z piwnicy zabrał cztery szpadle, natomiast swoim ludziom kazał zwinąć kraciasty dywan leżący w pokoju i zabrać go ze sobą. W ciszy, wszyscy wyniszczeni alkoholizmem mężczyźni zeszli po schodach ciemnej klatki schodowej. Niewielki słup światła dawanego przez księżyc w pełni, wpadał przez podłużną szybę drzwi do klatki. Wyszli na zewnątrz. Szli gęsiego przypominając tajemniczych Templariuszy. Dotarli na przyblokowy trawnik, gdzie leżał wciąż ciepły Boruk. Jego otwarte na oścież oczy wpatrywały się prosto na nich. Grupę mężczyzn otaczał mały zagajnik młodych brzózek, co jeszcze bardziej nadawało całemu obrzędowi tajemniczości. - ''Kopać!’’ - wrzasnął Gorawski, rzucając mężczyznom szpadle ukradzione niegdyś podczas jednego z remontów. W nie więcej, jak pół godziny, spracowane ręce zapijaczonych, emerytowanych operatorów ręcznego sprzętu budowlanego, potocznie zwanego łopatą, stworzyły dół nadający się do pochowania przyjaciela. Delikatnie i z ogromną dbałością, Gorawski owinął zwłoki w kraciasty, zakurzony dywan, na który obaj przyjaciele lubili wymiotować najbardziej. Następnie, poprosiwszy o pomoc niskiego pijaczynkę z blizną, rozhuśtał zawiniętego Boruka i umieścił go w dole. ''Był jak karaluch, nawet Domestos lubił wypić. Był wspaniały i takiego go zapamiętamy; - powiedział Gorawski, machnięciem ręki nakazując zakopać truchło

                               Następne tygodnie nie należały do najlepszych w życiu starego budowlańca. Każdej nocy, w jego snach pojawiał się Boruk. Schemat snu zawsze się powtarzał. Gorawski wchodzi do sklepu, bierze z półki kilka Bombardierów, następnie kierując się w stronę kasy. Gdy ubrany w biały fartuch sprzedawca odwraca się w jego stronę, okazuje się nim być Boruk mówiący
 - ''Nie sprzedam Panu, jest Pan nietrzeźwy''. Jednak nie to było powodem zmartwień tego wyzutego z człowieczeństwa wykolejeńca. W kasie głównej azylu, jak oficjalnie nazywano szufladę nad telewizorem brakowało środków. Z grubo ponad dwunastu tysięcy złotych, okolicznym pijaczynom zostało do dyspozycji niespełna trzysta. ''Przecież to tylko dziewięćdziesiąt Bombardierów, opierdolimy to do południa'' - pomyślał zakłopotany Gorawski, drapiąc się po głowie. Po raz kolejny bycie bezapelacyjnym liderem menelskiej komuny wymagało od niego myślenia. Myślenia znacznie bardziej błyskotliwego, niż wszyscy. Znów musiał wykazać się geniuszem. Przez dłuższą chwilę stał we wspomnianej pozycji. W końcu, jak zawsze w jego przypadku, genialny pomysł wpadł do obitej wiele razy głowy i przepłynąwszy przez zniszczone alkoholem neurony dotarł do ośrodka mowy. Gorawski przypomniał sobie, że jego sędziwa już wiekiem teściowa pożyczała od niego niegdyś pięćdziesiąt złotych. Pijaczysko wstało jako oszalałe i wskoczywszy na zakurzony stół wyścielony gazetami wygłosiło przemowę zagrzewającą osiedlowych pijaków do walki.

                               Teściowa Gorawskiego mieszkała we wsi oddalonej o nie więcej, jak dziesięć kilometrów od miasta. Banda niemłodych stażem alkoholików parła do przodu przez chodnik przy gminnej drodze, niczym armia wojowników dowodzona przez najbardziej doświadczonego generała. Kierowcy jadących drogą samochodów zwalniali, nie mogąc się nadziwić temu widokowi. Rozwścieczona swołocz, zwana inaczej alkoholicką grupą bojową nie zatrzymywała się nawet na chwilę, w trudnych momentach podróży przynosząc sobie ulgę Bombardierem. W końcu ich oczom ukazała się zielona tablica z napisem ''Rakołupy''. - ''To już tu, przygotujcie się'' - powiedział skupiony Gorawski, który jednym haustem dopiwszy Bombardiera, w wymownym geście rozbił butelkę o metalową tablicę. Przygotowana do walki grupa przemaszerowała jeszcze około dwustu metrów. W spokojnej wsi mijali małe, drewniane domki, pokryte przymszonym eternitem, wokół których rozciągały się kolorowe płotki ze sztachet. Stary dziadek siedzący na ławce przed jednym z domów, jedząc jabłko nożem przyglądał się im uważnie. Dotarli w końcu pod zieloną, drewnianą chałupę z niewielkim sztachetowym płotkiem o wysokości niespełna metra. Gorawski kopnął w drewnianą furtkę wyrywając ją z zawiasów. Następnie ostrożnie zbliżył się do czarnych drzwi, które zdobiła cienka, podłużna szybka pokryta kurzem. - ''Otwieraj Ty kurwo'' - wrzasnął kopiąc kilkukrotnie w solidne drzwi. - ''Daj jej spokój, miesiące temu odebrała Madzię z ośrodka i wyjechała daleko stąd, idź sobie'' - odezwał się stary, piskliwy głos teściowej zamieszkującej chałupę. - ''Oddawaj pięć dych Ty kurwo'' - wrzasnął nie reagując nawet na wzmiankę o żonie Gorawski. Nie było jednak żadnej odpowiedzi. - ''Jesteś otoczona'' - wrzasnął po raz kolejny, uderzając pięścią w szybę drzwi. Rozległ się trzask pobitego szkła. Gorawski szybko włożył rękę do środka w poszukiwaniu klamki. Jednak w tym samym momencie żółty, niewielki, kuchenny nóż do obierania ziemniaków utkwił w jego umięśnionym przedramieniu. - ''Ty kurwo'' - wykrzyknął, wyciągając krwawiącą rękę. Pijaczyna wiedział, że choćby nie wiem co, nie uda mu się wyważyć solidnych, wiejskich drzwi. Wiedział także, że jego zrezygnowani kończącymi się zapasami alkoholu przyjaciele na niego liczą. Znów musiał wykazać się wybitnym geniuszem. Rozejrzał się dookoła.  W świetle tego pięknego, bezchmurnego poranka jego uwagę przykuła stara, białoruska koparka, stojąca na podwórku sąsiada teściowej. Był to model sprzętu budowlanego, jaki Gorawski bardzo dobrze znał. Niegdyś był operatorem takiej koparki podczas prac brukarskich, jednak został zwolniony dyscyplinarnie za uderzenie nią w Mercedesa jednego z klientów po spożyciu alkoholu. Nie zważając na krwawiącą rękę, ani tym bardziej na moralność swych czynów, Gorawski ruszył sprintem w kierunku koparki. Jednym wprawnym ruchem otworzył zamaszyście drzwi i zasiadł za kierownicą maszyny. Wielka chmura dymu uniosła się w powietrze z rury wydechowej wraz z przekręceniem kluczyka. Radziecka myśl techniczna parła naprzód i rozwaliwszy drewniany płot skierowała się w stronę chałupy teściowej. ''Kurwo!'' - krzyknął z furią Gorawski, łapiąc zębami łyżki gzyms budynku. Rozwścieczony degenerat z całej siły pociągnął metalowy drążek w dół. Cała wschodnia ściana drewnianej chaty runęła na ziemię. Szczęk wiekowych desek, łamanych łyżką koparki przeszył całą okolicę.  W środku stała zdezorientowana i przestraszona kobieta około osiemdziesięciu lat. Niska, przygarbiona, z kolorową chustą na głowie, na pierwszy rzut oka schorowana babcia nie próbowała nawet uciekać. Pył z poszarpanych na kawałki desek wypełnił cały dom. Starsza kobieta zaczęła kaszleć, dusząc się latającymi w powietrzu trocinami. Nieugięty w swych działaniach Gorawski wyskoczył z koparki i podbiegłszy do staruszki uderzył ją z pięści w twarz. Starsza pani upadła na drewnianą podłogę pokrytą trocinami. - ''Oddawaj pieniądze dziwko'' - rzekł kulturalny jak zawsze Gorawski pochylając się nad leżącą kobietą. - ''Nic ci nie dam pijaczyno'' - wyszeptała ochrypłym głosem teściowa. Gorawski bez słowa riposty kopnął ją swym ciężkim butem. - ''Pieniądze'' - powtórzył spokojnie. Kobieta nie zareagowała, wciąż intensywnie kaszląc. Gorawski rozejrzał się po pokoju. Przy palącym się piecu kaflowym zauważył czarną, żeliwną szpatułę. Ruszył w stronę pieca, następnie wsadzając szpatułę do palącego się wnętrza. - ''Dasz albo zdechniesz'' - wymamrotał pod nosem, wyciągając rozgrzane do czerwoności żeliwo. Bez chwili zawahania umieścił gorący pręt na czole leżącej na podłodze staruszki. Rozgrzany metal w ułamku sekundy przepalił cienką chustę i z charakterystycznym sykiem zaczął parzyć skórę kobiety. - ''Pieniądze'' - powiedział spokojnie Gorawski, łokciem opierając się o drugą końcówkę pręta.
 - ''W kredensie'' - wykrzyczała wyjąca z bólu babcia. - ''Dziękuję'' - powiedział spokojnie Gorawski i wyrwawszy drzwi do wieśniackiego kredensu ujrzał białą kopertę. Miał niezwykłe szczęście - dzień wcześniej listonosz przyniósł rentę. Napluwszy na leżącą w konwulsjach staruszkę opuścił zniszczoną chałupę i wraz z wiernymi przyjaciółmi udał się w stronę miasta, w planie mając odwiedzenie po drodze najbliższego sklepu monopolowego
                - ''Co ja kurwa robię w wannie'' - pomyślał Gorawski chwilę po otwarciu oczu. Przez moment próbował przypomnieć sobie bieg wydarzeń z wczorajszego dnia. Jedyne, co pamiętał to fakt, że w kopercie było osiemset złotych i że wkrótce po jej otwarciu znaleźli sklep. Nie chcąc wysilać się bardziej, wynurzył się z łazienki. Głowa pulsowała mu w rezonansie tak regularnym, że na jego bazie można byłoby ustawiać zegary. Trzymając się futryny stanął w progu pokoju. Jego towarzysze oglądali czeski film pornograficzny na starej kasecie VHS. - ''Młody, skocz po Bombardiera, bo aż mnie telepie'' - powiedział drżącym głosem Gorawski, grubymi palcami łapiąc jeszcze mocniej futrynę. Łysy chłopak z łezką wytatuowaną pod okiem zerwał się z tapczanu i wyciąwszy z szuflady sto złotych wybiegł z mieszkania, które już od kilku dni, zamiast drzwi, od klatki oddzielał stary koc, zwisający z framugi drzwi wejściowych. Gorawski czuł się źle. Bez żadnej litości, ogromny lodołamacz zwany kacem rozpierdalał od środka arktyczną krę, jaką wtedy była jego głowa. Wiedział, że jedynie wlanie w swój przełyk butelki Bombardiera w trybie natychmiastowym zdejmie ciężar tych katuszy z jego plebejskich barków. - ''Niech ten chuj szybko wróci!’’ - krzyknął wciąż podpierając się o futrynę, a także zaczynając się telepać. W tym właśnie momencie doświadczył piekła. Zrozumiał, że jego alkoholizm jeszcze bardziej się pogłębił. Ten nieciekawy stan zdrowia wymagał radykalnego rozwiązania.
 - ''Teraz będę musiał pić jeszcze więcej'' - pomyślał, czując jak jego nogi się chwieją. Wtem odgłos butów kroczących po starym linoleum i szczęk butelek pobudziły jego zmysły - Łysy wrócił z prowiantem. Pokonawszy w tym okropnym stanie odległość około trzech metrów, Gorawski rzucił się na tekturowe pudło ze śmierdzącym siarką, tanim winem. Jego grube palce pomknęły do wnętrza pudła, po chwili znajdując to, czego szukały. ''Ale ulga'' - powiedział sapiąc po uprzednim donośnym beknięciu Gorawski, zadowolony, że piekło określane przez lekarzy mianem delirium jest już za nim. Z nadmiaru wrażeń położył się na welurowym tapczanie, którego kolor po tak wielu libacjach był już bliżej nieokreślony. - ''To nie może tak być, Bombardier jest za słaby'' - powiedział poddenerwowany Gorawski. Przyjaciele popatrzyli na niego z zaciekawieniem i rezygnacją zarazem. - ''Mam plan'' - powiedział Gorawski, ręką wydając kompanom polecenie, by natychmiast wstali i udali się za nim. Wyszli na klatkę, swe kroki kierując w stronę zejścia do piwnicy. Sąsiad idący właśnie na górę, chcąc podkreślić piękno dnia i swój dobry humor, uśmiechnął się do nich. - ''Dzień dobry Panowie'' - powiedział schludnie ubrany mężczyzna w wieku około czterdziestu lat. - ''Spierdalaj'' - odpowiedział menelski chór, który sprawiał wrażenie dzielenia się na spółkę jednym mózgiem. ''Łapcie'' - powiedział Gorawski, który wychodząc z piwnicy podał osiedlowym degeneratom olbrzymią ilość wiader i plastikowych butelek. Żaden z nich nie miał na tyle odwagi lub intelektu, by zapytać swojego przywódcę o celowość tego działania. - ''Idziemy'' - powiedział Gorawski otwierając drzwi do klatki. Mężczyźni udali się na parking przy pobliskim supermarkecie, po drodze bijąc do nieprzytomności nastoletniego chłopaka, który na ich uprzejmą prośbę odmówił podzielenia się papierosem. W końcu dotarli - ich oczom ukazał się olbrzymi parking wypełniony po brzegi samochodami klientów odwiedzających supermarket. Słońce odbijało się od szyb przeróżnych aut. Panował upał odczuwany jeszcze bardziej na tej otwartej przestrzeni. - ''Wiecie gdzie jest chłodnica?’’- zapytał Gorawski, ufnie odwracając się do idących za nim kompanów. Wykolejone wyrzutki społeczne odpowiedziały twierdząco. Zadowolony z rozległej wiedzy swych kompanów na temat mechaniki samochodowej Gorawski przegrupował oddział i rozmieścił meneli na różnych końcach parkingu. Wiedzieli, co mają robić. Pracując w parach, bardzo skrupulatnie odwiedzali podwozie jednego samochody za drugim, z każdego z nich spuszczając płyn Borygo o zawartości alkoholu oscylującej na poziomie około dziewięćdziesięciu procent. Szczęśliwy z powodu swojego geniuszu Gorawski stał na środku ogromnego parkingu, obserwując pracę swych zwyrodniałych przyjaciół. - ''To dzięki Tobie, odbytojebco'' - powiedział sam do siebie, wspominając zmarłego niedawno śmiercią tragiczną Boruka. Cała akcja przebiegła bez najmniejszych problemów, zakończywszy się po godzinie. Przyjaciele wrócili do domu bogatsi o sto trzydzieści litrów płynu Borygo. Gdy tylko dotarli do domu, Gorawski rozpoczął przygotowywanie wywaru. Na starej, obrośniętej brudem i wydającej się być oddzielnym ekosystemem kuchence postawił olbrzymi, metalowy garniec, następnie wlewając do niego około dziesięciu litrów płynu Borygo. Dodawszy do niego dwanaście butelek Bombardiera i przeterminowany balsam po goleniu, zaczął gotować zawartość kociołka na pokaźnych rozmiarów ogniu. ''Dotrzemy do sedna materii; - pomyślał, mieszając wywar.

               -  ''Zgaś to pierdolone światło!’’ - wrzasnął budząc się na czymś mięciutkim. Przed oczami widział niebiesko-białą mozaikę. Zdezorientowany postanowił zaczekać, aż obraz się wyklaruje. Nagle poczuł silne uderzenie w głowę. Jego położenie stało się jasne. Leżał na osiedlowym trawniku. Przyjąwszy pozycję na plecach, został obudzony intensywnym światłem. Dzieci napierdalały w jego pusty łeb piłką. Nie było to zasadniczo niczym nowym. Jako osiedlowa legenda, Gorawski stał się obiektem spekulacji wielu dzieci? Od wielu lat, młodzi mieszkańcy tego robotniczego blokowiska z wielkiej płyty, chcąc pokazać swą odwagę i męstwo zaczepiają Gorawskiego, między innymi właśnie kopiąc w jego łepetynę piłką. Jednak obecnie Gorawski był jeszcze bardziej wykolejony i wyzuty z człowieczeństwa, niż kiedykolwiek. Kolejne uderzenie przeszyło jego zajętą kacem głowę. - ''Tego już za wiele'' - pomyślał Gorawski, spokojnie i w żółwim tempie podnosząc swój umięśniony tyłek z trawnika. Dwunastoletni chłopiec ubrany w koszulkę piłkarską z napisem ''Messi'', fioletowe tenisówki z białymi sznurówkami i czarne, krótkie spodenki, otoczony trzema podobnymi jemu kolegami, szykował się do kolejnego strzału. Szkolny mistrz piłki nożnej wyprowadził czarno-białą piłkę w kierunku głowy Gorawskiego. Ku jego zdziwieniu nie usłyszał jednak śmiesznego odgłosu uderzenia piłki w pijackie lico, a jedynie pisk uciekającego, sprężonego powietrza. Chłopcy cofnęli się na krok lub dwa, nie mogąc uwierzyć w to, co widzieli. Przed nimi stał Gorawski, w zębach trzymając przegryzioną piłkę małych rozrabiaków. Stał tak przez chwilę, czerwonymi z przepicia oczami wpatrując się w chłopców. Nieprzerwanie trzymał ich piłkę swymi czterema sczerniałymi zębami. - ''Wyglądasz jak pies'' - wykrzyknął, śmiejąc się do rozpuku, szczerbaty rudzielec, palcem wskazując kolegom na Gorawskiego. W tej samej chwili, ciężki, robotniczy but złamał mu nos. - ''Mały rudy chuj'' - wymamrotał Gorawski, uroczyście wypluwając zniszczoną piłkę na zakrwawioną twarz leżącego na trawniku chłopca. Przyjaciele rudego przygłupa, ukaranego za zakłócanie leczenia kaca, uciekli w popłochu, zostawiając przyjaciela na pastwę Gorawskiego. Strach przed osiedlowym degeneratem był silniejszy, niż przyjaźń. Z oddalonego o pięćdziesiąt metrów placu zabaw obserwowali bieg wydarzeń i agonię swego kolegi. Ku ich zaskoczeniu, Gorawski zwyczajnie minął nieprzytomnego chłopca, swe kroki kierując w stronę domu.

                Gdy tylko dotarł do pokrytego szmatą wejścia do meliny, zwanej niegdyś dwupokojowym mieszkaniem, naszła go pewna refleksja. Zastanawiał się, czy aby na pewno zrobił dobrze, tak brutalnie bijąc małego chłopca. W końcu dzieci to małe aniołki, które nieświadomie czasem ranią nas swym zachowaniem, ponieważ nie znają jeszcze wszystkich norm społecznych. ''Ale przecież był rudy'' - pomyślał Gorawski, jednocześnie przerywając ten drobny przejaw ludzkich uczuć. Przechyliwszy brudną, szmacianą kotarę wszedł do środka. Jego oczy zastały niecodzienny widok. Jeden z meneli - wysoki, otyły, ciemnowłosy facet z powykrzywianymi we wszystkie strony wąsami, ubrany w przykrótką, fioletową koszulkę naciągniętą siłą na jego olbrzymi brzuch, stał pochylony z siekierą nad porozwalanymi na środku pokoju kawałkami starej meblościanki z pokoiku Madzi. - ''Będzie ognisko'' - powiedział olbrzym, szczerze uśmiechając się do Gorawskiego. Budowlaniec przez chwilę wahał się, czy opierdolić grubasa za robienie takich rzeczy bez pozwolenia, czy po prostu docenić kunszt i finezję przebywających w azylu pijaków. Wybrał drugą z opcji uznając, że przecież jego dom jest też ich domem. - ''Młody, leć po kiełbasę'' - powiedział do młodego, łysego mężczyzny podekscytowany wizją ogniska Gorawski. Następnie pijaczyna ruszył do kuchni, by nalać sobie troszkę cudownego wywaru. O dziwo dzień wcześniej wypili tylko kilka litrów tego cudownego eliksiru. Nachylając się nad garncem i widząc stan zapasów, Gorawski poczuł się niezwykle dumny. Jego geniusz po raz kolejny wyniósł go na wyżyny menelskiej drabiny społecznej. Gorawski łapczywie siorbiąc wypił imponującą ilość wywaru prosto z chochli, następnie beknąwszy siarczyście. 
- ''Kurwa!” - wykrzyknął, czując jak jego wyniszczony chorobą alkoholową przełyk został podrażniony gorzkim smakiem eliksiru. Poczuł bąbelki we włochatym nosie. Wtem zza uchylonej szmaty, będącej nowoczesnym substytutem drzwi wyłonił się łysy młodzieniec, trzymając w ręku kilkukilogramowe opakowanie kiełbasy. - ''Bo baba w mięsnym nie domknęła kraty'' - powiedział, w triumfalnym geście unosząc ukradzioną właśnie kiełbasę. Następnie, lojalny wobec swych przyjaciół łysol, odłożył wzięte przez siebie pieniądze do szuflady. Chwilę później olbrzymi wór z kiełbasą znalazł się w rękach olbrzyma, który dokończywszy przygotowania oblał ułożony na środku pokoju stos z pociętej meblościanki sporą ilością płynu Borygo. - ''Otwórzcie okno, bo może pierdolnąć'' - powiedział z ekscytacją, rzucając zapałkę na stos. Ogromny po sam sufit słup ognia wzrósł na środku pokoju, paląc stary żyrandol z przypominającej mahoń, radzieckiej sklejki. Impreza się rozpoczęła. - ''Są kiełbaski, nie ma kijków'' - powiedział nieco rozczarowany Gorawski, pocieszając się obfitym haustem płynu Borygo z białego kubeczka, na którym widniał czarny napis ''Najlepszy tata na świecie''.
 - ''Jak to nie ma, jak są?'' - odparł podirytowany olbrzym, rzucając swoim przyjaciołom zaostrzone na jednym końcu, połamane nóżki krzeseł z kuchni.
 - ''Zajebiście, i tak nie były potrzebne'' - pomyślał Gorawski, ochoczo nadziewając kiełbaskę na obdrapaną nóżkę od krzesła. Impreza rozkręciła się na dobre

       Pogrążonego w głębokim, narkotycznym śnie Gorawskiego obudziły bardzo dziwne hałasy, momentalnie podrywając go na nogi. - ''Wypierdalaj!’’ - krzyczał olbrzymi, otyły menel, szarpiąc w rogu mieszkania strażaka ubranego w pełen ekwipunek.- ''Co się dzieje?'' - zapytał mimo zaawansowanego wykolejenia wciąż zdziwiony sytuacją Gorawski. - ''Chce się do nas wbić, a na picie się nie składał'' - odparł olbrzym, trzymając za szyję przygwożdżonego do ściany strażaka. - ''To jakieś nieporozumienie! Dostaliśmy zgłoszenie, że w tym lokalu doszło do pożaru'' - powiedział dygoczącym głosem, wystraszony majestatem ogromnego pijaczyny strażak. - ''Wypierdol go'' - powiedział spokojnie Gorawski, wodząc wzrokiem za pozostawionym gdzieś przez siebie kubeczkiem z wywarem. Niespodziewanie świat zaczął wirować przed jego oczami. Czuł się, jak trójnogi pies próbujący biec pod prąd na ruchomych schodach. Ten dziwny stan zaczął pogłębiać się z sekundy na sekundę. W uszach słyszał przytłumiony pisk, a każda próba skupiania wzroku w jednym miejscu kończyła się zbieraniem na wymioty. Ręce zaczęły mu drżeć. - ''Co się kurwa dzieje?’’ - pomyślał, kierując swe kroki do pokoju w celu uzyskania pomocy. Nagle jego nogi zatrzymały się w niezwykłym nieposłuszeństwie, a cała reszta ciała runęła do przodu. Czoło Gorawskiego, z ogromną siłą uderzyło o drewniany próg wystający z podłogi. Nastała ciemność.


Rozdział III

Recykling Śmiecia

- ''Mamy go z powrotem'' - powiedział nachylony nad otwierającym ślepia Gorawskim lekarz w białym kilcie. Gorawski widział jedynie lampy przytwierdzone do białego sufitu. Rozejrzał się. Leżał na metalowym, szpitalnym łóżku otoczony gronem lekarzy robiących notatki. - ''Co jest?'' - zapytał ochrypniętym głosem, ledwo wypowiadając słowa.-  ''Miał Pan niemal całkowicie zniszczoną wątrobę. To ona spowodowała atak. Zmuszeni byliśmy przeprowadzić zabieg resekcji trzech czwartych tego organu. Podczas operacji doszło do niekontrolowanego zatrzymania akcji serca. Na szczęście został Pan odratowany, jednak powrót do zdrowia wiąże się ze zmianą stylu życia. Przede wszystkim, spożywanie alkoholu jest wykluczone - nawet najmniejsza ilość może spowodować śmierć. W razie pytań zapraszam do gabinetu'' - powiedział profesor odwracając się w stronę wyjścia z sali chorych. Leżąc na szpitalnym łóżku, Gorawski wpatrywał się w sufit. Wiedział, co powinien zrobić. Bez zastanowienia ścisnąwszy w ręku biały pilot, wezwał pielęgniarkę. ''W czym mogę pomóc?'' - zapytała stara pielęgniarka, niemal natychmiast pojawiając się w sali Gorawskiego. - ''Czy mógłbym zadzwonić?'' - zapytał Gorawski. - ''Oczywiście'' - odparła pielęgniarka, wracając po chwili do sali z bezprzewodowym telefonem stacjonarnym. - ''Dziękuję'' - powiedział Gorawski, grubymi palcami wstukując numer na klawiaturze. ''Tadziu? Trzeba mi kogoś znaleźć.'' - powiedział spokojnie do słuchawki. Po długiej rozmowie, mającej generalnie charakter spowiedzi, Gorawski odłożył słuchawkę i zasnął głębokim snem.
                Obudziło go skrzypienie solidnych drzwi szpitalnej sali na oddziale intensywnej terapii. - ''Tadziu, jednak przyjechałeś'' - powiedział podradowany Gorawski, układając się w nieco bardziej siedzącej pozycji. - ''Nie mógłbym Cię teraz zostawić. Nie tylko jako ksiądz, ale też jako Twój brat'' - powiedział starszy, siwowłosy mężczyzna, ubrany w długi, czarny płaszcz, wieszając na haczyk czarny kapelusz. - ''Znalazłem je. Mieszkają w Lublinie, więc na szczęście nie jest to aż tak daleko'' - powiedział Tadeusz, uśmiechając się do Gorawskiego. - ''Będzie dobrze'' - dodał, kładąc swoją rękę na umięśnionym przedramieniu swojego brata. Łzy pociekły po policzkach skruszonego degenerata. Wyraz jego twarzy zmienił swój wygląd o sto osiemdziesiąt stopni. Ze skurwiałej już na pierwszy rzut oka mendy zmienił się w poczciwego, uśmiechniętego mężczyznę po pięćdziesiątce. - ''Wyspowiadasz mnie?'' - zapytał Gorawski, wpatrując się głęboko w oczy brata. Tadeusz bez słowa obrócił krzesło do najdogodniejszej ku temu pozycji i nachylił się nad Gorawskim. Spędził w tej pozycji ponad godzinę, uważnie słuchając każdego słowa. Moment ten był nie tylko wyjątkowy z racji patosu samego w sobie, lecz był to także pierwszy od ponad trzech dekad poranek, kiedy to oddech Gorawskiego nie niósł za sobą wątpliwej przyjemności zapachu sfermentowanego, taniego wina. Gorawski nie przestawał mówić niezrozumiałym dla siedzącej kilka metrów dalej osoby szeptem, którego ton i głębia bóli w nim ukryta byłaby odczuwana przez każdego, kto wtedy mógłby obserwować tą scenę. Szept połączony z płaczem, na przemian z biciem się w pierś pokaźną, robotniczą dłonią był wzruszający porównywalnie ze śmiercią szczeniaka w emitowanych w niedzielne popołudnia filmach familijnych. - ''Napraw to, co zepsułeś. Żałuj za grzechy'' - powiedział Tadeusz, czyniąc znak krzyża nad skruszonym ex-degeneratem. Gorawski bez słowa, z zamkniętymi oczami oddał się kontemplacji swego życia. Wspomnienia budzące niegdyś w nim niepohamowaną dumę, teraz napawały go obrzydzeniem. Zastanawiał się nad celowością swoich czynów. Po co była ta przemoc? W imię czego bił, kradł, oszukiwał i krzywdził? Czy siarkowaty smak taniego wina był warty zdrowia i urazów psychicznych tak wielu osób? Czemu przez całe swoje dorosłe życie tak bardzo pożądał tego smaku? Czemu tak za nim gonił? Czy Boruk naprawdę zasłużył na śmierć? Wir myśli porwał Gorawskiego w najciemniejsze doliny jego własnej duszy. ''Pożyczysz mi pięćdziesiąt złotych?'' - zapytał Gorawski, odwracając wzrok w stronę Tadeusza. - ''Znowu zaczynasz?'' - zapytał podirytowany Ksiądz, wątpiąc w przemianę swego brata. - ''Nie, nie na alkohol. Jutro wypisuję się ze szpitala'' - odparł wciąż zamyślony Gorawski. ''Pożyczę'' - powiedział uśmiechając się delikatnie Tadeusz.
                Dokładnie dwadzieścia cztery godziny później, Gorawski opuścił pewien budynek. Nie był to jednak szpital - ten opuścił z samego rana. Było to centrum z tanią odzieżą używaną, gdzie nabył czarny, elegancki garnitur z delikatnie błyszczącego materiału, białą koszulę zdającą się być niemal nowym towarem, a także eleganckie lakierki. Ubrany, niczym znany celebryta lub biznesmen, szczęśliwy Gorawski oglądał się w szybie zaparkowanego na chodniku samochodu. Wiedział, co ma zrobić, by zmienić swoje życie. W planie miał wyjechać jeszcze tego samego dnia. Z kieszeni eleganckich spodni wyciągnął zakupiony wcześniej bilet. Spoglądał przez chwilę na wymięty kawałek papieru, myśląc nad tym, co go czeka. - ''Zaczynam nowe życie'' - pomyślał ruszając przed siebie. Nie kierował się jednak na dworzec, miał jeszcze coś do załatwienia.

                Stąpając na palcach odsunął szmacianą kotarę i ze zwinnością niewielkiego nietoperza australijskiego wszedł do środka tego, co kiedyś było jego domem. Rozejrzał się. Wszyscy menele przebywający w tym okropnym miejscu spali upojeni ilością płynu Borygo wystarczającą, by spowodować odlot trwający dwie doby. Okropny nie tylko ze względu na intensywność, ale też na oryginalność smród wypełnił jego nozdrza, zmuszając go do powstrzymania odruchu wymiotnego. - ''Ode mnie też tak jebało?'' - pomyślał, zatykając nos swoimi grubymi palcami. Nie czekając jednak na ewentualne zdemaskowanie, zaczął działać.  Jednym wprawnym ruchem umieścił drzwi oparte o ścianę przedpokoju w zawiasach framugi i ściągnąwszy z niej szmatę, zatrzasnął drzwi. Silnymi, robotniczymi rękami porwał pokaźną szmatę na cztery mniejsze kawałki. Stąpał delikatnie pomiędzy leżącymi w każdym nadającym się do tego miejscu osiedlowymi zwyrodnialcami. Podomykał wszystkie okna z osobna, pod każde z nich wpychając kawałek porwanej szmaty. Zważywszy na fakt, że musiał być niezwykle cicho, zajęło mu to jakiś kwadrans. Upewniwszy się, że wszystkie okna są szczelnie zamknięte, udał się do kuchni. Przekręcając okrągły kurek starej kuchenki na maksymalne obroty, odkręcił gaz, jednak go nie zapalając. - ''Słodkich snów'' - powiedział pod nosem opuszczając mieszkanie

                Trzy godziny później wysiadł na dworcu głównym w Lublinie. Ubrany przepięknie, będąc w formie godnej pozazdroszczenia mężczyźnie w tym wieku, wyglądał niezwykle majestatycznie. Spokojnie zszedł po wysokich schodach na ulicę, swe kroki kierując w stronę osiedla wskazanego mu w szpitalu przez brata. Idąc, zastanawiał się, co ma zrobić oraz co powiedzieć, gdy już dotrze na miejsce. Wspominając słowa Tadeusza doszedł jednak do wniosku, że gdy nadejdzie odpowiednia chwila, serce podpowie mu, co robić.

                Do drzwi zapukał trzykrotnie. Były to ładne, nowe, drewniane drzwi w niczym nieprzypominające sklejkowego badziewia z ich mieszkania. Solidne, orzechowe wrota otworzyły się i oczom Gorawskiego ukazała się jego żona.
 - ''Jezus Maria!'' - wykrzyknęła próbując jak najszybciej zamknąć drzwi. Gorawski sprytnie jej to jednak uniemożliwił, umieszczając jedną ze stóp w mieszkaniu, tym samym blokując drogę zamykanym drzwiom. - ''Posłuchaj, zmieniłem się. Chcę naprawić wszystko, co spieprzyłem'' - powiedział tonem innym, niż kiedykolwiek. Pani Gorawska cofnęła się, kierując się w stronę kuchni. - ''Wynoś się stąd!’’ - krzyknęła bardziej pełna nienawiści, niż strachu.
 - ''Ja się zmieniłem. Spójrz tylko na mnie. Chcę być wspaniałym mężem i dobrym ojcem. Wyremontuję nasze życie tak samo profesjonalnie, jak wszystkie szwedzkie apartamenty'' - powiedział zbliżając się w stronę swojej żony z otwartymi ramionami, po raz pierwszy od wielu lat pragnąć ją przytulić - ''Nie zbliżaj się!'' - krzyknęła Pani Gorawska łapiąc w dłoń leżący na blacie długi, ostry nóż do krojenia mięsa. ''Kochanie, odłóż to. Wszystko naprawię, uwierz mi'' - powiedział Gorawski ostrożnie zbliżając się do swej ślubnej. - ''Ostrzegam Cię!'' - krzyknęła pani Gorawska. W jej oczach było widać niepohamowaną furię i wściekłość. - ''Kochanie, uwierz mi, ja wszystko naprawię'' - powiedział spokojnie, niczym młody diakon Gorawski. Pani Gorawska zaczęła przeć do przodu trzymając przed sobą błyszczący w świetle wpadającego do pokoju słońca nóż. Po mało, stawiając jedną nogę za drugą zbliżała się do niego.
 - ''Żabciu, proszę, daj mi jeszcze jedną szansę'' - powiedział Gorawski, zaczynając szlochać. Pani Gorawska jednak nie zamierzała się zatrzymać. Już się nie bała.Z każdą sekundą zbliżała się do niego, w rękach dzierżąc długi, naostrzony nóż do krojenia mięsa. Pierwszy raz od lat role się odwróciły. Gorawski poczuł strach, żal i odrzucenie przemieszane ze straszliwym upokorzeniem. Nie było jednak czasu na zbytnie rozczulanie się – mężczyzna musiał ratować skórę. Wiedział, że małżonka nie żartuje, a lata życia w poniżeniu wywarły nieodwracalny wpływ na jej psychikę. Musiał działać, kierując się jedynie chłodną kalkulacją. Choć czuł się jak nikomu niepotrzebne gówno wyciągane z dna przez szambiarkę, nie mógł pozwolić żonie na odebranie mu życia. - ”Co ja tutaj w ogóle robię? Kim ja w końcu jestem? Co mam począć?” – mówił sam do siebie w duchu. Konsternacja została natychmiast przerwana, gdy Pani Gorawska rozpoczęła pokaźny zamach w celu ugodzenia nożem swojego znienawidzonego męża. -"Jedyne, co muszę zrobić, to po prostu być sobą” – pomyślał Gorawski.
- „Ty psychicznie chora kurwo!” – wrzasnął w niebogłosy wykonując solidnego kopniaka w korpus swej autystycznej żony. Uderzenie twardym, podwyższonym obcasem męskiego pantofla w klatkę piersiową powaliło panią Gorawską na podłogę. Siła plebejskiego kopa wyrzuciła ją na sam środek dosyć długiego przedpokoju. Upadając, upuściła nóż do mięsa, który zniknął pod sklejkową szafą. Nie utraciwszy przytomności, zrozumiała, że znów stała się ofiarą, a natura drapieżnika nie jest zwyczajnie dla niej. Była raczej, jak szczury w epoce dinozaurów – jedyne, co potrafiła, to schować się w norze w nadziei, że nie zostanie zauważona. Gorawski spokojnie zamknął drzwi do mieszkania, upewniając się, że wszystkie zamki są zatrzaśnięte. - "Znowu się spotykamy” – pomyślał, wykrzykując jedynie donośne "kurwa!” , po czym zbliżył się do leżącej na podłodze zmory jego najgorszych koszmarów. - "Nawet masturbację potrafiła mi zepsuć, zawsze siedziała w mojej głowie” – zauważył błyskotliwie, uderzając ją pięścią w twarz. „Czego od nas znowu chcesz?!” – wrzasnęła obolała pani Gorawska, nie potrafiąc wyjść z szoku, dlaczego jej skurwiały do szpiku kości mąż przyszedł do niej sam z siebie, skoro osiągnął już wszystko, czego chciał. Miał przecież mieszkanie tylko dla siebie, a ona i mała Madzia miały więcej nie pojawić się w jego życiu. Kiedyś, dawno temu, przeczytała tekst Dalajlamy, mówiący o tym, że dopóki jest ofiara, dopóty jest kat. Kat nie potrafi funkcjonować bez ofiary, a ofiara, choć brzmi to irracjonalnie, zawsze będzie szukać kata. Prawda była jednak zupełnie inna. - "Pieniądze.” – powiedział spokojnie nachylony nad posiniaczoną żoną Gorawski. - "Jesteś nienormalny! Przygotowałeś całą tą szopkę z garniturem, trzeźwością i kwiatami po to, żeby dostać się do mojego mieszkania i zabrać mi pieniądze?” – powiedziała, nie mogąc wyjść ze zdziwienia przeplatanego przerażeniem pani Gorawska.
 - "Pieniądze” – odpowiedział spokojnie Gorawski, cały czas wpatrując się prosto w autystyczne ślepia swojej szpetnej małżonki. - "Nic nie dostaniesz!” – wrzasnęła Gorawska, wiedząc, że jeśli teraz ustąpi, agresywny alkoholik będzie wracać po haracz już zawsze. Była to kolejna faza jej głębokich przemyśleń na temat swojej egzystencji oraz relacji damsko-męskich, która jednak została skutecznie przerwana przez uderzenie grubej, wysłużonej latami trzymania łopaty pięści małżonka. Coś gruchnęło. Strumień ciemnoczerwonej krwi wylądował na ścianie, tworząc niecodzienny, artystyczny pióropusz, którego nie powstydziliby się sprzedawcy szablonów ściennych w sieci marketów budowlanych. - "Wybiłeś mi ostatniego zęba!” – wykrzyknęła zakrwawiona pani Gorawska, wpatrując się z bólem na zwyrodniałego męża, który wcale nie miał zamiaru odpuścić. - "Teraz nawet obdukcja gówno ci da!” – powiedział z uśmiechem na twarzy Gorawski, ciesząc się, że w końcu udało mu się pozbawić autystyczną żonę ostatniego stałego zęba. Dobrze pamiętał, jak wiele problemów przysparzały mu sytuację, gdy żona traciła przez niego któryś z zębów. Wtedy obdukcja lekarska jednoznacznie i za każdym razem potwierdzała, że obrażenia tej pierdolonej paskudy powstały w wyniku uderzenia pięścią. Teraz, gdy już nie miała zębów, została pozbawiona niepodważalnego dowodu jego znęcania się nad nią. Siniaki czy zadrapania mogły bowiem powstać w wyniku wielu innych czynników, jednak wybity ząb, w połączeniu z siniakiem wskazującym na uderzenie punktowe mógł wieszczyć wyłącznie kłopoty dla Gorawskiego. Od teraz mógł pastwić się nad nią praktycznie do woli, co znacznie poprawiło mu humor w ten niezwykle smutny i pełen nostalgii dzień. Taka okazja nie mogła przejść bez celebracji. Gorawski postanowił zrobić sobie prezent, na który niewątpliwie według siebie zasługiwał. Bez zastanowienia usiadł na klatce piersiowej swej autystycznej żony i pochyliwszy się nad nią jeszcze mocniej napierdalał ją po twarzy przez dłuższą chwilę bez przerwy, machając przy tym entuzjastycznie rękami, niczym harcerzyk wybierający się na obóz w Puszczę Białowieską. Gorawski zresztą miał w swym usposobieniu wiele z harcerza. - "Na przód przygodo!” – pomyślał, jeszcze mocniej okładając pięściami największą pomyłkę swego nędznego życia. Entuzjazm jednak opadł, gdy pani Gorawska straciła przytomność. To już nie było to samo. „Równie dobrze mogę w domu napierdalać tapczan” – pomyślał Gorawski, wstając z nieprzytomnej i zakrwawionej pani Gorawskiej. Pomyślał, że ma prawdziwy talent, robiąc z obrzydliwej mordy swej autystycznej żony coś na wzór zupy, bądź gulaszu. - "Zrobiłem coś z niczego” – westchnął zadowolony z siebie. Nie miał jednak zbyt wiele czasu, by ekscytować się efektami swojego talentu i ciężkiej pracy – skoro już tam wszedł, postanowił wziąć każdy grosz, jaki uda mu się znaleźć. Nauczony wieloletnim doświadczeniem w inwigilowaniu i okradaniu swej niezbyt inteligentnej i kreatywnej żony, Gorawski swe pierwsze kroki w nowym miejscu skierował do kuchni i po uprzednim otwarciu wszystkich szafek kuchennych wraz z wyłamaniem drzwiczek z zawiasów, dokładnie je przeszukał. Ku jego zaskoczeniu w żadnej z nich nie było pieniędzy. „Kurwa!” – pomyślał i motywowany chęcią wyładowania zbędnego napięcia, jednym zamaszystym ruchem zrzucił drewniany chlebak z kuchennego blatu. Jak bardzo ucieszył się, kiedy w miejscu, w którym stał chlebak ujrzał małą, białą kopertę. Nie obchodząc się zbędną kurtuazją, Gorawski natychmiast rozerwał kopertę, w której znalazł okrągłe siedemset złotych, stanowiące wszystkie oszczędności pani Gorawskiej. Zadowolony schował zawartość koperty do kieszeni swojego wyjściowego garnituru. Pomimo odrzucenia ze strony małżonki, był dumny z tego, że go ma. - "Będę zakładać go zawsze na specjalne okazje, takie jak dziś” – pomyślał Gorawski i złapawszy w ręce leżący na podłodze chlebak udał się w stronę drzwi. Będąc już na przedpokoju zatrzymał się obok leżącej na podłodze, odzyskującej przytomność małżonki. - "Tępa kurwa.” – szepnął pod nosem Gorawski i chwyciwszy chlebak oburącz nad głową zamachnął się, rzucając nim prosto w głowę swej autystycznej żony. Niewielkie deseczki rozsypały się z hukiem po pokoju, a pani Gorawska znów straciła przytomność. - "Jeszcze za wcześnie, żebyś wstawała Kochanie” – mruknął podśmiechując się Gorawski, który żwawym krokiem, szczęśliwy opuścił mieszkanie. Amplituda jego zadowolenia i wściekłości znów poszybowała w dół, gdy chwilę później odezwał się jego telefon komórkowy, który podarował mu brat. Dzwonił właśnie Tadeusz. Gorawski przez dłuższą chwilę zastanawiał się, co ma powiedzieć kochającemu i zatroskanemu bratu, który przecież tak bardzo kibicował powodzeniu jego planu. Czuł się zbyt poważnym człowiekiem, by nie odebrać telefonu, wierzył bowiem, że poważny człowiek nie musi chować się ze swoimi przekonaniami i poczynaniami. Niezwłocznie zatem, swoimi popękanymi paluchami, które jednak tym razem zdobiły idealnie wyszorowane i przycięte paznokcie, nacisnął zieloną słuchawkę. - "Witaj braciszku, opowiadaj! Udało się?” – rozbrzmiał a aparacie podekscytowany Tadeusz, który z racji wykonywanej przez siebie profesji miał głos tak przyjazny, że dla normalnego człowieka każde wypowiadane przez niego słowo było miodem dla uszu. - "Goń się cioto!” – wrzasnął do słuchawki podirytowany Gorawski, który najwyraźniej miodu w uszach miał aż nadto. Podkurwiony nadgorliwością swojego świętoszkowatego brata, z całej siły rzucił telefonem o ścianę klatki schodowej, rozbijając go na kawałki. Mając przy sobie siedem pomiętych banknotów z wizerunkiem Jagiełły, mógł szybko zapomnieć o całej tej farsie związanej ze swoją nieudaną przemianą. - "Być zawsze sobą” – powtarzał pod nosem, kierując się w stronę sklepu.
                Nie musiało minąć dużo czasu, by Gorawski znów poczuł dawne siły witalne. Trzy opróżnione do dna butelki „Bombardiera” decydowanie poprawiły mu nie tylko humor, ale i jakość myślenia. Wysnuł teorię, zgodnie z którą związki siarki zawarte w tym zbawiennym napoju motywowały jego szare komórki do podziału, co u zwykłych śmiertelników nie jest występującym zjawiskiem. Obawiał się jedynie, że pewnego dnia jego czaszka pęknie pod naporem szarych komórek, które niczym dysfunkcyjna rodzina w mieszkaniu komunalnym – nie będą mieć już miejsca, a mimo to dalej będą chciały się rozmnażać. Uznał jednak, że taka śmierć byłaby całkiem zabawna, a jednocześnie posiadałaby heroiczne piękno.  Jego zwłoki byłyby obiektem badań i zabalsamowane oraz trzymane z dala od oczu napalonych nekrofili czekałyby na wskrzeszenie przez naukowców z przyszłych stuleci, by wspólnie odkrywać tajemnice wszechświata. - "Kurwa!” – powiedział, bekając donośnie, uznając, że to dopiero byłoby coś. Musiał jednak na chwilę odbiec od marzeń i skupić się na rzeczach nieco bardziej przyziemnych. Skoro wydał już wysępione od Tadeusza na bilet pieniądze, postanowił odwiedzić swoją nadzwyczaj nieudaną latorośl. Na szczęście, gdy przebywał jeszcze w mieszkaniu pani Gorawskiej, wyhaczył adres szkoły z listu gratulacyjnego od dyrektora placówki, który leżał na kuchennym stole. Postanowił niezwłocznie udać się do szkoły, by w należyty sposób przywitać się z dawno niewidzianą córcią.
                Dotarcie pod szkołę zajęło Gorawskiemu nie więcej, niż kwadrans. Była na tym samym osiedlu, na którym mieszkała jego autystyczna żona wraz z efektem braku wiedzy o antykoncepcji, potocznie zwanym Madzią. Wiedział, że wchodząc do budynku naraża się na zbędne pytania ochroniarzy, a także stwarza ryzyko zostania dostrzeżonym przez Madzię, która natychmiast rzuciłaby się do ucieczki. Zbyt wiele czynników mogłoby złożyć się na ewentualne niepowodzenie jego planu, a konsekwencje mogłyby być dla samego Gorawskiego nieprzyjemne. Postanowił zatem, że obejdzie budynek dookoła i rozejrzy się w poszukiwaniu potencjalnego tylnego bądź bocznego wejścia, które nadawałoby się jako punkt startowy realizacji jego misternego planu spotkania z Madzią. Powoli, nie chcąc wzbudzać podejrzeń uczniów ani nauczycieli znajdujących się w budynku, Gorawski szedł wzdłuż obwodu obiektu, zataczając się delikatnie. Wypadł bowiem z formy w spożywaniu alkoholu, co jeszcze bardziej go wkurwiło - "Pierdolony Tadeusz” – pomyślał. Mury szkoły, do której chodziła Madzia robiły wrażenie na odwiedzających. Rozłożysty, piętrowy budynek z elewacją w kolorze szarym, gdzieniegdzie porośnięty bluszczem, nadawał temu wbrew pozorom nowoczesnemu obiektowi elitarnej powagi. Faktem było, że w szkole uczyły się dzieci wyjątkowo uzdolnione pod względem humanistycznym, artystycznym i sportowym. Obiekt był również wyposażony w kolosalną salę gimnastyczną, a także kryty basen. Całość przyzdabiały olbrzymie, kwadratowe okna, z drewnianą, matową framugą. „Takie to we czterech wstawialiśmy w Niemczech” – pomyślał Gorawski, podziwiając architekturę związaną przecież z jego fachem. To tacy jak on zazwyczaj spełniają oczekiwania najbardziej wymagających klientów, a przynajmniej próbują je spełniać. Napawanie się pięknem otoczenia pozwalało zapomnieć mu o wszystkich upokorzeniach, jakich ostatnimi czasy doznał. Wiedział jednak, że te doświadczenia pomogły mu w odnalezieniu swojego prawdziwego ego, a próby resocjalizacji były jedynie kamienistą ścieżką ku dalszej, świetlanej przyszłości. Ową konsternację przerwał jednak prawdziwy uśmiech szczęścia, który spadł na Gorawskiego w jednej chwili. Jakiż był szczęśliwy, kiedy w jednym z okien na parterze zauważył siedzącą w szkolnej ławce Madzię. Szkarada siedziała w pierwszej ławce, tuż za nauczycielką, bezpośrednio przy oknie. Jego uwagę przykuł fakt, że jako jedyna z dzieci dostrzegalnych zza szyby siedziała sama w ławce. - "Nie lubią jej, bo jest pierdoloną konfidentką jak mamusia!” – pomyślał Gorawski , ze wściekłością patrząc na wyróżniającą się szpetnością latorośl, będącą tuż obok niego. To samo w sobie było wyrokiem, który na nią wydał. Nie tylko nie był to styl życia, jakiego chciał nauczyć swoje dziecko, ale także hipoteza o ewentualnym wdaniu się Madzi w matkę urągała jego godności i poczucia maskulinizmu. Postanowił, że musi coś z tym zrobić. Tuż za nim znajdowało się przepiękne oczko wodne, które w ramach swoich prac zaliczeniowych wykonali uczniowie profilu artystycznego. Otoczone skalniakiem z zielonkawych otoczaków wraz z zamontowaną w środku malutką fontanną i wyłożone geowłókniną, oczko gościło uroczy, ręcznie wykonany, drewniany stateczek przypominający siedemnastowieczny galeon. „Ale gówno” – pomyślał Gorawski, wyśmiewając działalność pseudointelektualistów, przyszłych menadżerów średniego szczebla w korporacjach. Gardził tą bandą gówniarzy, a już najbardziej gardził swoją własną spierdoliną uczestniczącą w tym cyrku. Tego było za wiele. Musiała ponieść karę. Jednak kara musiała być równie wyszukana, co miejsce, w którym się znajdował. Owalne kamienie były zbyt przyziemnym narzędziem wymierzenia kary temu obesranemu bękartowi. Za to drewniany stateczek rozbudził fantazję Gorawskiego. Niczym atleta dzierżący gotowy do wyrzutu oszczep, Gorawski rozpędził się na szkolnym trawniku, a po nabraniu odpowiedniej prędkości i złapaniu potencjalnie celnego toru, jednym zamaszystym ruchem wyrzucił stateczek, który na szczęście miał bardzo opływową konstrukcję. Wykonany własnoręcznie przez młodych uczniów okręt poszybował w powietrzu prosto w kierunku okna, za którym siedziała Madzia. Wąski dziób okrętu rozbił szybę, a następnie utknął w skroni jego paskudnego dziecka. W klasie wybuchła panika a Madzia osunęła się na podłogę. Niestety z lokalizacji Gorawskiego nie dało się dojrzeć więcej szczegółów, czego pijaczyna bardzo żałował. - "Trafiony, zatopiony” – powiedział wesoło, oddalając się w stronę pobliskiego dworca PKS.

Pochmurny dzień chylił się ku końcowi. Szarawa aura przyciemniła barwę grubej warstwy śniegu pokrywającej drogi i chodniki. Podstarzały, brudny po obu bortach autobus zbliżył się do stanowiska na dworcu. Wysłużone, automatyczne drzwi otworzyły się z lekkim oporem, wypuszczając zziębniętych, podkulonych pasażerów. Z nieba padały na nich duże, gęste płaty śniegu. Spośród tłumu pośpiesznie opuszczających autobus pasażerów wyróżniała się poświata naszego bohatera, ewidentnie czymś strapionego. –„Z drogi kurwa, wyszczać się muszę!” – burknął nieprzyjemnie Gorawski, obydwoma łokciami torując sobie drogę w przypominającym puszkę sardynek tłumie. –„Co za ulga!” – wystękał zadowolony, oddając mocz do pobliskiego śmietnika. Zniesmaczeni przechodnie nieśmiało mijali go, obawiając się poniekąd jego agresywnego zachowania.  Gdy już wytarł swoje brudne przyrodzenie ściągaczem obdartego, ortalionowego rękawa, ruszył z kopyta w stronę ukochanego, robotniczego osiedla. Zastanawiał się, jakie dalej powinien poczynić kroki, by móc dalej rozwijać swoją pasję i robić to, co kocha. Rozmyślał o tym,  że musi posprzątać mieszkanie oraz jak to zrobi – w końcu niecodzienną sytuacją jest usuwanie ze zwykłego, peerelowskiego blokowiska dwudziestu zwłok, w dodatku należących do okolicznych meneli, którzy wszystkim mieszkańcom byli dobrze znani ze swej buńczuczności i alternatywnego sposobu na życie. Logistyka całej tej operacji stanowiła nie lada problem, nawet dla takiego geniusza, jak Gorawski. Jednakże wiedział on, że w życiu nie ma rzeczy niemożliwych. - "W piwnicy mam starą, szwedzką siekierę. Porąbie ich wszystkich i spalę w centralnym” – pomyślał, ciesząc się jednocześnie z odnalezienia błyskotliwego rozwiązania. Ów pomysł zrodził jednak pytanie natury filozoficznej w zapijaczonym łbie tego osiedlowego degenerata. Skoro zagonił wszystkich lokalnych meneli do jednego pomieszczenia, kusząc ich wizją lepszej egzystencji, a następnie zagazował ich i planuje spalić zwłoki w piecu w celu zatuszowania swojego czynu, to czy oznaczało to, że przeprowadził eksterminację czwórasów na swoim osiedlu? Jeśli tak, to po czyjej stronie w końcu stał? Czy zbrodni tej dopuścił się w chwilowym letargu wątpliwego odkupienia? Czy może po prostu w głębi duszy nienawidzi meneli, a czyn popełnił sterowany podświadomością? Wiele pytań pozostawało bez odpowiedzi. Kluczowa jednak dla Gorawskiego pozostawała jedna kwestia. Skoro na osiedlu nie było już żadnych meneli, to z kim będzie teraz pił? – „Kurwa!” – wrzasnął roztrzęsiony myślą o tragicznej samotności, którą sam sobie zgotował. Musiał pozostać twardy i nieugięty w obliczu tego, co zostało do zrobienia. - "Posprzątać i zapomnieć” – pomyślał wchodząc do klatki swojego bloku. Wtem na klatce rozległ się nienaturalnie głośny huk, kiedy to sklejkowe obdrapane drzwi jego meliny otworzyły się, uderzając o betonową ścianę pokrytą odpadającą płatami lamperią. - "Mamy skurwysyna!” – krzyczało dwóch barczystych meneli, zbiegając po schodach w kierunku zaskoczonego Gorawskiego. Byli to jego dawni towarzysze z azylu, którzy z racji swoich predyspozycji intelektualnych oraz tężyzny fizycznej pełnili rolę wartowników meliny. Bez najmniejszego problemu potrafili spacyfikować natrętnych sąsiadów, degeneratów z konkurencyjnych melin, a nawet policjantów z jednostki specjalnej. Doskonale wyszkoleni, a w dodatku ewidentnie upojeni wynalezioną przez samego Gorawskiego ambrozją z całych sił parli w jego stronę. - "Jakim kurwa cudem?” – pomyślał, czym prędzej odwracając się na pięcie w celu ewakuowania się z tego bałaganu. Plany wielkiej ucieczki zniweczył jednak stalowy but ochronny, używany zazwyczaj przez dekarzy, który w tym momencie spotkał się z żuchwą Gorawskiego. Pijaczysko upadło bezwładnie na betonowe schody, energią uderzenia roznosząc smród potu, alkoholu i niemytych genitaliów po całej klatce. - "Co teraz będzie?” – pomyślał, otrzymując kolejnego, ogłuszającego kopniaka.


            -"Po co tu przyszedłeś zdrajco?” – powiedział szczerbaty Antoni, cucąc leżącego na podłodze, skrępowanego Gorawskiego. „Chyliłem i chyliłem, a potem wyszedłem z domu i ocknąłem się dzisiaj rano na ławce, to wróciłem” – odparł pewny siebie Gorawski, nie chcąc w swym tonie wzbudzać podejrzeń. – „Sam widziałem, jak włączasz gaz, jak zatykasz okna, jak nas zostawiasz. Nie spałem. Widziałem, co kombinujesz. Jak tylko opuściłeś mieszkanie, posłałem za Tobą Łysego. Wrócił dzisiaj rano i opowiedział nam o wszystkim. Teraz ja tu rządzę!” – wykrzyczał wyraźnie sfrustrowany Antoni. Nieprzyjemny zapach próchnicy i dziesiątek wypalonych papierosów wędrował akompaniując każdemu z jego słów wprost w nozdrza Gorawskiego, który, pomimo własnej niezbyt higienicznej aparycji i maniery omal się nie zrzygał. –„No i co kurwa?” – odparł błyskotliwie nieugięty Gorawski, pragnąc pokazać wszystkim obecnym przy tym swoistym przesłuchaniu menelom. – „No i gówno.” – wymamrotał spokojnie Antoni, wykonując precyzyjny niczym szwajcarski zegarek cios w spuchniętą i obolałą wątrobę Gorawskiego. Pijaczyna zawył z bólu. – "Pod moim kierownictwem każdego dnia stajemy się silniejsi. Tobie chodziło tylko o chlanie. Picie jest ważne, ale jest tylko środkiem, a nie celem. Celem jest skupienie wszystkich meneli z tego miasta w tym bloku, przejęcie wszystkich mieszkań, a nie jednego marnego M3, w którym trzyma się wszystkich, racząc ich płynem do chłodnicy, geniuszu. Wkrótce cała ta klatka będzie nasza, a każdy menel w tym mieście będzie pod moją komendą. Jesteś nikim. Ja przynajmniej w odróżnieniu od Ciebie, obdarciuchu potrafię się wysłowić. Ale nie myśl sobie, że nie jesteśmy humanitarni. Dostaniesz 20zł i odeślemy Cię do Lublina, do największej porażki Twojego życia, żebyś za swój czyn już do końca życia miał piekło na ziemi. I nie próbuj wracać do tego miasta, ani tym bardziej do Azylu. Za drugim razem skończysz metr pod ziemią, tuż obok Boruka” – zakończył swój długi monolog Antoni. Choć Gorawski doskonale rozumiał słowa swego oprawcy, nie interesował się nimi zbytnio. Bardziej zastanawiał się, kiedy ów pijaczyna przestanie produkować się intelektualnie tuż przy jego twarzy, bo wspomniany smród stawał się nie do zniesienia, co napełniało Gorawskiego obawą, że wkrótce odruchem bezwarunkowym utraci on zawartość swojej cennej, wysokoprocentowej treści żołądkowej, która z każdą sekundą odczuwania tego odoru coraz bardziej pragnęła wydostać się na świat i stać się niezależnym tworem. Tą udrękę dla zmysłów i żołądka Gorawskiego zakończył silny, ogłuszający cios w głowę. - "No w końcu” – pomyślał, po raz kolejny tracąc przytomność.

Rozdział IV

Skurwić się na nowo


-„Ja pierdolę” – pomyślał, odzyskując przytomność Gorawski i podnosząc swoją obolałą, pulsującą głowę ujrzał niezbyt przyjemne, klaustrofobiczne otoczenie. Znajdował się w czymś na wzór aluminiowej trumny, do której z lewej strony, z czegoś na wzór włazu bądź zsypu wpadał niewielki strumień światła. Wszystkiemu towarzyszył dziwny szmer wiatru i powtarzające się cyklicznie telepanie całej skrzyni. „Gdzie ja jestem?” – pomyślał zakłopotany Gorawski, jedną ręką wodząc po całej tej trumnie w poszukiwaniu jakiś obiektów, bądź czegokolwiek, co pomogłoby mu odgadnąć własne położenie. Wtem jego ręka natrafiła na skrawek materiału, który po kilkusekundowym badaniu organoleptycznym ze względu na niemal wszechogarniającą ciemność okazał się być alkantarową torbą podróżną. Zdziwienie przeplatane zaciekawieniem pijaczyny wzrosło jeszcze bardziej. Wymacawszy obiema rękami swoje otoczenie zorientował się, że jest otoczony materiałowymi torbami i plecakami. Wtem usłyszał charakterystyczne, krótkie syczenie dobiegające z tyłu skrzyni, w której się znajdował. Wszystko stało się jasne. Upośledzone latami spożywania napojów wyskokowych neurony osiedlowego degenerata, wciąż jednak błyskotliwego, a czasem wręcz genialnego złożyły wszystkie elementy układanki w spójną całość. Gorawski znajdował się w bagażniku autobusu. Dźwięk hamulców bębnowych, stosowanych w autobusach ten śmierdzący moczymorda znał bardzo dobrze. W latach osiemdziesiątych przez jakiś czas pracował jako monter w fabryce Autosanu. Brzmiało to jak melodia dla jego zatkanych woskowiną uszu. Wywołało piękne, wyciskające łzy wspomnienia. Bowiem nigdy wcześniej, ani nigdy później jak w tym okresie, na żadnej budowie ani w żadnym magazynie, Gorawski nie nakradł się więcej i nie ukręcił na lewo. Wtedy też mógł pić w pracy do woli. Niczym w tekście rapowego kawałka, Gorawski był kimś, będąc jednocześnie sobą. „Dlaczego wtedy nie zostawiłem tej kurwy?” – pomyślał skupiony na nostalgicznych wspomnieniach. W swych rozmyślaniach porównał własne życie do partii szachów, w której to każdy ruch zdefiniowany jest przez ruch poprzedni, a także otwiera drzwi do kolejnej puli możliwych poczynań. – „Kurwa!” – wrzasnął zły na samego siebie, swoim brudnym, robotniczym buciorem kopiąc w sufit bagażnika autobusu. Dotarło do niego również, jak humanitarni okazali się jego dawni towarzysze Azylu. Mimo, że był poobijany i okradziony ze wszystkich podwędzonych wcześniej swej autystycznej żonie środków, to jednak wyraźnie czuł, że jest dość mocno pijany. Wtem, gdy trochę się poruszył, poczuł pewien dyskomfort nigdzie indziej, jak w dolnym zakończeniu przewodu pokarmowego. –„Wyruchali mnie?!” – zastanawiał się  z przerażeniem, odczuwając lekkie pieczenie odbytu. Nie czekając ani chwili włożył rękę w podarte spodnie i grzebiąc grubymi, plebejskimi paluchami we własnej dupie znalazł jakiś przedmiot, który natychmiast wyciągnął. Swąd kału i ogólnego braku higieny wypełnił cały bagażnik. –„Kurwa”- wymamrotał Gorawski. Wyciągnąwszy mały obiekt ze swojej odbytnicy zastanawiał się czym on jest. Był owalny, walcowaty, z miękkiego materiału, zakończony sznureczkiem. Zapach miał przedziwny – było to pomieszanie kału i brudu z silnym zapachem alkoholu etylowego. –„Wsadzili mi tampona w dupę żebym szybciej i dłużej był pijany” – pomyślał, nie mogąc się nadziwić miłosierdziem ludzi, których przecież zdradził i którzy mając go na widelcu mogli po prostu zapierdolić go pierwszym lepszym przedmiotem znajdującym się w mieszkaniu. Zamiast tego oni przygotowali całą bazę logistyczną, aby wygnać go, darując mu jednak życie. Mimo to, postanowił on zemścić się na szczerbatym Antonim, za publiczne upokorzenie, jakie zgotował mu w obecności wszystkich mieszkańców Azylu, których przecież sam do niego zwerbował. Zrozumiał, co teraz stanie się priorytetem w jego pijackim żywocie. Wszystko zaczynało się od nowa, w nowym mieście i nowym środowisku, a on był tam całkowicie sam. Jedynym bazowym elementem nowego miejsca było mieszkanie jego autystycznej żony. To tam postanowił znaleźć schronienie, ponieważ było to jedyne znane mu miejsce, gdzie drzwi można zatrzasnąć na klucz, a przede wszystkim jedna z nielicznych nieruchomości w Lublinie, które w ciągu nie dłużej, jak kwadransu udałoby mu się przejąć szturmem. W jego głowie rodził się misterny, wielopoziomowy plan, którego celem było ostateczne zniszczenie Azylu wraz ze wszystkimi jego mieszkańcami. Motywowany chęcią zemsty wypisał sobie w myślach wszystkie punkty i wszystkie działania potrzebne mu do osiągnięcia tego celu. Przede wszystkim jednak, wykonanie tego planu było niezwykle czasochłonne. –„Nie dziś i nie za miesiąc, ale wszystkich zapierdolę” – pomyślał. Nagle autobus raptownie zwolnił, a znane Gorawskiemu hamulce znów wydały z siebie charakterystyczny, tym razem dłuższy syk. Po chwili autobus się zatrzymał. Wiadome było, że Gorawski nie może tak po prostu opuścić przestrzeni bagażowej. Potrzebował planu na wydostanie się stamtąd bez zwracania na siebie zbędnej uwagi. Problemy bowiem były ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował w realizacji swych nowych ambicji życiowych i nowego systemu wartości. Czasu na zastanawianie się zabrakło, gdy niespodziewanie klapa luku bagażowego otworzyła się, a oczom Gorawskiego ukazał się niesłychanie zdziwiony kierowca autobusu. –„Co to ma być?” – wysylabował zaskoczony kierowca firmy przewozowej. –„Dziękujemy i zapraszamy ponownie!” – wrzasnął rozwścieczony Gorawski, uderzając skonsternowanego kierowcę obunóż w tors. Przypominało to trochę ćwiczenie siłowe na tak zwanej suwnicy, z tym, że rolę obciążenia pełnił kierowca. Wyćwiczone operowaniem manualnym sprzętem budowlanym mięśnie dwugłowe i czworogłowe ud wykolejonego robola z pełną siłą wrzuciły Bogu ducha winnego kierowcę w olbrzymią kałużę znajdującą się jakiś metr dalej, na tym obskurnym i słabo utwardzonym placu manewrowym. –„Pierdol się” – dodał Gorawski, truchtem oddalając się od strefy wysiadania.
            Do drzwi mieszkania swojej małżonki, a raczej już do swojego mieszkania, mimo, że dwie znajdujące się w środku największe pomyłki jego życia jeszcze o tym nie miały pojęcia zawitał późnym wieczorem. Nie był jednak idiotą. Zdawał sobie sprawę, że pukanie do drzwi nic nie da. Jego niebywale paskudna, w dodatku od niedawna całkowicie bezzębna ślubna w życiu by mu nie otworzyła. Poza tym naraziłby się na ewentualny przyjazd funkcjonariuszy sił mundurowych, co w konsekwencji mogłoby doprowadzić do umieszczenia go w zakładzie karnym, lub co gorsza na odwyku. Poza tym jego wielki powrót na łono rodziny musiał być uwieńczony równie spektakularnym wejściem. Nie nabierając nawet większego rozpędu i bez znacznego użycia siły, Gorawski wyjebał drzwi z kopa. Trzy sekundy później znajdował się w salonie, gdzie jego autystyczna żona wraz z malutką Madzią wspólnie oglądały kino familijne, a patrząc po ich odzieniu szykowały się powoli do snu. Uwagę Gorawskiego przykuł wielki bandaż starannie owinięty wokół głowy dziecka. Widoczny spod niego czerwony od skrzepniętej krwi gazik uczynił z głowy Madzi coś na wzór flagi Japonii. „Trafiony, zatopiony” – pomyślał raz jeszcze, dumny ze swojego niezawodnego oka Gorawski. –„Jak tu wlazłeś?” – powiedziała przerażona pani Gorawska, która widząc zapijaczone lico tego zwyrodniałego samca alfa tuląc swą córeczkę zamarła w bezruchu. –„Kupujesz drzwi wejściowe z przeceny to tak masz.” – powiedział spokojnie Gorawski, wciskając się pomiędzy Madzię, a swoją telepiącą się ze strachu małżonkę. Rozsiadłszy się na tapczanie otworzył schowane pod pazuchą piwo, jedną ręką obejmując swoją córeczkę. –„Musisz się wyspać Madziu. Jutro czeka nas pracowity dzień.” – powiedział ciepłym, jak na siebie tonem do ucha swej zdziwionej córeczki. –„Czego znowu od nas chcesz?” – wymamrotała Pani Gorawska, której dykcja i poniekąd głos sam w sobie uległy zmianie odkąd nie miała już ani jednego zęba. Najwyraźniej mąż na zawsze zmienił aerodynamikę jej i tak dalekiego od doskonałości pod względem genetycznym aparatu gębowego. –„Wróciłem do Was. A Madzia jest już na tyle duża, że może podjąć pracę. Zaczynamy od jutra.” – powiedział entuzjastycznie Gorawski. Cała trójka w milczeniu oglądała film. Przez chwilę mogłoby się wydawać, że są normalną, szanującą się rodziną, która po całym dniu zmagań z codziennymi problemami chce spędzić trochę czasu razem, by zacieśnić więzi rodzinne, tak bardzo luźne w dzisiejszym pędzącym niczym pani Gorawska do MOPSu świecie. –„To ja pościelę łóżko” – powiedziała spokojnie pani Gorawska, na wciąż drżących z przerażenia nogach udając się do drugiego pokoju. –„Uwielbiam Króla Lwa!” – powiedział równie ciepłym, jak poprzednio tonem Gorawski, mocno przytulając Madzię, która z miesiąca na miesiąc urodą coraz bardziej przypominała swoją matkę, co napawało Gorawskiego nie tylko obrzydzeniem, ale i trwogą o los dziecka. -"Nigdy nie będzie miała męża" - wydedukował, bacznie analizując każdy detal twarzy Madzi.
Gorawski spał, jak zabity. Pierwszy raz od dawna miał możliwość snu w czystej i pachnącej pościeli, którą przygotowała dla niego żona. Ogólnie radziła sobie chyba bardzo dobrze. Mieszkanie, w którym od teraz horror z mężem alkoholikiem miał mieć swój ciąg dalszy było większe i designem nowocześniejsze, niż poprzednie. Rozkładowe, składające się z trzech pokoi oraz kuchni połączonej z przedpokojem, stanowiło jej własne gniazdko, w którym w końcu mogła czuć się bezpieczna. Do dziś. Po raz kolejny wszystkie jej starania o normalność i godną przyszłość dla swojej córki, bez urazów natury psychicznej i fizycznej dały w łeb. Znów powróciło zniewolenie, jakie przez ostatnie ćwierćwiecze  fundował jej zapity małżonek. Nie wystarczało jej tłumaczenie, że tak po prostu musi być, choć wiedziała, w jak beznadziejnej sytuacji się znajduje, pomimo wszelkich prób wyplewienia tej gangreny ze swojego życia.
Sen Gorawskiego w środku nocy stał się niespokojny, jakby płytszy. Odczuwał dziwny niepokój, a podświadomość w pewnym momencie ostrzegła go, że powinien jak najszybciej się obudzić. Odurzone alkoholem neurony wciąż działały, jak należy. Gorawski otworzył oczy i delikatnie podsunął się do góry łóżka. Wtem jego oczom ukazała się jego żona, stojąca przy zamkniętych drzwiach do sypialni, które najwidoczniej próbowała bezdźwięcznie otworzyć. Była ubrana w kurtkę, czapkę i buty, owinięta szalikiem, pod pachą trzymając torebkę. W związku z powyższym nie miała ona na celu spontanicznego opuszczenia pokoju, a zamierzone opuszczenie mieszkania. Zapijaczony ośrodkowy układ nerwowy Gorawskiego znów spisał się na medal. –„A Ty gdzie, tępa kurwo?!” – wrzasnął rozwścieczony Gorawski i chwyciwszy stojącą koło łóżka butelkę z niedopitym piwem rozbił ją o ścianę tuż obok swej żony. –„Ale ja….” – wymamrotała pani Gorawska. –„Kładź się kurwo tutaj z powrotem, drugi raz jak Cie tak przyłapie to obiecuję, że wezmę noża i przepierdolę Cię na pół. Rozpruję i wywlekę na lewą stronę, a z Twoich zawszonych jelit zrobię koraliki dla Madzi, w których wyślę ją na zakończenie roku, rozumiesz?” – oznajmił lekko podniesionym, stanowczym tonem Gorawski. Jego autystyczna małżonka, której to autyzm spowodowany był najprawdopodobniej efektem niedoleczonego zespołu stresu pourazowego po prostu posłusznie zrzuciła z siebie kurtkę, bez użycia rąk ściągnęła buty i kładąc na szafce czapkę i szalik położyła się obok swojego patologicznego męża. –„No i widzisz, teraz to Ci nawet nie przypierdolę, mimo, że zmarnowałem pół piwa na doprowadzenie Cię do porządku” – powiedział spokojnie Gorawski, jedną ręką obejmując telepiącą się w neurotycznym ataku paniki małżonkę. Po raz kolejny naszła go refleksja, że jest stworzony do życia rodzinnego, a jego rodzina nie poradzi sobie bez niego. Zważywszy na rozgardiasz emocjonalny, jaki dostrzegł u pani Gorawskiej i wyrastającej na kolejnego neurotyka córki stwierdził on, że obydwie go potrzebują. –„Potrzeba im silnej ręki, a wyjdą na ludzi.” – pomyślał, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że tylko on jest wybawicielem swojej rodziny. Oddając się marzeniom i snując wielkie plany, chwilę później zasnął, by przygotować się na pracowity dzień, jaki czekał ich już jutro.
Obudził się skoro świt, nie chcąc marnować czasu, który niczym rozlane piwo uciekał mu przez palce z każdą chwilą. Czas był w jego przypadku towarem deficytowym, bo w odróżnieniu od alkoholu, papierosów czy pieniędzy nie dało się go ukraść. Nie było takiego sklepu, w którym przez niedomkniętą kratę bądź sprzedając solidny cios ciężką, popękaną pięścią dałoby się ukraść czas. Był nienamacalny i uciekał. Świadomy lecących z góry na dół ziarenek w klepsydrze Gorawski zaczął realizować swój plan. Szykując się w biegu, jednym haustem wypił przygotowanego dzień wcześniej „Bombardiera”, niczym zbierający się do pracy menadżer średniego szczebla w dużej firmie. Na szczęście w mieszkaniu nie było już jego irytującej małżonki, na którą po nocnej próbie ucieczki wciąż był wściekły. –„Trzeba będzie wieczorem rozkładać pod drzwiami kolczatkę” – pomyślał. Nie obawiał się jednak, że jego żona uciekła. Wiedział dobrze, że poszła do pracy i że nie uciekłaby od niego bez swojej córki, którą kochała, jak nikogo innego. Wiedział również, że ma spokój od tej darwinowskiej drwiny z płci pięknej na najbliższe dwanaście godzin. Natychmiast udał się do pokoju małej Madzi. Wyciągnąwszy z szafki kilka jej ubranek podarł je miejscowo, by przypominały stare i zniszczone. W bucikach kuchennym nożem powycinał dziury, tak aby patrząc na nie z góry dało się dostrzec wystające palce, a kurtkę przypalił zapalniczką, robiąc w niej dziurę na plecach wielkości małej pizzy. –„Co robisz, tatusiu?” – powiedziała zdziwiona Madzia, która właśnie się przebudziła. –„Pamiętasz jak powiedziałem Ci, że zaczniesz pracę? Załatwiłem dla Ciebie coś wspaniałego. Zawsze chciałaś zostać znaną piosenkarką. Dziś to marzenie się spełni” – powiedział spokojnie, jak nigdy Gorawski. –„Naprawdę?” – powiedziała zszokowana postawą ojca Madzia. –„Naprawdę. Od dzisiaj będę Twoim agentem i właśnie kończę szykować Twoją charakteryzację, ubieraj się” – odparł jeszcze spokojniej, jak poprzednio Gorawski. Dziewczynka nie mogąc uwierzyć, że tatuś spełnił jej odwieczne marzenie, jednym ruchem zrzuciła z siebie białą kołderkę w niebieskie rybki i z prędkością z jaką zazwyczaj uciekała od pijanego ojca zaczęła się ubierać. Dziwiło ją troszkę, że jako wielka gwiazda estrady ubrana jest w porwane i zniszczone ubrania. –„Tatusiu, dlaczego mam dziury w butach?” – zapytała zaniepokojona, lecz wciąż podekscytowana Madzia. –„Taka teraz moda.”- odparł przez zęby tracący cierpliwość Gorawski. Nie miał w zwyczaju wdawać się w zbędne dyskusje z rodziną, kiedy wiedział, że dane działanie jest słuszne dla poprawienia jej bytu. Nie mógł jednak wystraszyć dziecka, by nie stracić szansy, jaką dawał mu los, który wysłał go w nowe miejsce, co on sam uznawał raczej za przeznaczenie. –„Idziemy!” – dodał i chwyciwszy dziecko za rękę opuścił mieszkanie, po drodze zabierając ze znajdującej się na przedpokoju szafy wnękowej dużą torbę podróżną.
Chwilę później znaleźli się pod modnym w całym mieście sklepem ze sprzętem muzycznym, który Gorawski zdążył wyhaczyć dzień wcześniej w drodze z dworca do mieszkania. –„Zaczekaj tu chwilkę, zaraz wrócę.” – powiedział, swe następne kroki kierując na tyły sklepu. Front obiektu wraz z całą wystawą asortymentu znajdował się tuż przy ulicy, jednak tył wraz z wjazdem dla zaopatrzenia był z tyłu, od strony dziedzińca kamienicy, z dala od zgiełku ulicy i nadmiernej ilości ciekawskich oczu. Sklep był umiejscowiony na parterze, a rampa załadunkowa obejmowała piwnicę kamienicy. Zważywszy na fakt, że miał on zostać otwarty dopiero za trzy godziny nie istniało najmniejsze ryzyko, że w środku znajduje się właściciel, bądź któryś z pracowników. Po raz kolejny ponadprzeciętny intelekt Gorawskiego dał o sobie znać. Dzień wcześniej potrzebował tylko chwili, by wyróżniający się spośród masy innych go otaczających sklep zwrócił jego uwagę na tyle, by mógł zweryfikować jego otoczenie i wpleść go do swego planu, jako jeden z istotnych elementów. Znów, po raz pierwszy od dłuższego czasu był z siebie dumny. Wiedział, że ze wciąż rozrastającą się od alkoholu ilością zwojów i połączeń mózgowych jest w stanie zdziałać wiele. Był dumny, dumny z siebie, tak jak dumny był z każdego położonego metra kwadratowego płyty kartonowo gipsowej. Nie mógł zbyt długo dawać dumie upustu – należało działać. Solidnym kopniakiem rozbił piwniczną szybę sklepowego magazynu i nie usłyszawszy żadnego alarmu, który mógłby zniweczyć jego plan wrzucił do środka wielką podróżną torbę, następnie samemu wślizgując się tam, niczym małolat do zjeżdżalni w aquaparku.
Malutka Madzia zaczęła się troszeczkę niepokoić. Stała pod sklepem już dobre dwadzieścia minut, a jej tata wciąż nie wracał. Jak gdyby tego było mało, jej malutką, wciąż obolałą po ostatnim niejasnym wypadku w czasie lekcji główką miotały sprzeczne myśli i emocje. Z jednej strony bardzo bała się ojca, który wielokrotnie sprawiał jej ból i katusze psychiczne ciężkie do zniesienia nawet dla osoby dorosłej, a co dopiero dla dziecka, jednak z drugiej strony nie mogła się nadziwić, że po tym niespodziewanym powrocie postanowił on spełnić jej marzenie o zostaniu sławną artystką i uprzednio wszystko zaaranżował. –„W końcu tatuś dostrzegł mój talent” – pomyślała. Próbowała poukładać sobie to wszystko w swojej koślawej główce, tłumacząc sobie ten nagły splot zdarzeń faktem, że tatuś z pewnością poznał kogoś sławnego, z kim podpisał wielki kontrakt dla Madzi. –„Mój tatuś jest wspaniały” – powiedziała pod nosem, uśmiechając się, zapominając tym samym o bólu, jaki przeszywał jej skroń. Wtem z bocznej alejki wyłonił się idący zdecydowanym, sprężystym krokiem Gorawski, w ręku niosąc wypchaną po brzegi, do niedawna jeszcze pustą torbę. –„Idziemy.” – powiedział szorstko, chwytając Madzię za jej serdelkowatą rączkę.
Wkrótce dotarli na przystanek autobusowy, znajdujący się przy jednej z najruchliwszych ulic w mieście, tuż obok szeregu biurowców oraz dużego centrum handlowego. Przystanek stanowił miejsce tranzytowe setek pasażerów w ciągu dnia, było tam gwarno od rana do późnych godzin wieczornych. Za przystankiem rozciągała się wielka, ozdobna brama główna starego cmentarza parafialnego, co w umieszczonym na jednym obrazku kontraście z masą zabieganych, niczym zaprogramowane roboty ludzi zmuszało każde wrażliwsze oko do pewnej refleksji.Istotne również było, że przewijali się tam ludzie w różnym wieku i z różnych warstw społecznych, jednak dominowali tam przyzwoici, średnio zamożni ludzie pracujący we wspomnianych biurowcach i konsumujący ciężko zarobione w codziennym wyścigu szczurów pieniądze w pobliskim centrum handlowym. Nie było innej grupy społecznej, którą Gorawski gardziłby bardziej. Może poza właścicielami małych i średnich firm z branży budowlanej, których zdążył znienawidzić za te wszystkie lata niedomówień i ich ciągłych pretensji co do jakości jego pracy jak i jego samego. –„Idealnie.”- wymamrotał pod nosem Gorawski, energicznym ruchem otwierając postawioną na ziemi torbę. Pod podziurawionymi butami malutkiej Madzi położył czapkę, a następnie wyciągnąwszy z torby piękne, mahoniowe skrzypce wręczył je swojej różowiutkiej na policzkach z zimna córce. –„Graj prosiaku” – powiedział Gorawski, próbując przy każdej okazji odwracać wzrok od Madzi, która przez wypieki na twarzy naprawdę miała w sobie coś z młodego prosięcia. –„Ale ja nie umiem grać na skrzypcach Tatusiu.” – odparła zakłopotana Madzia. –„Graj kurwa cokolwiek!” – wrzasnął zdenerwowany Gorawski, ostrzegając jednocześnie Madzię, że cały występ będzie obserwować zza bramy cmentarza. –„Jesteś wielką gwiazdą, pamiętaj o tym.” – dodał i próbując nie zwymiotować na widok swej paskudnej latorośli zabrał torbę i schował się za bramą cmentarza. Usiadłszy na przygrobowej ławce obserwował dziecko, które delikatnie szurając smyczkiem po strunach, zgodnie z jego zaleceniami grało cokolwiek. –„Teraz trzeba tylko czekać” – powiedział zadowolony ze swej inwencji twórczej Gorawski, który w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń wyciągnął z torby trzy butelki „Bombardiera”, z których jedną zaczął natychmiast konsumować. Malutka Madzia prawie od razu wzbudziła zainteresowanie przechodniów. Stojąca na mrozie, zziębnięta dziewczynka odziana w podarte ubranie, dziurawe buty i zawiniętą bandażem głowę, spod której nieśmiało wyłaniał się duży, zakrwawiony strup, jak gdyby swą obecnością chciał opowiedzieć jakąś historię. Madzia powoli zaciągając smyczkiem wydawała dźwięki, które przygłuszone gwarem ruchliwej ulicy tworzyły przejmującą melodię. Całe grupy oczekujących na autobus, wysiadających z autobusu, bądź zwyczajnie przechodzących tamtędy ludzi zatrzymywały się na chwilę, by wsłuchać się w muzykę zdającą się być cichutkim płaczem tego dziecka. Co kilka sekund, w położonej pod nogami Madzi czapce lądowały monety o różnych nominałach, od czasu do czasu przykrywane banknotem. „-Tatuś nie kłamał. Naprawdę jestem gwiazdą” – pomyślała Madzia.
Minęły jakieś trzy godziny. Słońce górowało nad pokrytym śniegiem miastem. Promienie odbijały się od bielutkiego śniegu, czyniąc dzień jeszcze bardziej pogodnym. Upojony trzema „Bombardierami” Gorawski zasnął na cmentarnej ławce. Nie obawiał się zamarznięcia, ponieważ wielokrotnie zmuszony był spać pod gołym niebem zimową porą i jak dotąd nic mu się nigdy nie stało. Spokojny sen Gorawskiego przerwał komunikat małej Madzi. –„Tatusiu, jestem głodna.” – powiedziała dziewczynka szarpiąc pijanego w sztos ojca za kurtkę w celu obudzenia go z narkotycznego snu. Nie było to jednak dobrym pomysłem. Gibotanie w lewo i prawo jego ciałem spowodowało chęć wymiotów, a gdy otworzył oczy i ujrzał przed nimi twarz swojej córki, spotęgowało to chęć wyrzucenia zawartości żołądka. –„Ty mała kurwo!” – wrzasnął orientujący się w sytuacji Gorawski, z otwartej dłoni uderzając dziecko w twarz. Madzia zajęła się cichutkim płaczem, a strup na jej skroni, którego widocznie dosięgły nieobcinane od dawien dawna paznokcie Gorawskiego zaczął krwawić. –„Wypierdalaj z powrotem grać, chcesz stracić kontrakt?!” – powiedział srogo Gorawski. Madzia domyślając się, jak bardzo tatuś natrudził się przy załatwieniu jej tego wielkiego kontraktu scenicznego, zgodnie z poleceniem udała się ponownie na przystanek. W jej małej główce wszystko się wyklarowało. Musiała odstawić swoje własne potrzeby na bok, by móc cieszyć się realizacją marzeń. –„Tatuś ma rację. Jestem do niczego. Od teraz będę starać się bardziej.” – pomyślała, ponownie pociągając smyczkiem po strunach. Kilka godzin później, gdy dzień chylił się ku końcowi, a wyciągnięta rano z domu bez śniadania Madzia ledwo trzymała się na nogach, Gorawski podjął decyzję o fajrancie. Zawoławszy Madzię w głąb cmentarza położył czapkę na ławce i zaczął liczyć. Nie mógł wyjść ze zdumienia, kiedy doliczył się niemal siedmiuset złotych, z czego dwie trzecie stanowiły banknoty. Po raz kolejny przekonał się o swoim geniuszu. Wiedział, że w tym właśnie tkwi sekret na zarabianie olbrzymich sum pieniędzy. Postanowił, że od dziś będzie mecenasem sztuki, który całą swoją energię zainwestuje w show biznes. –„Ja pierdolę!” – powiedział z ekscytacją chowając pieniądze do kieszeni swych brudnych, podartych spodni. –„Tatusiu, coś jest nie tak z moimi paluszkami u nóg. Nie mogę nimi ruszać i są jakieś takie czerwone” – wystękała widocznie obolała Madzia. –„To masz kurwa problem” – odparł stanowczo Gorawski swoje kroki kierując w stronę sklepu monopolowego.


-„Czy Ty już całkiem zwariowałeś?” – powiedziała rozwścieczona pani Gorawska, widząc stojącego w drzwiach moczymordę wraz z Madzią w pełnej charakteryzacji jego autorstwa. Widziała, w jak opłakanym stanie znajduje się dziecko. Wygłodzona i wychłodzona Madzia usiadła na podłodze, by ściągnąć buty. Nie miała siły, by zrobić to na stojąco, ledwo trzymała się na nogach. Gorawski był wściekły. Ta szuja nie potrafiła nawet powiedzieć „dziękuję” za to, że wymyślił tak dobry pomysł. W ogóle nie doceniła jego kunsztu ani talentu do biznesu. –„Ty niewdzięczna kurwo!” – wrzasnął w niebogłosy uderzając swą autystyczną żonę pięścią w twarz. Kobieta odbiła się od ściany, a gdy już odzyskała kontrolę nad swoim ciałem uciekła do pokoju i schowawszy się za szafą modliła się, by nadciągający nieubłaganie wpierdol nie był na tyle solidny, by skierować ją do szpitala. Nie mogła sobie pozwolić na pozostawienie Madzi samej ze swym wyzutym z resztek człowieczeństwa mężem. Słysząc ciężkie kroki degenerata, z każdą sekundą coraz bardziej wyraźne chciała jedynie, by było już po wszystkim. Wielkie zdziwienie ogarnęło ją, kiedy zamiast poczuć kolejne solidne uderzenie pięści kształtem i strukturą typowej dla nizin społecznych ujrzała stojącego przed nią Gorawskiego, trzymającego w ręku skrzypce skierowane w jej stronę. –„Ciebie też kurwo nauczymy grać”- powiedział.


Rozdział V

Już nie król, a cesarz




Nerwowo krocząc z kąta w kąt wyczekiwał ich powrotu. Każda minuta spóźnienia napawała go niepokojem -"Jeśli to kolejna próba ucieczki, to następnym razem uwiążę je łańcuchem i będę co dwie godziny chodził je przepalować, jak tatko Mućkę." - uspokajał się kolejnym praktycznym rozwiązaniem Gorawski. -"Nie łaź jakbyś owsiki miał, chodź pić." - powiedział próbując uspokoić swojego wybawcę Józek Góra, który jako pierwszy przybył do nowego Azylu jakieś pięć miesięcy temu. Ten niski, cherlawy, emerytowany budowlaniec z niejasną, aczkolwiek, biorąc pod uwagę wytatuowane mgiełki pod oczami kryminalną przeszłością był najwierniejszym z całej dwunastki wybrańców, których przez ostatnie miesiące wyselekcjonował Gorawski.  Jego lojalność wynikała z podziwu dla doskonałości, z jaką Azyl był zaplanowany. Pomysłodawca Azylu nie zdążył jednak skorzystać z propozycji wspólnego spożycia alkoholu, gdyż otwierające się drzwi wieściły nadejście tego, na co tak długo czekał. Ze względu na specyficzną konstrukcję, mającą na celu uniemożliwienie wszelkiej maści napastnikom wtargnięcie do Azylu, otwarcie drzwi zajęło dłuższą chwilę. Były bowiem wzmocnione stalową płytą skradzioną z pobliskiego skupu złomu oraz wsparte dwoma poprzecznymi bolcami ze słupków ogrodzeniowych, tworzącymi pancerną zasuwę. -"Siedem minut spóźnienia!" - usłyszała pani Gorawska, przekraczając drzwi miejsca, z którym niegdyś wiązała nadzieje na nowe, godne życie. Jednak zapewniony jej przez przekraczającego z każdym dniem kolejne granice wykolejenia męża etat ulicznej skrzypaczki, w dodatku stylizowanej na bezdomną był ostatnią rzeczą, jakiej mogła spodziewać się wprowadzając się tutaj z Madzią. Pod wpływem regularnej poprawy charakteryzacji, w postaci siniaków, strupów i bruzd na twarzy, ta drobna kobieta przestała już przypominać osobnika jakiejkolwiek płci. Była czymś w rodzaju bezkształtnej bryły o owalnym kształcie, przypominającej wypuszczoną spod rąk bawiącego się przedszkolaka stwardniałą plastelinę. Wielokrotne skarżenie się na powyższy stan rzeczy niewiele zmieniło. Dla jej zapijaczonego męża, od dłuższego czasu uważającego samego siebie za artystę charakteryzacja sceniczna była najważniejsza. Z tygodnia na tydzień, kolejne "Chodź, trzeba Ci nieco przypierdolić" przestało robić na niej wrażenie. Prawdopodobnie jej połączenia nerwowe na twarzy uodporniły się na ciosy, albo zwyczajnie straciła już w niej czucie - ciężko powiedzieć. Nie przejmowała się zbytnio twarzą. Poskładać ją jako tako do kupy mógł jedynie chirurg plastyczny, na którego nie było jej stać. -"Po co marzyć o czymś, co jest nierealne?" - powtarzała sobie wielokrotnie w myślach, wybijając się coraz wyżej na orbitę autyzmu i zniewolenia. Cóż za ironia. Nie miała przy sobie ani grosza mimo, że każdego popołudnia trzymała w rękach czapkę, w której znajdowało się około tysiąca złotych - tyle bowiem zarabiała grając na skrzypcach w centrum miasta. Jej ukochana córka w weekend potrafiła zarobić nawet więcej. Spacerujące w czasie wolnym rodziny z dziećmi są najbardziej litościwe. Ukraść je bez wiedzy męża i uciec? - Wykluczone. Zrobiłby wtedy wszystko, by ją odnaleźć, a poza tym nie miała wystarczająco dużo odwagi, by posunąć się do tego i tak z góry skazanego na porażkę aktu desperacji. W całej tej beznadziei, pani Gorawska starała się jednak dostrzec pewne plusy. Zarówno ona, jak i dwunastoletnia już Madzia były głównym źródłem utrzymania założonego przez jej męża Azylu, zatem miała pewność, że nigdy nie zostaną skrzywdzone tak mocno, by kolejnego dnia nie móc pójść żebrać. Ta myśl dawała jej namiastkę poczucia bezpieczeństwa.
Nauczony doświadczeniem dwóch poprzednich porażek Gorawski zadbał o każdy szczegół nowo powstałej struktury. Już nie martwił się o dostateczną ilość chętnych wiedząc, że tych i tak będzie więcej, niż miejsc. Poprzez swoisty casting wyłonił jedynie najbardziej zatwardziałych żuli z grubą kartoteką kryminalną jako warunkiem koniecznym do zamieszkania w Azylu. Najgorsi z najgorszych, najbardziej zdegenerowani wśród tych, nad którymi i tak można było już postawić krzyżyk mieszkali pod jego dachem, gotowi na wszystko, by nie martwić się o schronienie, alkohol, pożywienie i realizację swych obrzydliwych, nieraz okrutnych upodobań. Sam Gorawski nie miał już chyba sumienia, popadł za to w jeszcze większą megalomanię. Jego podsycane ciągłą aprobatą lokalnych zwyroli ego rosło, a na tą chwilę było już chyba widziane z kosmosu. I słusznie. W sieci uzależnień i bałaganie go otaczającym działał on metodycznie, każdego dnia dążąc do realizacji celu, jaki sobie poprzysiągł. Niczym dwudziestowieczny imigrant realizujący swój american dream, z nikomu nieznanego pijaczka, osiedlowego pośmiewiska stał się gotowym na wszystko psychopatą budzącym strach wśród normalnych obywateli tego iście lemingowego, lubelskiego osiedla. Stał się także przedsiębiorczy. Zawsze trzymał w odbycie tampon nasączony płynem do chłodnic samochodowych, by oszczędzać alkohol i maksymalizować jego działanie, przez co więcej zbawiennego wysokooktanowego paliwa mieli spożywać jego towarzysze. Nie było w tym jednak czystego altruizmu. Zauważył on, iż skala zła reprezentowana przez jednostkę jest wprost proporcjonalna do ilości spożywanego przez nią alkoholu, jeżeli tylko od samego początku wykazywała ona tendencje i zachowania aspołeczne. 
Uspokoił się, gdy jego córka i Quasimodo, jak z wiadomych powodów od dłuższego czasu zwykł nazywać swoją żonę, wróciły z pieniędzmi do domu. Chcąc ukoić resztki stresu, palił papierosa przy okratowanym drutem żebrowanym oknie salonu. -"Tatusiu, gdzie są moje wszystkie zabawki? Nigdzie nie mogę ich znaleźć" - spytała zaniepokojona Madzia. -"Wjebałem w centralne." - odparł spokojnie Gorawski, zaciągając się mocno nabitym papierosem, z którego wystawały zielonkawe farfocle tytoniu. Dziewczynka zajęła się głośnym płaczem i odwróciwszy się tyłem do ojca zakryła pokrytą łzami twarz swoimi malutkimi, różowiótkimi dłońmi. -"Zamknij tego ryja, bo chłopaków pobudzisz" - warknął srogo Gorawski celując swoją plebejską stopą z widocznymi od lat noszenia niedopasowanych butów roboczych haluksami prosto w kierunku zakończenia pleców dziecka. Mała upadła na podłogę i nie chcąc już denerwować taty, ani tym bardziej jego kolegów z Azylu, postanowiła nie podnosić się z tej pozycji, tylko po prostu bezdźwięcznie przeczołgać się do drugiego pokoju, w którym wraz z matką dzieliły mały, podziurawiony od spadającego popiołu papierosowego materac.
Poranek nie należał do najłaskawszych. Przez tego małego, obrzydliwego bękarta, który dzień wcześniej wyprowadził go z równowagi, Gorawski musiał się napić. Zapomniał jednak o tamponie umieszczonym we wspomnianym wcześniej miejscu. -"Niech to chuj!" - krzyknął trzymając w obu rękach swoją obolałą głowę, jak gdyby miały ochronić ją przed oddzieleniem się od reszty ciała. Nieraz w jego halucynacjach pojawiały się już wizje związane z dekapitacją z nieznanego powodu. Za ten stan rzeczy obwiniał on wyłącznie Madzię. -"Zaszlachtuję małą kurwę." - pomyślał, ze złości kopiąc w otwarte drzwiczki znajdującej się w salonie komody, a właściwie tego, co z niej zostało. Całe szczęście, że godzina była już późna, zatem Madzi nie było w domu. Od kilku godzin, wraz ze swoją matką grała na skrzypcach. Podlegli zaś Gorawskiemu towarzysze ruszyli w różne strony miasta w poszukiwaniu cennych fantów oraz napojów wyskokowych. Opatentowana wieki temu metoda ze spuszczaniem płynu borygo z zaparkowanych pod supermarketami samochodów została przez nich udoskonalona. Stworzona przez Gorawskiego specjalna trzyosobowa komórka składająca się z dawnych mechaników samochodowych, z których jeden potrafił w nie więcej jak pół minuty w razie potrzeby nawet otworzyć i odpalić bez kluczyków każdy zaparkowany samochód, działała niesłychanie sprawnie. Pod dachem Gorawskiego nie mieszkało wielu meneli, więc i zapotrzebowanie nie było tak duże. Stawiał on na jakość, a nie na ilość. W związku z tym nie potrzebowali więcej, niż siedmiu litrów płynu i dwudziestu butelek siarkowatego napoju winopodobnego dziennie. Ze względu na opanowany przez jego latorośl i brzydszą, niż kiedykolwiek wcześniej żonę do perfekcji kunszt grania na skrzypcach uwolnił go od wszelkich trosk ekonomicznych. Jednak kraść było trzeba, bo liczył się każdy oszczędzony grosz. 
Gdy tylko zostawał sam tworzył plan zemsty. Plan, który zawierał inwazję, szturm, zniszczenie, a przez to odzyskanie dumy. Zebrane przez ostatnie miesiące, pochodzące z różnych źródeł czterysta tysięcy złotych poszerzyło spectrum jego możliwości do maksimum. Perfekcyjny, z dokładnością co do sekundy plan był niemal gotowy i wkrótce miał stać się rzeczywistością. Beknąwszy połowicznie przetrawioną siarką, rozpoczął dopracowywanie szczegółów. Był niemal przekonany, w kwestii powodzenia planu, mial przecież środki i zasoby ludzkie, by go zrealizować i dokonać zemsty na dawnych towarzyszach. Zatriumfuje. Tylko co potem? Przez ostatnie miesiące żył jedynie chęcią rewanżu. Co zrobi, gdy jego życiowy cel zostanie osiągnięty? A co, jeśli plan się nie uda, polegnie w walce i jego pokiereszowane ciało wraz z bezpowrotnie rozszarpaną dumą spoczną zwinięte w dywan tuż obok Boruka? -"Chuj w dupę." - wymamrotał kończąc filozoficzne rozważania.

5 komentarzy:

  1. "przeszyje Cię jak rapier" - ktoś tu Arki Satana słuchał

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak! Niech zdycha! Co za paskudny typ...mimo wszystko przeczytałam całość. Dziwne...
    Sposób pisania kompletnie nie mój. Nie raz autor próbuje użyć zbyt wielu słów i określeń na jedną rzecz/zjawisko, co potrafi zepsuć klimat starannie budowany przez autora. Na moje oko za dużo się dzieje. Jest to świetne jak na opowiadanie w internecie, jednakże jeżeli chce autor zrobić z tego książkę, proponuję zwolnić nieco z akcją.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czysty turpizm. Szokujące, tak brzydkie, że aż piękne. Nie mogłam się oderwać. Z niecoerpliwością czekam na ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Naprawdę mi się podoba. Polknelam oba fragmenty błyskawicznie ☺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zapraszam do przeczytania pozostałych trzech :) Jeżeli sie Pani podoba, proszę również o udostępnienie.

      Usuń