sobota, 6 sierpnia 2016

Rozdział I

Menel, jakich mało

W ciemnej, cuchnącej melinie, która przez normalnego człowieka absolutnie nie zostałaby nazwana domem coś się poruszyło. Brudne, obdrapane ściany przyozdobione czarno-białymi zdjęciami ze ślubu i z wojska przeszył przerażający, nieludzki ryk - to Gorawski. Właśnie zbudził się po libacji. Było to pijaczysko o odrażającym wyglądzie. Niski, krępy, przygarbiony budowlaniec o skórze lepkiej, o świńsko-różowawym kolorze. Na głowie krótkie siwe włosy, brudne od kawałków błota z wczorajszego powrotu do domu, wąsy tłuste, pokręcone każdy w inną stronę zawierające kawałki wyrzyganego nad ranem wczorajszego bigosu. Usta fioletowe, popękane z powodu degeneracji układu immunologicznego. To był on. Leżąc na podłodze swej pieczary wyciągnął rękę w stronę stołu, poszukując butelki z resztkami Żytniej. Jednak butelki nie znalazł. ''Pewnie znowu miotałem butelkami w tą kurwę'' - pomyślał. Opierając się o wysłużony stół zaścielony gazetą, Gorawski podniósł się i stanął na swych krępych nogach. ''Kurwa!'' - powiedział donośnie. Zaczął rozglądać się po mieszkaniu w poszukiwaniu jakiś pieniędzy. Nigdzie jednak nie było nawet grosza. - ''Ta kurwa schowała wszystkie oszczędności!'' - Ryknął w niebogłosy, aż z żyrandola w kuchni wypadła żarówka pamiętająca jeszcze animozje poprzedniego ustroju. Gorawski z hukiem wparował do pokoju małej Madzi. Córki nie było - była w szkole. Jednym zamaszystym ruchem wyrzucił na podłogę wszystkie książki z regału, aż w końcu znalazł to, czego szukał - to była skarbonka. Nie zastanawiając się nawet nad moralnością zabierania kieszonkowego własnej córce, napędzany frustracją z całej siły cisnął porcelanową świnką o podłogę. Drobne rozsypały się po podłodze. Zadowolony Gorawski rzucił się na kolana i z gracją kałamarnicy zaczął zbierać pieniądze do kieszeni. Nie było to jednak łatwe, ze względu na odmawiające posłuszeństwa dłonie, tańczące wesoło w silnym delirium. Uzbierawszy nieco ponad siedemnaście złotych z podłogi wybiegł z domu i udał się w nieznanym kierunku. Jego żona w obawie przed rychłym powrotem wynurzyła się ukryta z szafy na buty dopiero po kilku minutach od zatrzaśnięcia się drzwi. Wiedziała już, że Gorawski wróci dopiero wieczorem, a także, że nie będzie sam.  - ''Pewnie znowu mnie pobiją, bo nie chciałam posprzątać ich wymiocin- Pomyślała.
                Dokładne zlokalizowanie Gorawskiego nie było trudne - każda mijana przez niego na osiedlu osoba wiedziała, że udaje się on do swego eldorado, Valhalli wszystkich czwórasów - Alkoholi Świata. Pewnym i dynamicznym ruchem Gorawski pociągnął za sklepową klamkę. Drzwi jednak stały w miejscu. - ''Jak to kurwa czynne od 11:00? Pierdolony świat!'' - wykrzyknął Gorawski kopiąc w drzwi monopolowca. Bezradny i wycieńczony osunął się na ziemię, plecami opierając się o metalowe drzwi. Pijacką konsternację przerwał szczęk otwieranej kłódki - tak, właściciel otworzył sklep. Podekscytowany, acz rozwścieczony Gorawski wtargnął do świeżo otwartego sklepu. Nie musiał nawet mówić ''dzień dobry'', ekspedient od razu wyjął trzy ''Bombardiery'' na sklejkową, obdrapaną ladę. Rozanielony do granic możliwości Gorawski swymi grubymi, popękanymi, robotniczymi paluchami zaczął wyciągać z kieszeni drobne do dziś rana należące do jego córki. Następnie opuścił sklep i udał się w nieznanym kierunku - tyle zdołała ustalić jego żona po wizycie w sklepie. 

Minęło kilka dni, życie pani Gorawskiej i jej córki Madzi przypominało sielankę. Był bezchmurny, słoneczny, kwietniowy poranek. Na gwarnym osiedlu uśmiechnięci ludzie podążali przed siebie za swoimi sprawami. Bez siniaków na żebrach, przypalonego papierosami czoła i obitej mordy, pani Gorawska spokojnie robiła Madzi kanapki do szkoły. Radość niespodziewanie przerwało bardzo hałaśliwe otwarcie się drzwi. - ''O kurwa!'' - pomyślała. W drzwiach ukazał się efekt kopulacji, w której to pijany mężczyzna dosiadł swoją chorą na zaawansowany zespół Downa córkę - w progu stał Gorawski. Opierając się o ścianę, chwiejnym krokiem zaczął zmierzać w stronę swojej żony. Jego krępe, obdarte na kolanach nóżki parły prosto na nią. Wiedziała, co się stanie. Pierwszy cios niemal ją ogłuszył - posłużył się bowiem butelką. Następnie padały kopniaki. Wyrobione od noszenia worków z Ceresitem na siódme piętro Szwedzkich apartamentowców mięśnie krępych nóg miotały jej małym ciałkiem po całej kuchni. - ''Czemu mi to robisz?'' - zapytała. -  ''Kurwa! Całą Cię oblazły!'' - odparł przerażony Gorawski, nieustannie kopiąc korpus swej autystycznej żony. Całej sytuacji przyglądała się mała Madzia. Spóźniona do szkoły, stojąc w progu przypominała sobie słowa, które w podobnych sytuacjach kierowała do niej mama, gdy Madzia była w zerówce. - ''My się tylko bawimy, tatuś z mamusią tylko się tak bawi'' - powtarzała szeptem zaciskając swe świńskie powieczki. Gorawski przestał kopać swą żonę tak szybko, jak zaczął.

 - ''W końcu z Ciebie zlazły'' - wystękał spocony i zasapany.
                Madzia zamknęła się w swoim pokoju. Zasnęła. Uciekając w krainę sennych marzeń próbowała zapomnieć. Śniło jej się, że tatuś jest rycerzem, który nie chwiejąc się i nie wymiotując wsiada na białego rumaka i zabiera ją w dalekie krainy, a ona sama jest księżniczką. Sen przerwał smród wypalonych Saint George'y przepełniający jej nozdrza. Otworzyła oczy. Na jej różowym łóżeczkiem z podartą pościelą stał pochylony Gorawski. - ''Wstawaj ty obesrany bękarcie!'' - ryknął zdzierając z niej podarte prześcieradło. Pchły i kurz posypały się po całym pokoju. Gorawski wraz z Madzią udali się do centrum miasta. Zatrzymali się na deptaku, pod znaną cukiernią ''Hetman''. - ''Tatuś zabiera mnie na lody'' - pomyślała Madzia. Gorawski przemógłszy reumatyzm siadł po turecku przy ścianie cukierni. - ''Siadaj na kolanach'' - ryknął do swej córki. Madzia straciła rachubę czasu. Siedzieli tam godzinę może dwie. Zastanawiała się, czemu co chwilę zatrzymują się koło nich jacyś ludzie i rzucają tacie pod nogi pieniądze?  - ''Może tatuś chce pochwalić się wszystkim, jaka jestem śliczna?'' - pomyślała. Gdy deptak nieco się wyludnił, podekscytowany Gorawski wstał, wziął Madzię za rękę i udał się w dół deptaka. - ''Gdzie idziemy tatusiu?'' - zapytała. - ''Zamknij mordę, mam plan'' - odparł stanowczo Gorawski. Po chwili znaleźli się pod budynkiem, który Madzia bardzo dobrze znała. To tu jej mama znalazła kiedyś mnóstwo przedmiotów, które wcześniej zniknęły z ich domu. 
- ''Tatusiu, co to jest LOMBARD?'' - zapytała. - ''Teraz będziesz mieć nowych rodziców.'' - Odparł Gorawski, - ''Zaczekaj tu''. Malutka Madzia czekała przed wejściem, gdy jej tata wszedł do budynku. Czekała tam jakiś kwadrans, patrząc się na ludzi, którzy widząc ją odwracali wzrok i na młode mamy, które pokazywały ją palcami swoim dzieciom kiwając głowami. Wtem drzwi tego dziwnego miejsca otworzyły się z hukiem i wybiegł z nich zirytowany Gorawski. - ''Interes się nie udał'' - rzekł smutny i zrezygnowany.
                Gorawski złapał swą malutką córeczkę za jej baleronkowatą rączkę i ruszył jak z kopyta. ''Dokąd idziemy tatusiu?'' Pytała malutka Madzia. Gorawski nie chcąc wzbudzać podejrzeń przechodniów, dyskretnie wykręcił jej nadgarstek niemal go łamiąc. -  ''Zamknij mordę'' - wyszeptał. Po krótkim spacerze dotarli pod sklep zoologiczny. -  ''Poczekaj'' - rzekł Gorawski pewnym krokiem otwierając sklepowe drzwi. - ''A jednak pamięta, że dziś są moje urodziny, pewnie dostanę chomika'' - pomyślała mała Madzia. Jak wielkie ogarnęło ją rozczarowanie, gdy wychodząc ze sklepu zobaczyła, że tata w ręku trzyma smycz. - ''Po co ci smycz tatusiu?'' - zapytała. Gorawski wykręcił jedynie swoją parszywą mordę w niezbyt przyjemnym dla oka grymasie. Wyrażało to więcej niż tysiąc słów. Jednym wprawnym ruchem swych remontowo-budowlanych rąk obwiązał jeden koniec smyczy wokół szyi Madzi. - ''Czyli to taka zabawa, tak?'' - pytała zaciekawiona, choć wciąż trzęsąca się ze strachu Madzia. - ''Tak'' - burknął Gorawski trzymając dopalającego się peta w swych popękanych ustach. Nie zważając na uczucia swojej córki, drugą końcówkę smyczy przywiązał mocnym harcerskim supłem do parkingowej latarni. - ''Nawet delira mnie nie powstrzyma'' - pomyślał. Po ostrożnym rozejrzeniu się, czy nikt nie widzi wyniku jego pijackiej fantazji, spokojnym krokiem skierował się w stronę baru na Krzywej. - ''Tatusiu, dokąd idziesz? Nie zostawiaj mnie tu'' - krzyczała zapłakana Madzia. Gorawski miał to jednak daleko w dupie.
                Obudził się na chodniku, nie wiedząc, co jego zakrwawiona morda robi w kałuży. Nad nim stało czterech innych jemu podobnych osobników. - ''Spróbuj jeszcze raz ukraść moje piwo, jak wyjdę do łazienki'' - krzyknął jeden z nich kopiąc leżącego Gorawskiego w jego pijacki tors. - ''Eeeeeh'' - zawył z bólu Gorawski uderzony w ledwie funkcjonującą i tak już wątrobę. Wiedział, że musi uciekać, nie wiedział jednak, jak uwolnić się z tej opresji. Na wyciągnięcie ręki zobaczył leżącą cegłę, która najwyraźniej wypadła z pobliskiej kamienicy. Nie zastanawiając się chwycił za nią i złapawszy ją mocno swymi popękanymi, grubymi palcami wstał i jak oszalały rzucił się na napastników. Uderzenie cegły powaliło jednego z agresorów w trybie natychmiastowym. Siny nos oponenta w jednej chwili przestał istnieć. Pozostali uciekli w popłochu. Stojąc tak w chwilowej konsternacji nad leżącym w agonii pijaczyną nie przestawał się zastanawiać, jak znalazł się w takim położeniu i skąd wzięli się napastnicy. - ''Co jest, kurwa?'' - pomyślał. Tą niezwykłą refleksję zakończyła jednak szybko myśl, aby przeszukać kieszenie swej ofiary. Wciąż pijany w sztos, Gorawski nachylił się nad śmierdzącym jestestwem menela niemal równego jemu samemu i powstrzymując objawy delirium sięgnął do jego kieszeni. Dla osób patrzących z boku mogło to wyglądać, jak gdyby robił mu dobrze - ręka nie przestawała mu drżeć. Trud jednak popłacał - jego spracowana dłoń znalazła sześć polskich złotych i paczkę papierosów. - ''Pełnia szczęścia'' - pomyślał. Idąc przed siebie zauważył, że z całego majestatu jego pijackiej mordy cieknie krew. Zrozumiał, że tylko szybki powrót do domu uchroni go przed zatrzymaniem przez najbliższy patrol policji. Nie mógł iść dłużej ulicą, lecz znał inną drogę. Zatrzymał się przy najbliższej studzience, wprawnym ruchem zdjął z niej żeliwny właz i bez chwili zawahania wskoczył do kanału.
                Tymczasem w domu Gorawskich panował spokój. Pani Gorawska zdołała wmówić małej Madzi, że przywiązanie jej na smyczy do parkingowego słupa było jedynie urodzinową zabawą, a tata wykazał się niezwykłą kreatywnością i poczuciem humoru. Madzia na szczęście uwierzyła i szybko zapomniała o wykręconym nadgarstku i zaczerwienieniach na szyi spowodowanych mocnym zaciśnięciem harcerskiego supła. Na starym, kineskopowym telewizorze obie oglądały Galileo, ciesząc się względnym spokojem. Harmonia jednak zakończyła się wraz z nagłym otwarciem się drzwi. W progu pojawiło się coś, co nie przypominało ani żadnego znanego im człowieka, ani zwierzęcia, ani też mitycznej postaci. Oblepiony kałem z kanału, w podartym ubraniu i z zeschniętą krwią pokrywającą całą powierzchnię twarzy, owo stworzenie wkroczyło do domu nie ściągając nawet butów. Widząc zmarnowaną życiem gębę swojej żony wpatrującą się w niego swym autystycznym wzrokiem, Gorawski szybko zapomniał o zdobiącym go nietypowym kamuflażu i odniesionych ranach. Jedyne, czego pragnął, to jej przypierdolić. Pikanterii dodał fakt, że w domu znajdowała się również Madzia, której (zgodnie z jego misternym planem) miało już nie być. Nie mógł odpędzić się od wiru agresywnych myśli. - ''Kurwa!'' - wykrzyknął donośnie, pędząc wściekle w kierunku swej ślubnej. Szkła jej okularów, grube niczym denka od słoików roztrzaskały się na kawałki, tak jak jej kość policzkowa wraz z uderzeniem jego mocno zaciśniętej, plebejskiej pięści. Pani Gorawska bezwładnie padła na podłogę. Z dywanu posypały się tumany kurzu. Malutka Madzia, chcąc szybko się ewakuować, zaczęła biec w stronę uchylonych drzwi balkonowych. - ''A ty dokąd?'' - wrzasnął rozwścieczony Gorawski zatrzymując znienawidzoną przez siebie córkę złapawszy ją za kucyk, który dziś rano zrobiła jej mama. Naprężając swój zasłużony wieloma udanymi remontami biceps i nabrawszy rozpędu, Gorawski uderzył głową Madzi o zniszczoną ścianę. Siła uderzenia zrzuciła na podłogę ramkę z jego zdjęciem z wojska. Rozwścieczyło to go jeszcze bardziej. Nie przestał jednak bić dzieckiem o ścianę. Następne spadło jego zdjęcie ślubne, za co poniekąd był wdzięczny Madzi. Gdy dziewczynka straciła przytomność Gorawski beztrosko puścił bezwładne ciałko na podłogę. Przyglądając się rozgardiaszowi, jaki zapanował w pokoju, a także swej żonie i córce leżącym na podłodze, uśmiechnął się z satysfakcją i zapalił papierosa.

                Paląc spokojnie wyglądał przez okno, strzepując popiół na plecy swojej autystycznej żony. Był dumny, dumny z siebie, ze swojego życia i ze wszystkich wykonanych w swym życiu remontów. Dopaliwszy papierosa niemal do samego filtra, zgasił go na czole Madzi. Poczuł swąd palonej skóry zmieszanej z marką Saint George. Gorawski postanowił wziąć prysznic. W drodze do łazienki zerwał kabel z telefonu wiszącego na ścianie, w razie gdyby jego szanowna małżonka wpadła na pomysł zadzwonienia na policje, lub co gorsza - do mamusi. Gdy znalazł się już w łazience, której aranżacja nie zmieniła się od poprzedniego ustroju, naszła go refleksja, że od kilku godzin nie wypił. Ta świadomość spowodowała kolejny napad agresji. Gdy już przepłukał swe nędzne lico, czym prędzej wyszedł z wanny. Za najlogiczniejszą z opcji uznał opuszczenie tego bałaganu. Z rozpadającej się kuchennej szafki zabrał zapalniczkę i niewielki, ostry nóż. Na odchodne jeszcze kopnął swą małżonkę w bebechy. Podskoczyła nie odzyskując przytomności. Wyraz twarzy Gorawskiego wskazywał jednak, że ma to głęboko gdzieś, myślami był już gdzie indziej.

                Dwie godziny później już był w parku. Humor jednak mu nie dopisywał. Dwa ''Bombardiery'', które kupił za zdobyte krwią i blizną sześć złotych starczyły mu tylko na krótką chwilę. Był w czarnej dupie. Bez pieniędzy, przyjaciół i dostępu do alkoholu przyszłość Gorawskiego nie rysowała się różową kredką. - ''Kurwa!'' - pomyślał. Musiał coś zrobić, musiał wykazać się geniuszem, jakiego ani bar na Krzywej, ani osiedlowy monopolowiec jeszcze nie widział. Owa medytacja pomogła bardzo szybko. Gorawski wstał jak poparzony, podbiegł do najbliższego śmietnika, wyciągnął z niego dużą, plastikową butelkę w której natychmiast umieścił swojego członka. Chwilę później żółtawo-pomarańczowe kropelki wydobyły się z jego fioletowego, nabrzmiałego grzyba. Gorawski sapnął, strzepnął dwa razy swym fallusem, po czym przyłożył butelkę do ust i wypił co do kropelki. - ''Perpetuum mobile'' - wykrzyknął.
                Cieplutki mocz pociekł po siwym zaroście na jego chamskiej brodzie. Ogarnęła go euforia równa ejakulacji wprost w waginę martwej szesnastolatki. Gorawski był szczęśliwy. Jakiś głos w potylicy mówił mu, że jest wspaniałym naukowcem, a jego niezwykły wynalazek powinien zostać nazwany ''promilem zwrotnym''. Gorawski poczuł olbrzymią ochotę ucieczki w odległe krainy, z dala od brzydkiej żony z autystycznym wyrazem twarzy i od tego bękarta, który jest trudniejszy do wyeliminowania,  niż mogłoby się wydawać. Chciał zrealizować to marzenie, wiedział, że jest ono w zasięgu ręki. Potrzebował tylko znaku z Niebios. Wtem parkową alejką minął go około dwunastoletni chłopczyk jadący na rowerze typu BMX. Gorawski wiedział, że taka okazja więcej się nie powtórzy. - ''O cię chuj!'' - pomyślał. Ze zwinnością pantery dogonił wspomnianego małolata i włączając do akcji swe robotnicze, krępe mięśnie dwugłowe ud, jednym wprawnym kopniakiem między łopatki zrzucił chłopca z roweru. - ''Co Ty robisz kretynie?'' - zapytał mały skejcik z krwawiącym nosem. Gorawski bez słowa sprzedał mu jeszcze jednego kopa, tym razem w twarz, a następnie wsiadł na rowerek. Trochę krzywo i nieudolnie - ale jechał. Po raz pierwszy od czasów wojska na prawdę poczuł się wolny.

                Euforia nie trwała długo. Po spaleniu wielu kalorii, a co za tym idzie straceniu wszystkich promili, jazda przestała być przyjemna. Uczucie wolności zmieniło się w nieposkromioną obawą przed jutrem. Gorawski wiedział, że musi wrócić do domu, kopalni zzatapczanowych drobniaków. Ostatkiem sił dotarł na swoje osiedle, rower zaparkował pod klatką, gdy wszedł na klatkę, ujrzał nieznanego mu mężczyznę stojącego w progu jego mieszkania i rozmawiającego z jego żoną. Kątem ucha usłyszał część tej konwersacji. - ''A kiedy wróci?'' - zapytał mężczyzna. - ''Ale ja na prawdę nie wiem gdzie on jest!'' - odparła pani Gorawska. - ''Pani mąż nie zapłacił rachunków za telewizję kablową od maja zeszłego roku. W związku z powyższym zobowiązany jestem odciąć kabel od głównej skrzynki. Proszę pokazać mi drogę na dach'' - powiedział spokojnie windykator. Gorawski uznał, że to za wiele. Nie czekając na dalszy bieg wydarzeń wybiegł z klatki, po czym obiema silnymi rękami złapał za szarą, metalową rynnę pod blokiem. Napinając swe wyrzeźbione na budowie mięśnie zaczął powoli wspinać się na dach. Zmęczony i co gorsza trzeźwy - nie przestawał. Konfrontacja była nieunikniona. Na dachu ujrzał to okrutne, komornicze ścierwo dobierające się do skrzynki odbiorczej lokalnej telewizji kablowej. Wyczuwając czyjąś obecność, oponent odwrócił się i spojrzał Gorawskiemu prosto w jego degenerackie oczy. - ''Przygotuj się na spotkanie z przeznaczeniem'' - pomyślał Gorawski, jednak powiedział jedynie - ''Kurwa'' głosem tak donośnym, że przestraszył wszystkie wrony w obrębie czterech następnych bloków. Nie mogąc pozwolić na odcięcie swej ucieczki od rzeczywistości, Gorawski jednym wprawnym ruchem wyrwał najbliższą dachówkę i dzierżąc ją niczym rycerz broniący honoru królestwa przypierdolił nią zdezorientowanemu pracownikowi firmy windykacyjnej. Mężczyzna osunął się z nóg i upadł bezwładnie. Chcąc zakończyć obronę swego sacrum, Gorawski otworzył właz do klatki i z całych sił trzymając pokonanego przeciwnika zaczął znosić go na dół. Gdy już znalazł się na parterze, spokojnie wyszedł z klatki i wrzucił bezwładne ciało do śmietnika. Nie zapomniał jednak o najważniejszym - z podartych spodni komornika wyciągnął portfel. Znalazł tam banknot dwudziestozłotowy i dowód osobisty. Szczęśliwy udał się w stronę sklepu monopolowego.
                Nie minęła nawet godzina, a głową Gorawskiego zdążyły już zawładnąć zbawienne promile. Upojony swym wysokooktanowym paliwem, postanowił zrobić pożytek z dowodu osobistego, którego niewiele wcześniej stał się właścicielem. Doskonale wiedział, gdzie się udać. Do lokalnej filii Providentu zawitał zaraz przed zamknięciem. Piszczący dzwoneczek zadzwonił, jako sygnał otwartych drzwi.-  ''Ach, to znowu Ty'' - powiedział pracownik. - ''Mam zawołać ochronę, czy wyjdziesz po dobroci?''. Gorawski nic nie mówiąc dumnym, iście napoleońskim gestem wyciągnął z dowód osobisty z kieszeni swych brudnych spodni. Następnie równie dumnie i pogardliwie rzucił go na biurko pracownika. ''pięćset złotych'' - dodał. Niezwykle zdziwiony pracownik uważnie przyjrzał się dokumentowi, już na pierwszy zauważył rzut oka, że aparycja śmierdzącego menela stojącego tuż przy jego biurku w niczym nie przypomina zdrowego, ogolonego człowieka uśmiechającego się na zdjęciu. - ''Próba pożyczki za okazaniem nieswojego dokumentu to przestępstwo'' - powiedział spokojnie.
 - ''To z wojska, kurwa'' - powiedział Gorawski. Młody człowiek stwierdził, że zbyt mało mu płacą, aby ryzykował zdrowie i ewentualnie życie na weryfikację prawdziwości słów tego, znanego wszystkim osiedlowego degenerata i niezwłocznie podjął wypełnianie dokumentów dotyczących kredytu. Po nie więcej jak piętnastu minutach, zadowolony Gorawski opuścił biuro, następnie ochoczo oddając mocz pod jego drzwiami. Poczuł, że znowu jest szczęśliwy. Ostatnio czuł się tak, kiedy przy użyciu śrubokrętu zakupionego w Ikei udało wyciągnąć mu się wszywkę z przedramienia. Życie znów miało sens. Mając w kieszeni 500 polskich złotych stwierdził, że może wszystko. Poczuł się jak Rose stojąca beztrosko na dziobie Titanica. Postanowił niezwłocznie się napierdolić.
                Gorawski poszedł do piwnicy pobliskiego bloku, gdzie urzędowali jego starzy znajomi. Ostrożnie schodząc po betonowych schodach i trzymając w rękach skrzynkę Bombardierów, Gorawski rozglądał się w poszukiwaniu swoich kompanów. Nie mylił się - przyjaciele siedzieli w piwnicy jednego z nich, która została przerobiona na Klub. ''Pod Papugami'' - wisiała tabliczka na drzwiach piwnicy. Nie mając wolnej ręki, Gorawski wykonał kilka śmiałych kopniaków swoim wytrzymałym butem do robót ogólnobudowlanych zakupionym w szwedzkim markecie w solidne, drewniane drzwi. - ''Hasło!'' - odezwał się ochrypły, zapijaczony głos z wewnątrz. - ''Kurwa, zapomniałem!'' - wrzasnął rozczarowany Gorawski. Drzwi jednak otworzyły się i jego oczy ujrzały dwóch starych przyjaciół, siedzących w malutkiej piwnicy na drewnianych skrzynkach po owocach. Miejsce to poniekąd budziło grozę. Szare, nieotynkowane ściany, przystrojone kilkoma plakatami nagiej Britney Spears. Malutkie okienko z drewnianą ramką, przez które wpadał tylko niewielki słup światła skierowany w jedną stronę. Owa łuna była sama w sobie przerażająca. Światło z okna padało bezpośrednio na odwróconą dnem do góry drewnianą skrzynkę na owoce, z której przesiadujący tam menele zrobili sobie stolik. W rogu stało więcej takich skrzynek, jedna na drugiej. Służyły one za krzesełka. Gorawski rozsiadł się jak u siebie i częstując kolegów alkoholem został przywitany z najwyższymi honorami. Był oczywiście aplauz na stojąco i czułe słowa. Jednak po kilku godzinach libacji przestało być tak kolorowo. Kolegów bardzo zniesmaczył fakt, że pijany Gorawski postanowił bezpruderyjnie w ich obecności onanizować się do plakatów nagiej Britney. - ''Musze zwalić konia'' - wykrzyknął podczas jednej z kolejek. Wstał i, jakby nigdy nic wyciągnął przyrodzenie w obecności swoich kompanów. Rozmiar jego fallusa był imponujący. Długi niemal do kolan starego pijaczyska trzon, z grubą żyłą na środku i włosami typu Ryszard Riedel, zakończony wielkim, nabrzmiałym, fioletowym grzybem. Smród tak okazałego penisa był powalający. Na żołędziu, w świetle wpadającym do piwnicy, mieniła się biała, błyszcząca mastka, ewidentnie zbierająca się tam od dawna. Uwagę również przykuł ropień znajdujący się przy lewym jądrze. Koledzy siedzieli w bezruchu, jak osłupiali. Nigdy bowiem nie widzieli czegoś tak obrzydliwego, aczkolwiek tak pięknego zarazem. Zazdrość jednak wzięła górę. Tadeusz Praduk - niegdyś uznany sierżant Wojska Polskiego, nie mogąc patrzeć na tą obsceniczną groteskę, jednym mocnym ruchem uderzył butelką po Bombardierze w nabrzmiałego fallusa Gorawskiego.   Olbrzymi penis jednak nawet nie drgnął, a butelka się nie zbiła. Rozwścieczony do granic wytrzymałości Praduk niemal z całych sił uderzył ponownie. Butelka rozprysnęła się na kawałki. Mina Gorawskiego zmieniła grymas o sto osiemdziesiąt stopni. Duży, trójkątny kawałek szkła tkwił w jego wciąż nabrzmiałym żołędziu, a z cewki moczowej ciekła krew. W olbrzymim trzonie jego penisa znajdowało się kilkanaście mniejszych kawałków butelki. ''Kurwa'' - wykrzyknął będąc w niebywałym szoku i osunął się na ziemię.
               -  ''Ja pierdolę'' - pomyślał nie widząc nic poza białym światłem. Przez chwilę myślał, że znajduje się w Niebiosach, gdzie nie ma jego popierdolonego dziecka i autystycznej żony. Szybko jednak okazało się, że biedny, pokaleczony Gorawski znajduje się na szpitalnym łóżku, w obserwowanej całą dobę sali pooperacyjnej. ''Kurwa!'' - wykrzyknął donośnie zwracając tym samym na siebie uwagę dyżurnej pielęgniarki oraz innych pacjentów w sali. - ''Co się dzieję proszę Pana?'' - spytała szczupła, niewysoka pielęgniarka w średnim wieku.
 - ''Co ja tu?'' - zapytał zaniepokojony Gorawski. W głowie zaczęły mu pojawiać się niezbyt spójne ze sobą obrazy, które jednak zdawały się zbyt przerażające, aby okazać się prawdą. -  ''W niezbyt jasnych okolicznościach doznał Pan poważnego urazu prącia. Konieczna była operacja a także trzymanie Pana w śpiączce farmakologicznej.  Z powodu obwitych ran zmuszeni byliśmy Pana zacewnikować do czasu zdjęcia szwów'' - powiedziała spokojnym, aczkolwiek nadającym jej słowom dużej powagi tonem. - ''Kurwa!'' - mruknął pod nosem Gorawski. Jak zwykle w jego przypadku wyrażało to więcej, niż tylko mamrotanie nieogarniającego sytuacji menela. Wiedział, że jego stan jest kiepski, ale stabilny. Wiedział, że musi zemścić się na Praduku. Co gorsza wiedział też, że choć w szpitalu jest darmowe jedzenie i ciepłe łóżko, nie ma tam ani alkoholu, ani papierosów - musiał uciekać. Rozejrzał się po sali. Leżał w odległości około siedmiu metrów od wyjścia, w sali znajdowało się czterech innych pacjentów. Vis a vis z jego łóżkiem, tuż obok drzwi znajdowała się szyba, za którą była dyżurka pielęgniarek. Gorawski wiedział, że musi działać szybko. Postanowił policzyć do pięciu, a gdy to okazało się za trudne, stwierdził, że po prostu będzie biegł przed siebie. Niespodziewanie dla wszystkich obecnych, pełny sił witalnych pijaczyna zeskoczył z łóżka i w niemal atletyczną gracją zaczął biec przed siebie. Okazało się jednak, że ciągnie za sobą łóżko.
 - "Pierdolony cewnik’’ - pomyślał Gorawski szarpiąc za rurkę biegnącą z jego penisa do plastikowego pojemniczka przy łóżku. Pozbywszy się cewnika gnał niczym gazela przez szpitalny korytarz. Na drugim końcu niezbyt długiego segmentu korytarza zobaczył siostrę dyżurną - ''Dokąd Pan się wybiera?'' - krzyczała zdezorientowana. Resztą niewyżartych przez alkohol szarych komórek Gorawskiego zaczęły targać setki myśli. Wciąż biegnąc prosto na pielęgniarkę, zastanawiał się jak wybrnąć z tej sytuacji. Od potencjalnego sukcesu lub porażki dzieliło go jakieś piętnaście metrów i trzy sekundy. Wtem po swej prawej stronie zauważył stojącego mopa na drewnianym kiju. Bez zastanowienia, wciąż w biegu złapał kij od mopa i z większą pewnością siebie biegł w stronę pielęgniarki. Wziął olbrzymi, iście samurajski zamach i trzymając kij od mopa w obu rękach uderzył pielęgniarkę dyżurną w skroń. Silne uderzenie wieloletniego robotnika budowlanego sprawiło, że drewniany kij rozpadł się na trzy części, a setki małych drzazg ze świstem poleciało we wszystkie strony kompasu. Nieprzytomna pracownica służby zdrowia upadła na podłogę, wpadając głową do plastikowej śmietniczki. Gorawski nawet nie miał zamiaru się zatrzymywać. Był nieziemsko wściekły, a co gorsza - wolny.

                W głowie miał już misterny plan zemsty. Posiadał on jednak kilka punktów, które były niezbędne do jego realizacji. Pierwszym i sztandarowym punktem planu było jak najszybsze dostarczenie zbawiennych promili do jego degenerackich żył. Zajrzał do kieszeni - i wtedy rozwścieczył się jeszcze bardziej. Pieniądze, które pożyczył w Providencie zniknęły. Rozwścieczony Gorawski poczuł wszechogarniającą beznadzieję. Cały otaczający go świat stał się szary i smutny - stało się jasne, że potrzebował alkoholu. Wykorzystawszy wszelki potencjał intelektualny na snucie planu ucieczki ze szpitala nie był w stanie na tamtą chwilę wymyślić żadnego sensownego pomysłu na zdobycie pieniędzy. Biegnąc chodnikiem, obiema silnymi rękami złapał za ubranie idącego z przeciwka młodego mężczyznę. - ''Daj pięć złotych, bo ci jebnę'' - powiedział przekonująco Gorawski. Młody człowiek, o wyglądzie typowego intelektualisty bez wahania wyciągnął z portfela błyszczącą monetę i położył ją na czekającej już w błagalnym geście popękanej dłoni Gorawskiego. - ''Jestem geniuszem'' - pomyślał Gorawski artykułując swe myśli jedynie donośnym ''Kurwa''. Gdy zdobył już pierwszy ze swych szczytów, udał się do pobliskiego sklepu, gdzie zakupił butelkę ''Bombardiera'' i jednego, mocnego ''Kenigera''. Upojony alkoholem mógł dalej działać. Czuł, jak jego przystosowane do trzymania młota pneumatycznego mięśnie przedramion zaczynają drżeć. Był wkurwiony, teraz nic nie mogło go powstrzymać. Biegnąc ostatkiem sił złapał się metalowej części tyłu tramwaju jadącego na jego osiedle. Czuł się jak Chuck Norris. Siedząc na tyle jadącego tramwaju Gorawski uprzyjemniał sobie podróż zabierając kanapki z plecaków dzieci wracających ze szkoły i sępiąc papierosa od pana w średnim wieku siedzącego przed nim.  Myślami był jednak gdzieś indziej, nieludzko pragnął zemsty.
                Gdy dotarł już na osiedle, skierował się w stronę sklepu monopolowego. Tam, zaprzyjaźniony sprzedawca dał mu butelkę ''Bombardiera'' na zeszyt. Ekspedient wiedział, że ludzie pokroju Gorawskiego stanowili główną część jego klienteli, nie mógłby pozwolić sobie na stracenie klienta, lub, co gorsza - na zostanie pobitym. Wypiwszy jednym haustem całą siedmiuset mililitrową butelkę, Gorawski udał się w stronę klatki, w której znajdowała się feralna piwnica. Nie czekając na zaproszenie, Gorawski zszedł po betonowych schodach, zbliżając się do drzwi ''Pod Papugami''. Tym razem nie zapukał - on wszedł z drzwiami. W piwnicy był pijany w sztos Praduk. - ''O kurwa, Gorawski'' - wykrzyknął sierżant Praduk próbując wydostać się z piwnicy. Gorawski zatrzymał go jednak łapiąc go swoją masywną dłonią za krtań. - ''Pieniądze'' - powiedział spokojnie Gorawski. Przerażony Praduk wyciągnął z kieszeni 465 złotych, dokładnie tyle ile ostatnim razem miał przy sobie Gorawski. Nie był to jednak koniec planu Gorawskiego. Wciąż trzymając Praduka za gardło, Gorawski uderzył jego głową o nieotynkowanego pustaka będącego elementem piwnicznej ściany. Zdegenerowany sierżant stracił przytomność. Gorawski bardzo dobrze pamiętał, że w kącie piwnicy znajdował się stary, dosyć pokaźnych rozmiarów dywan. Owinął w niego Praduka tworząc swoistego naleśnika, wziął go na plecy i ruszył przed siebie. Wszystko szło zgodnie z planem. Po kilku minutach marszu, Gorawski dotarł do pobliskiego dworca PKS. Trzymając ukrytego w dywanie Praduka, przyglądał się tablicom informacyjnym na autobusach. - ''Zielona Góra, idealnie'' - pomyślał Gorawski podchodząc do autokaru. Nie przykuwając niczyich podejrzeń, otworzył właz bagażnika znajdujący się z boku auta, a następnie szybko wrzucił tam dywan z Pradukiem. - ''Skurwysyn nigdy nie uzbiera tyle, żeby wrócić'' - pomyślał Gorawski, dumnie odpalając papierosa. Ze wzrokiem pełnym satysfakcji spoglądał na wyjeżdżający z dworca autokar, wiedział, że piwnica ma już nowego pana.

                Zadowolony i pijany postanowił wstąpić do domu i zobaczyć, jak ma się jego autystyczna żona i mortadelkowaty bękart. Po drodze kupił jeszcze flaszkę Żytniej. Idąc tak chodnikiem w stronę swojego blokowiska naszła go refleksja, że jest dobrym ojcem. Zrozumiał, jak wielką wykazuje się cierpliwością znosząc to na wstępie skazane na porażkę dziecko pod swoim dachem. Wiedział, że nie zawsze jest idealny ale był pewny, że żaden inny ojciec nie był by dla Madzi tak dobry, jak on. Zadowolenie z siebie osiągnęło już całkowite apogeum, gdy po wejściu do domu zobaczył swą żonę z założonym kołnierzem ortopedycznym na szyi. Ten widok rozbawił go do rozpuku. Mała, mierząca niecałe półtora metra, chuda kobieta, o krótkich brązowych włosach z przedziałkiem na środku i bardzo grubych, okrągłych okularach sprawiała wrażenie ufoludka. Z kołnierzem ortopedycznym przypominała Gorawskiemu ufoludka w trakcie misji na Ziemię. - ''Marsjanie atakują'' - wykrzyknął ze śmiechem. Kobieta starała się ignorować mężczyznę. Pragnęła ukryć strach i niechęć, jednak drżące łydki wprawiające w ruch cały tapczan i spocone dłonie były najlepszym  przejawem tego, jak ta kobieta mogła się w tamtej chwili czuć. Gorawski nie zważając na uczucia małżonki, mocnym szarpnięciem zrzucił ją z tapczanu na podłogę, a następnie sam się na nim położył. Zadowolony z siebie otworzył wódkę i przełączając kanały telewizora popijał ją, jak soczek. Otrzepawszy się z kurzu i usiadłszy na podłodze, Pani Gorawska powiedziała
 - ''Wkrótce w szkole Madzi jest bal przebierańców, a ja nie mam za co kupić jej przebrania ''. Gorawski jednak milczał. - '' Czy na prawdę nawet własne dziecko Cię nie obchodzi? '' - wrzasnęła podirytowana kobieta. - ''Spokojnie, kiedy jest ten bal? '' - zapytał Gorawski. - ''Pojutrze wieczorem'' - odparła zdziwiona zainteresowaniem męża pani Gorawska.-  ''Dobrze, gdzie jest nasza córeczka?'' - zapytał z równym entuzjazmem Gorawski. - ''U siebie w pokoju'' - odparła szczęśliwa i pełna nadziei na normalność kobieta. Gorawski wstał i udał się w stronę pokoju swojej córki. Madzia siedziała na obrotowym krześle przy swoim biurku. Odwróciła się słysząc otwierane drzwi. niemal w tym samym momencie otrzymała solidny cios pięścią w oczodół. Jej twarz skrzywiła się w grymasie zapowiadającym rychły płacz. Gorawski wrócił do swojej przerażonej żony, która stojąc na przedpokoju przyglądała się całej akcji przez otwarte drzwi. 
- ''Z podbitym okiem nie może niestety pójść na bal'' - powiedział spokojnym jak nigdy tonem Gorawski, a następnie upewniwszy się, że zdobyte w Providencie środki do picia wciąż są w jego kieszeni, wyszedł z domu. Znów poczuł się odpowiedzialną i sprawiedliwą głową rodziny.
                Była ciemna, deszczowa noc. Deszczowe potoki spływały po ulicy ze starych, kocich łbów w centrum miasta. Ulicę z obu stron otaczały kamienice z początku dwudziestego wieku z drewnianymi oknami i odpadającym tynkiem. Uderzający w pobliżu piorun rozjaśnił tę całą mroczną okolicę. Na samym środku upiornej ulicy leżał Gorawski. Delikatnie podniósł głowę, zastanawiając się, jak znalazł się w tym beznadziejnym położeniu. - ‘’Kurwa’’ – pomyślał. Masywne krople deszczu spadały na jego pusty łeb. Na jego czole pulsował olbrzymi, czerwony guz. Beznadzieję sytuacji potęgował fakt, że był trzeźwy – zrozumiał to po niebywale intensywnym delirium. - ‘’Kurwa’’ – tym razem wykrzyknął. Po opustoszałej ulicy tego patologicznego miejsca rozległo się echo. Gorawski nie wiedząc, jak się tam znalazł ani gdzie powinien pójść, swą robotniczą dłonią sięgnął do kieszeni. Pieniędzy, których jeszcze niedawno miał całkiem sporo nie było. Pijaczyna powoli zaczął się podnosić. Nagle oślepiło go intensywne niebieskie światło, które niemal rozjebało jego pękającą od kaca głowę. Gorzej być nie mogło – z zatrzymanego radiowozu wysiadło dwóch policjantów. Musiał uciekać. Biegł przed siebie, biegł ile tylko miał sił w swych krępych poobijanych nogach. Zaciekły bieg ku wolności zakończyło jednak uderzenie policyjnej pałki, którą przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości rzucił niczym bumerang. ‘’Eeeh’’ – stęknął Gorawski padając na wybrukowaną z kocich łbów ulicę. Po założeniu dźwigni transportowej, policjanci wrzucili półprzytomnego Gorawskiego do radiowozu. Ruszyli. Nie wiedział czego chcą, ani dokąd jechali. W głowie miał wiele myśli. Sumienie zaczęło rozliczać go ze wszystkich przewinień, jakich dopuścił się ostatnim czasem. Kumulacja tych myśli wywołała natychmiastowe, bezwarunkowe wymioty. Welurowa tapicerka radiowozu w jednej chwili została przyozdobiona zielonkawo-pomarańczową cieczą. - ‘’Macie kurwy’’ – krzyknął Gorawski wycierając resztki wymiocin z ust rękawem szarego, wełnianego swetra. Od feralnego oddania policjantom tego, co Gorawski miał w sobie najpiękniejsze nie minęła nawet minuta, a radiowóz się zatrzymał. Światło białego podświetlonego szyldu wiszącego na budynku po prawej wypełniło ciemny samochód. - ‘’Izba wytrzeźwień’’ – wysylabował Gorawski. Oparty bokiem ciała o drzwi samochodu przez dłuższą chwilę wpatrywał się w ten napis. Jego konsternacja została przerwana wraz z otwarciem drzwi radiowozu. Gorawski wypadł na zewnątrz lecz został momentalnie podniesiony do pionu przez barczystego stróża prawa. Ciągnięty za rękaw szarego swetra Gorawski całym sobą poczuł beznadzieję sytuacji. Wiedział, że jeśli chce pozostać wolny i nietrzeźwy, musi działać szybko. Bez namysłu odwrócił się w stronę prowadzącego go policjanta i przy użyciu wszystkich czterech zębów, jakie mu pozostały, ugryzł go w prawe ucho. Policjant zgiął się łapiąc się jednocześnie za obficie krwawiące ucho. Chwilę później remontowo-budowlane kolano Gorawskiego zetknęło się z jego żebrami. Powalony na ziemię nie miał nawet sił, by wezwać pomoc. Korzystając z nieobecności drugiego z funkcjonariuszy, który wszedł do budynku w celu załatwienia formalności, Gorawski ruszył przed siebie. Tym razem wiedział, że nie da się zatrzymać. Wiedział jednak, że policjanci szybko nie odpuszczą. Czuł się niemal jak Tommy Lee Jones w ‘’Ściganym. Musiał szybko podjąć kolejną istotną decyzję. Wtem na ulicy zauważył stojący kontener Polskiego Czerwonego Krzyża, do którego ludzie mogą wrzucać stare ubrania. Uznał to za idealną kryjówkę przed stróżami prawa. ‘’Veni vidi vici’’ – pomyślał wykrzykując donośne-  ‘’Kurwa!’’. Otworzył wysuwany właz na ubrania i używając całej swojej elastyczności wypracowanej podczas wielu godzin spędzonych w najtańszym busie jadącym do Szwecji, wcisnął się w malutki właz. Następnie kiwając swoimi zapijaczonymi biodrami rozbujał wrzut tak, że momentalnie znalazł się w środku.- ‘’Samba’’ – powiedziało pijaczysko śmiejąc się ochoczo. Gorawski nie zamierzał próżnować – od razu zmienił swoje brudne, dziadowskie ubranie na równie dziadowskie, ale przynajmniej czyste ubranie. Postanowił poczekać do rana.
                Gdy słońce już wstało, a w zajętym przez trzeźwego i sfrustrowanego do granic wytrzymałości emocjonalnej Gorawskiego kontenerze zaczęło robić się gorąco, tylne drzwi metalowej skrzyni otworzyły się i oczom budowlańca ukazał się pracownik Polskiego Czerwonego Krzyża, który w planie miał odbiór ubrań. - ‘’Co jest?’’ – zapytał sam siebie zdziwiony wolontariusz.-  ‘’Gówno’’ – odpowiedział Gorawski obiema nogami kopiąc młodego mężczyznę w klatkę piersiową. Znów był wolny, czuł się jak chwiejący się na nogach, acz szczęśliwy mustang na prerii. Do szczęścia brakowało mu pieniędzy, a właściwie to alkoholu, który, nie chcąc znów łamać prawa, mógł zdobyć jedynie odpłatnie w każdym sklepie spożywczym. Grymas na jego zmęczonej życiem mordzie przybrał doprawdy nieprzyjemną formę – zrozumiał bowiem, że musi wrócić do domu.
                Malutka Madzia szykowała się do szkoły, zadowolona, że pochwali się całej klasie nowym, różowym plecakiem z Małą Syrenką, który ostatnio kupiła jej mama. Pani Gorawska była właśnie w trakcie krojenia rzodkiewki, którą za chwilę miała położyć na kanapeczkach przygotowanych specjalnie dla swojej córci. Rozłożywszy plastikową deskę do krojenia na starym, obdrapanym blacie, zaczęła kroić malutkie rzodkiewki. Malutka Madzia w tym czasie stojąc na przedpokoju zakładała buciki. Nagle jednak stare, białe drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem i w drzwiach stanął będący w nienajlepszym humorze Gorawski. - ‘’To ja nie chcę tych kanapek’’ – powiedziała Madzia, która unikając lecącej już w jej stronę pięści Gorawskiego wymknęła się na klatkę, następnie opuszczając blok. - ‘’A żebyś zdechła’’ – wrzasnął za nią jedynie ojciec. Przestraszona Pani Gorawska wpatrywała się swym autystycznym wzrokiem na stojącego w progu małżonka. Gorawski zaczął zbliżać się do niej. Przerażona Gorawska czekała, kiedy padnie pierwszy cios. Jeden jego krok do przodu równał się jednym jej kroku w tył. Na jej przetłuszczonym czole pojawiły się krople potu, poczuła swoje bijące serce, czekała na ból. Gorawski jednak spokojnie zbliżył się do leżących na blacie kanapek i złapawszy jedną z nich swymi popękanymi palcami, zaczął się zajadać.-  ‘’Pyszne’’ – powiedział z pełnymi ustami, wchłaniając ostatni kęs. - ‘’Naprawdę?’’ – zapytała podradowana Pani Gorawska. Znów miała nadzieję na chwilę normalności.
 - ‘’Wiesz, mogę zrobić Ci jeszcze wspanialszy obiad i pyszną kolację, jeśli tylko zostaniesz dziś w domu’’ – dodała. ‘’Pojebało Cię?’’ – wrzasnął przypominający sobie, po co tu przyszedł Gorawski i łapiąc jedną ręką za plastikową deskę do krojenia, przypierdolił w łeb swojej autystycznej żonie. Kobieta wybuchła płaczem. - ‘’Pieniądze’’ – powiedział spokojnie. Nie uzyskawszy jednak odpowiedzi z ust swej ślubnej, uderzył ją ponownie. ‘’Pieniądze’’ – powtórzył równie spokojnie. Przerażona Gorawska jednym ruchem drżącej ze strachu ręki wzięła leżącą na stole torebkę i nie pragnąc uniknąć jeszcze większego bólu i upokorzenia wyjęła z niej portmonetkę, w której Gorawski znalazł 50 polskich złotych. - ‘’Dowód osobisty’’ – dodał. - ‘’Po co?’’ – spytała zdziwiona, lecz nieprzestająca płakać Gorawska. Nie chcąc debatować zbyt długo z tą budzącą obrzydzenie kobietą, Gorawski bez słowa uderzył ją z otwartej dłoni w twarz. Jej lico w ułamku sekundy nabrało różowawego koloru. - ‘’Teraz już całkiem wyglądasz jak świnia’’ – powiedział szelmowsko śmiejąc się Gorawski. Maksymalnie upokorzona kobieta postanowiła bez dłuższej perswazji męża oddać mu swój dowód osobisty. Szczęśliwy Gorawski po dostaniu tego, co chciał opuścił mieszkanie stwierdzając, że w zamian za kooperację, nie będzie już dziś bił swej autystycznej żony. Po raz kolejny utwierdził się w przekonaniu, że jest niezawodną głową rodziny.
                Był niebywale wkurwiony brakiem alkoholu we krwi. Kilkanaście godzin trzeźwości było wręcz nie do przyjęcia. Ostatni raz czuł się tak beznadziejnie, kiedy pracując w Szwecji ocknął się po libacji jadąc wózkiem widłowym po drodze szybkiego ruchu. Swoje kroki kierował w stronę lokalnej filii Providentu, znajdującej się na jego osiedlu. Zamaszystym ruchem otworzył przeszklone drzwi, jego oczom ukazał się znany mu z ostatniej wizyty pracownik biura. Bez zbędnego, ckliwego powitania, odpychając osobę stojącą przed nim w kolejce, Gorawski zbliżył się do biurka i rzucił dowodem osobistym niczym krupier talią kart. - ‘’Pięćset złotych’’ – powiedział powstrzymując delirium. Młody mężczyzna obsługujący klientów, pamiętając determinację Gorawskiego, wziął do ręki dowód i przez dłuższą chwilę mu się przyglądał. - ‘’Przecież na tym zdjęciu jest kobieta’’ – stwierdził powstrzymując strach przed osiedlowym degeneratem. - ‘’Fantazja młodości’’ – odrzekł spokojnie zaniepokojony ewentualnym usłyszeniem odmowy Gorawski. Pracownik biura, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności losu, jakie w tamtej sytuacji mogły zaprowadzić go do szpitala, nie robił problemów z wydaniem gotówki. Gorawski znów poczuł się szczęśliwy. Hiperbola jego nastrojów z bezgranicznej euforii i radości do niepohamowanego wkurwienia i braku sensu życia w tej chwili zmieniła się w konstans, Konstans ekscytacji. Poruszony faktem, jak długo będzie mógł za tą kwotę pić opuścił biuro Providentu. Nie mogło jednak obyć się bez elementu, który w ciągu chwili spierdolił mu dzień – nie więcej jak piętnaście metrów od niego szła malutka Madzia wracająca ze szkoły.-  ‘’Czemu to małe gówno jeszcze żyje?’’ – pomyślał. Ostatnio czuł taką wściekłość, kiedy jego żona powiadomiła go że jest w ciąży.
               -  ‘’Ładny mam plecak tatusiu?’’ – zapytała Madzia dumnie ściągając tornister ze swoich pleców i pokazując go swojemu wykolejonemu tacie. Trzymała go tak przez chwilę w nadziei, że tatuś powie jej w końcu coś miłego i wszystko będzie, tak jak w jej śnie. - ‘’Pokaż go’’ – powiedział spokojnie Gorawski. Zadowolona z zainteresowania wykazywanego przez ojca, Madzia z uśmiechem na ustach podała Gorawskiemu różowy plecaczek z Małą Syrenką. - ‘’Piękny’’ – rzekł Gorawski przyglądając się wizerunkowi Ariel namalowanej na środku tornistra. Po chwili jednak rzucił plecak na chodnik, po czym kilkukrotnie podeptał go obiema nogami. Malutka Madzia była bardzo zdezorientowana. Nieoczekiwanie Gorawski rozpiął rozporek i na oczach Madzi, a także wielu mieszkańców osiedla wracających w tym czasie z pracy, oddał mocz na leżący na chodniku dziecięcy plecaczek. - ‘’Teraz jest piękniejszy’’ – powiedział i odszedł spokojnie w tylko sobie samemu znanym kierunku.
                Osiedlowy sklep monopolowy tętnił życiem. W lokalu o powierzchni niespełna dwudziestu metrów kwadratowych znajdowało się kilkunastu podobnych Gorawskiemu meneli. Ich poniszczone, czarne buty brudziły błotem beżowe linoleum. Co chwilę przestrzeń wypełniał szczęk ciemnych butelek z tanim winem obijających się o sklejkową ladę, która wiele podczas swej lojalnej służby przeszła. Właściciel sklepu, wąsaty mężczyzna w kolorowym swetrze i butach od garnituru zacierał ręce. Interes się kręcił. Grono zainteresowanych nabyciem taniego alkoholu w tamtym uroczym miejscu poszerzył również Gorawski, który, dumnie trzymając w kieszeni pięćset polskich złotych stał w kolejce. Przez chwilę myślał, czy nie zrobić awantury, która wepchnęłaby go na sam początek tej śmierdzącej potem, łojem i kacem kolejki, jednak po chwili zrozumiał, że ewentualne zostanie pobitym wiązałoby się z utratą majątku, w jakiego był posiadaniu. Stał więc spokojnie - zupełnie jak nie on. W końcu nadeszła jego kolej. - ''Co dla Szanownego pana?'' - zapytał szarmancko ekspedient. - ''Sto osiemdziesiąt Bombardzierów'' - odparł dumnie Gorawski. W sklepie zapadła cisza. Wszyscy zgromadzeni menele utworzyli krąg, w środku którego stał Gorawski przy ladzie. Każdy ze zdziwieniem obserwował bieg wydarzeń. Nawet wiatrak pod sufitem się zatrzymał. - ''A masz pieniądze?'' - zapytał przezornie właściciel sklepu. - ''Tak, kurwa'' - mruknął Gorawski triumfalnym gestem rzucając na sklepową ladę pięćset złotych. Wszyscy wstrzymali oddech. - ''Niemożliwe, skąd ten śmierdzący obdarciuch ma tyle pieniędzy?'' - zastanawiali się zazdrośni koledzy po fachu. Właściciel sklepu niemal natychmiast przyniósł z magazynu dziewięć tekturowych opakowań Bombardierów, które następnie postawił przy wejściu do sklepu. Gorawski spokojnie podniósł wszystkie pudła stojące jedno na drugim. Ciężar nie zrobił na nim najmniejszego wrażenia. Przyzwyczajone do noszenia kilku worków z cementem na raz mięsnie jego przedramion naprężyły się, a uśmiechnięty Gorawski skierował się do wyjścia. Tłum okolicznych ochlaptusów wciąż spoglądał na niego z niedowierzaniem - ''Kto idzie ze mną?'' - zapytał. ''Ja!'' - rozległ się krzyk podjudzonego tłumu.  Ściśle dobrane grono najbardziej zdegenerowanych mieszkańców tego robotniczego osiedla, na czele z Gorawskim prowadzącym ich niczym Aleksander Wielki swe mocarne wojsko, ruszyło we wskazanym przez niego kierunku. Gorawski dobrze wiedział, dokąd ich zabrać - w końcu należało zrobić pożytek ze zdobytej niedawno piwnicy.
                Gdy dotarli na miejsce, zeszli na dół po betonowych schodach prowadzących do podpiwniczenia.-  ''Zapraszam'' - powiedział Gorawski, kiedy grube, drewniane drzwi piwnicy poddały się wraz z przekręceniem klucza. Olbrzymi, stojący za jego plecami tłum, który w drodze ze sklepu do bloku jeszcze bardziej się powiększył stal w bezruchu. - ''No co jest kurwa?'' - powiedział odwróciwszy się do swych kompanów Gorawski. ''Nie zmieścimy się tu'' - odparł jeden z moczymordów o sinym, spuchniętym nosie i podbitym oku. ''Kurwa, faktycznie'' - pomyślał Gorawski rozglądając się po malutkiej piwniczce. Znów musiał coś wymyślić, musiał wykazać się geniuszem. W końcu, ci wszyscy ludzie przyszli tu pod jego przewodnictwem. Dla nich był bohaterem wartym oddania za niego życia i przykładem dla przyszłych pokoleń. ''Zaczekajcie tu chwilę'' - powiedział spokojnym tonem swe kroki kierując na górę. Gdy wyszedł z piwnicy, swe kroki skierował do pierwszego mieszkania na parterze.
                Pani Gorawska właśnie opowiadała Madzi bajkę. Siedząc na czystym, nowym dywanie obie, wtulone w siebie napawały się historią Kubusia Puchatka. Zarówno jedna, jak i druga były przekonane, że nie spotkają już Gorawskiego, ponieważ po ostatniej akcji Pani Gorawska wniosła prośbę o sądowy zakaz zbliżania się do nich. Niestety ich nadzieje wraz z bajką o Kubusiu Puchatku legły w gruzach gdy w otwierających się z hukiem drzwiach wejściowych ujrzały jego zniszczoną alkoholem poświatę. W tamtym momencie wydał im się jeszcze bardziej odrażający, niż zazwyczaj. Nie mówiąc nawet słowa, Gorawski podbiegł do siedzących na dywanie kobiet i jednym wprawnym ruchem swych robotniczych ramion umieścił jedną z nich pod jedną pachą, a drugą z nich pod drugą pachą. - ''Co Ty robisz? Zadzwonię na policję!'' - krzyczała wściekła pani Gorawska. - ''Zamknij ryj'' - powiedział spokojnym tonem Gorawski zaciskając jednak swój biceps na krtani swojej żony, co niemal uniemożliwiło jej oddychanie. Idąc z nimi pod pachami spokojnie po schodach myślał, że powinien zrobić to już dawno. Zszedł do piwnicy. Tam zdumiony tłum wieloletnich alkoholików przyglądał się jego poczynaniom. Gorawski otworzył drzwi do piwnicy należącej niegdyś do sierżanta Praduka, a następnie używając swych silnych, pijackich rąk, jednym ruchem wrzucił do niej swą żonę i córkę, niczym dwa worki kartofli.  - ''Zapraszam na górę'' - rzekł uprzejmie do wszystkich zgromadzonych uroczyście przekręcając klucz w zamku piwnicy.

                Dom Gorawskiego momentalnie zmienił swój charakter. W ciągu najbliższych tygodni dzień w dzień trwała tam impreza. Zielone zasłony, kupione niedawno za i tak niewysoką pensję pani Gorawskiej, przestały istnieć. Nadpalone podczas jednej z libacji, powiewały swobodnie z wielką dziurą w środku. Dywan w dużym pokoju całkowicie zmienił swój kolor z powodu hektolitrów taniego wina wylanych na niego w ostatnim czasie. Gorawski pragnąc, by jego goście czuli się jak u siebie powyrywał drzwiczki ze wszystkich szaf i szafek znajdujących się w domu uznając, że tak będzie łatwiej. Powstały dzięki temu zabiegowi skład zbędnego drewna został spalony na środku kuchni w uroczystym ognisku rozpoczynającym nową erę w życiu meneli z osiedla. Stało się jasne, że od tego dnia każdy zbłąkany alkoholik znajdzie schronienie w tym oto obskurnym, założonym przez Gorawskiego, pijackim azylu. Dla ludzi, których sobie tym zjednał był bohaterem wartym stawiania pomników. Zyskał wiernych towarzyszy doli i niedoli, posłusznych żołnierzy i przede wszystkim, partnerów do picia. Chcąc pokazać, jak bardzo zależy mu na kompanach, Gorawski w uroczystym geście zerwał z drzwi wejściowych od strony klatki starą tabliczkę ‘‘M.K Gorawscy'', następnie paląc ją w piecu kaflowym.

                W trzecim tygodniu imprezy w mieszkaniu było ich już ponad dwudziestu. Widząc rosnący potencjał ludzki będący odwrotnie proporcjonalnym do zasobów pieniężnych tej zacnej społeczności, postanowił przekonać swych kolegów, aby wszyscy wyruszyli do lokalnej filii Providentu i wzięli po pięćset złotych pożyczki na głowę. Jego piękna przemowa podczas kolejnego zmierzchu zwiastującego libację poruszyła serca i bojowe nastawienie osiedlowych meneli. W końcu ktoś ich rozumiał. Nareszcie znalazła się persona, która w swym menelstwie i wykolejeniu była tak genialna, byli gotowi pójść za nim na wojnę. Gdy już cała zgraja osiedlowych degeneratów udała się do Providentu po pożyczkę, Gorawski postanowił zejść do piwnicy, by skontrolować sytuację.
                Ciężkie drewniane drzwi piwnicy otworzyły się. Pierwszą rzeczą, jaka uderzyła Gorawskiego był odrażający smród. Nawet kogoś takiego jak on, ów unoszący się w powietrzu swąd przyprawił o mdłości. Wśród fekaliów i martwych owadów, w samym kącie piwnicy siedziała wychudzona pani Gorawska przytulająca małą Madzie. Przeżyły tylko pijąc spływającą z nieszczelnego okna deszczówkę, a także jedząc myszy i owady. Przez ostatnie trzy tygodnie Gorawski nie odwiedził ich ani razu. Nie było dnia, by przyniósł im ciepły posiłek lub chociaż wodę. Mimo wszystko pani Gorawska miała nadzieję, że ich żałosne położenie i uczucie beznadziei, którym przez niemal miesiąc zdążyły wypełnić tą piwnicę wzbudzi w Gorawskim wyrzuty sumienia i że je wypuści. Wpatrując się głęboko w jego zapijaczone ślepia, oczekiwała na odpowiedź.-  ''Kurwa, ale smród'' - wykrzyknął Gorawski szybko wycofując się i zamykając drzwi. Opuścił piwnicę w przeświadczeniu, że chroni swą rodzinę, jak tylko może.

                Przestał jednak rozmyślać, gdy do utworzonego przez niego azylu dla lokalnych meneli wrócili jego kompani z łączną sumą ponad dwunastu tysięcy złotych. Gorawski miał co do siebie i nich wielkie plany. Postanowił utworzyć silną, liczącą się w lokalnej kulturze strukturę meneli, których potęga byłaby nieposkromiona. Wiedział, że z tak olbrzymim skarbcem i zasobami ludzkimi jest w stanie tego dokonać. Póki co jednak, rozpoczynała się kolejna libacja, na którą zakupiono ponad sześćset Bombardierów.

                Około godziny dwudziestej pierwszej wszyscy byli już bardzo pijani. Dwudziestu przesiąkniętych alkoholem czwartaków upchniętych w niespełna czterdziestometrowym mieszkaniu, tańczących w rytm ''Dziewczyny z Albatrosa'' przypominało statystów z drugorzędnego filmu o żywych trupach. Humor jednak dopisywał wszystkim, a przede wszystkim - Gorawskiemu. Czuł się szczęśliwy, jak nigdy przedtem, wszystko co do tej pory zdarzyło się w jego życiu przestało mieć znaczenie. Odnalazł siebie, odnalazł swoją misję. Wiedział, że bez względu na okoliczności będzie ją kontynuować. Gdy stał tak w samym środku tego wielkiego rozgardiaszu w tej uroczej konsternacji, została ona przerwana nagłym hukiem bijącego się szkła. Wszystkie szyby mieszkania posypały się w drobny mak w tym samym czasie, sekundę później kolejny huk rozerwał drzwi, a do mieszkania wpadł granat ogłuszający. Uderzenie granatu zdezorientowało Gorawskiego. Mimo dużej ilości wypitego alkoholu i delikatnego ogłuszenia spowodowanego granatem ujrzał on masę policjantów z jednostki specjalnej wskakujących przez okna, a także wbiegających przez drzwi. Uzbrojeni po zęby komandosi z kaskami chroniącymi ich lica, strzelali do biesiadujących w mieszkaniu degeneratów kulami gumowymi. Chwilę później olbrzymia chmura gazu łzawiącego wypełniła mieszkanie niczym mgła wybrzeże Wysp Brytyjskich. Rozpętał się zamęt. Gorawski wiedział, że nie może zostawić swych podopiecznych, musiał działać. Rozwścieczony do granic możliwości, motywowany chęcią obrony tego, co sam stworzył podbiegł do jednego z komandosów i z całej siły, jaką tylko posiadał rozpędził swą grubą, popękaną, robotniczą i zaciśniętą dłoń w kierunku kasku chroniącego jego głowę. Pancerna szybka kasku pękła, a spod niej zaczęła wydobywać się krew. Zadowolony Gorawski nie zwracał uwagi na swoje połamane palce. Stwierdził, że jeśli powtórzy ten wyczyn jeszcze około dwudziestu razy, pokona przeciwników a wtedy libacja będzie mogła trwać dalej. Jednak seria gumowych pocisków uderzająca jego pijacki tors powaliła go na ziemię. Od upadku nie minęła nawet sekunda, a już nad posiniaczonym Gorawskim stało czterech rosłych komandosów zakładających mu na ręce kajdanki. Leżąc na podłodze rozejrzał się dookoła. Większość jego kompanów leżała nieprzytomna w różnych częściach mieszkania, wyglądali naprawdę źle. Ci nieco silniejsi, podobnie jak on leżeli na podłodze skuci kajdankami, wpatrując się w nicość. Zrozumiał, że gra skończona. - ''Jesteś zatrzymany pod zarzutem porwania dwóch osób oraz przetrzymywania wbrew ich woli'' - powiedział jeden z funkcjonariuszy jednostki specjalnej.-  ''Jak to możliwe? Skąd się dowiedzieli?'' - myślał leżąc na podłodze Gorawski, nie czując jeszcze bólu z powodu szoku. Chwilę później zrozumiał jednak, że jego córka po trzech tygodniach głodówki była na tyle chuda, aby przecisnąć się przez malutkie okno piwnicy. Dotarło do niego, że najbliższe dwa lata spędzi w więzieniu. Emocje sięgnęły zenitu. - ''Kurwa'' - wykrzyknął wypełniając cały blok gorzkim żalem rozdzierającym jego serce.
ROZDZIAŁ II

KRÓL ŚCIERWA



Był piękny, majowy, sobotni poranek. Bezchmurne niebo rozpościerało się nad zatłoczonym miastem. W powietrzu czuć było stuprocentową wiosnę. Jak w każdy weekend, w tym średniej wielkości mieście, ludzie gwarnie wyruszali na zakupy. Na obrzeżach miasta, otworzyła się brama zakładu karnego. Stare, pordzewiałe wrota przestarzałej placówki, zbudowanej jeszcze w poprzednim ustroju rozdarł szczęk przesuwanych zawiasów. Skrzypiące skrzydło drzwi przesunęło się o dziewięćdziesiąt stopni w stronę ulicy. Dziś czyjś szczęśliwy dzień - ktoś wychodzi na wolność, a społeczeństwo zyskuje zresocjalizowanego, porządnego obywatela. Z zaciemnionego wysokim murem podwórka zakładu wyłonił się Gorawski. Szedł spokojnie, bez mrugnięcia okiem opuszczał to przykre dla oka miejsce. Minąwszy bramę stanął i rozejrzał się dookoła. Poczuł ciepły, wiosenny wiatr łaskoczący go po twarzy. Pomyślał, że tak właśnie smakuje wolność. Kilku przechodniów mimochodem obserwujących powyższą scenę uśmiechnęło się, wierząc w sukces krajowego systemu penitencjarnego. Widzieli całkiem normalnego mężczyznę, niczym nieróżniącego się od nich samych. Gorawski stał tak przez chwilę, nie mogąc nacieszyć się pięknem dnia i smakiem wolności - ''Pierdolone szesnaście miesięcy'' - pomyślał. Sąd zaklasyfikował jego czyny, jako przestępstwa spowodowane alkoholizmem, uznając chorobę Gorawskiego, jako okoliczność łagodzącą. Skazany na dwa lata pozbawienia wolności, odsiedział niespełna półtorej roku ze względu na wyśmienite zachowanie. Według kartoteki - był odmienionym człowiekiem, żywym dowodem na sukces teorii wybitnych psychologów. To już jednak było za nim, dla Gorawskiego liczyła się przyszłość, w którą patrzył z olbrzymią nadzieją. Z tylnej kieszeni jasnych dżinsów wyjął pogniecioną kartkę papieru - to list od Madzi. Pisała w nim, że wybaczyła mu wszystko, co zrobił i wierzy, że jej tata ma się dobrze. - ''Ale ja Tobie nie wybaczyłem'' - mruknął pod nosem Gorawski spoglądając na kartkę papieru. Schował ją jednak z powrotem do kieszeni uznając, że będzie ona idealnym substytutem papieru toaletowego w trakcie najbliższej defekacji. Nie mając przy sobie nic poza obiema rękami i nogami, Gorawski pewnym krokiem ruszył przed siebie.

           Gdy dotarł już na osiedle, szedł wzdłuż wąskiego chodnika z kostki brukowej, wokół którego rozciągał się niewielki, zielony skwerek. Mijani przez niego sąsiedzi stawali, jak osłupiali nie mogąc uwierzyć, kogo ich oczy widzą. Spodziewając się agresji werbalnej lub co gorsza czynnej napaści udawał, że go nie widzą. Ku ich zaskoczeniu Gorawski po prostu minął ich, co do niektórych nawet się uśmiechając. Otworzywszy drzwi do klatki, wspiął się po kilku schodach, następnie wyciągając z kieszeni mały, srebrny klucz do swojego mieszkania. Próbując umieścić go w drzwiach szybko jednak zauważył, że nie pasuje on do zamka. - ''Co jest kurwa?’’ - pomyślał. Odsunął się o krok i dokładniej przyjrzał się drzwiom myśląc, że może pomylił bloki. Jego uwagę przykuła tabliczka na drzwiach ''M. Gorawska''. Ten widok wprawił Gorawskiego w osłupienie. W gałkach jego oczu pojawiły się malutkie, czerwone, popękane z wysokiego ciśnienia krwi naczynka krwionośne. - ''Otwieraj Ty kurwo!’’ - krzyczał uderzając w sklejkowe drzwi swoją grubą, zasłużoną wieloletnim trzymaniem łopaty dłonią, która zaciśnięta przypominała pełen mocy młot. ''Otwieraj powiedziałem''. Nie było jednak żadnej reakcji. Przestając na chwilę demolować drzwi wejściowe, Gorawski nachylił się uchem w stronę starych, sklejkowych drzwi pragnąc zweryfikować ewentualną obecność jego autystycznej żony lub z natury pierdolniętej latorośli. - ''Nie bój się, zaraz sobie pójdzie'' - usłyszał cichy szept z drugiej strony drzwi. Wiedział, że obie mendy są w domu, a słowa jego autystycznej żony, która myślała, że wymieniając zamki się go pozbędzie wkurwiły go do granic wytrzymałości. Nie czekając na ewentualną łaskę małżonki, która uznając, że biedaczek nie może pójść spać pod most wpuściłaby go do domu, Gorawski wybiegł z klatki stając w odległości kilku metrów od okna swojego mieszkania. Bez chwili zawahania sięgnął po stertę kamieni wielkości pięści, zdobiących sadzonkę nowego drzewka w przyblokowym ogródku. Pierwszy kamień zrobił olbrzymią dziurę w oknie pokoju Madzi. - ''Otwieraj Ty kurwo!’’ - krzyknął szykując się do następnego rzutu. Z dziką furią w oczach, robotnicze bicepsy wyniosły w powietrze jeszcze kilkanaście podobnych kamieni doszczętnie niszcząc okno w pokoju Madzi. Nabrawszy rozpędu, Gorawski odbił się od ziemi i palcami złapał się parapetu swojego okna, po mało się na nie wdrapując. Gdy chwilowo wisiał tak w powietrzu, zastanawiając się, gdzie najdogodniej byłoby się teraz złapać, jego oczom ukazała się jego autystyczna żona stojąca w wybitej ramie okna i spoglądająca na niego spokojnie. - ''Nie jestem tą samą kobietą, co półtora roku temu. Teraz jestem silna'' - powiedziała wysypując za pomocą zmiotki rozbite szkło prosto na swojego wiszącego na parapecie męża. - ''Ty pierdolona szujo'' - wrzasnął Gorawski ewakuując się w jednej chwili. Spoglądając na swoją autystyczną żonę, oddalał się od bloku. Spacerując po osiedlu zastanawiał się, co może zrobić, by dostać się do mieszkania i dać nauczkę tej budzącej odruch wymiotny maciorze i owocowi jego młodzieńczej chcicy zaspokojonej na tej właśnie maciorze. Wtem na sklepowej szybie ujrzał kartkę z napisem ''Promocja - wino Bombardier tylko 2,99''. Wszystkie wspomnienia wróciły. Gorawski zrozumiał, że życie wcale nie musi być okrutne, że w jego parszywym żywocie zdarzały się momenty piękne. ''W życiu piękne są tylko chwile'' - brzmiała melodia w jego głowie. Stał tak przez chwilę odwrócony twarzą w stronę sklepowej szyby, Najpiękniejsze momenty w jego życiu zawsze uwieńczone były kilkoma butelkami Bombardiera, to było jego życie, życie miało smak wiśni osiąganej sztucznie w fabryce Bombardier, spółka z ograniczoną odpowiedzialnością.
           Dwie godziny później miał już na swoim koncie cztery opróżnione co do kropelki butelki Bombardiera. Życie znowu nabrało kolorów. Siedząc tak na osiedlowej ławce i rzucając kamieniami w biegające po chodniku gołębie, Gorawski nie zastanawiał się nad tym, jak wejść do domu ale nad tym jak cudownie będzie ukręcić łeb tej małej drwinie teorii ewolucji, jaką była Madzia, co zresztą miała po matce. ''Ach' - wzdychał oddając się marzeniom. Nie chcąc tracić więcej czasu, Gorawski wstał i na odchodne kopiąc zabitego przez siebie chwilę wcześniej gołębia skierował się w stronę swojego bloku. Cerowane wielokrotnie, białe firanki powiewały unoszone wiatrem w wybitym oknie. Gorawski jeszcze raz, naprężywszy maksymalnie pokaźne mięśnie swych plebejskich nóg wziął rozpęd, po czym wzbił się w powietrze. Sekundę później, wisząc znów na parapecie włączył do akcji swoje bicepsy, które momentalnie poprowadziły go w górę. Najpierw do mieszkania przerzucił jedną nogę potem drugą. Spokojnie otworzył drzwi na przedpokój. - ''Wróciłem'' - wykrzyknął kierując swe kroki do pokoju. Osłupiała Pani Gorawska stała na środku pokoju odziana jednak w niesłychaną odwagę, jakiej brakowało jej niegdyś podczas awantur spowodowanych przez męża. Wiedziała, że w końcu jest gotowa by stawić mu czoło. Stała na baczność, dostojnym wzrokiem obserwując zapijaczone lico swego małżonka. Gorawski z równym spokojem zbliżył się do niej jednocześnie przyglądając się jej bardzo uważnie. - ''Jesteś jeszcze brzydsza, niż byłaś'' - mruknął przez zęby uderzając ją pierwszy raz z otwartej dłoni. Wciąż pełna dumy pani Gorawska nawet nie jęknęła. Jednak kilka kolejnych ciosów oraz zgaszenie papierosa na jej czole wyzuło ją całkowicie z zyskanej przez ostatni rok godności. Znów była tą drobną, zastraszoną kobietą, całą terapię i miesiące zażywania medykamentów szlag trafił. Gorawski nie przestawał jej bić. Trzymając ją jedną ręką bardzo mocno za gardło, uderzał ją z pięści, za każdym razem biorąc pokaźny zamach. ''Zabije cię ty kurwo'' - krzyczał. Postanowił upokorzyć ją za wszystkie czasy, musiał przecież nadrobić zaległości. Jednym pociągnięciem swego żylastego przedramienia powalił ją na ziemię. Leżała na podłodze w pozycji przypominającej modlącego się muzułmanina. - ''Co teraz?'' - zastanawiał się Gorawski rozglądając się po pokoju. Na regale zauważył stojącą w wazonie palmę wielkanocną, będącą zapewne pozostałością po uroczystościach sprzed miesiąca. Ta świadomość rozwścieczyła go jeszcze bardziej.  -  ''Święta sobie zrobiły kurwy pierdolone'' - pomyślał. Jednym wprawnym ruchem przewrócił wazon wraz z kilkoma innymi rzeczami z regału, zrzucając go na podłogę. Tania podróbka porcelany rozsypała się w drobny mak po beżowym linoleum. Nachyliwszy się nad pozostającą cały czas we wspomnianej pozycji żoną, Gorawski jednym mocnym szarpnięciem częściowo ściągnął jej spodnie odsłaniając całe pośladki. Przytrzymując jej dotykający podłogi kark swoim ciężkim butem, wziął do ręki palmę wielkanocną i wykonując zamaszysty ruch energicznie umieścił ją w odbycie swej autystycznej żony. Drobne drzazgi z trzonu palmy oddzieliły się w skutek silnego tarcia, kalecząc odbyt pani Gorawskiej. Przerażona i upokorzona do granic możliwości kobieta kwiknęła z bólu. - ''I co teraz, kurwo?'' - zapytał zadowolony ze swej niebywałej kreatywności Gorawski. - '' Gdzie masz pieniądze?’’ - dodał. Kobieta jednak milczała. - ''Gdzie masz pieniądze?’’ - ponowił pytanie kręcąc palmą wystającą z odbytu swej żony. Krew pociekła jej po udach. - ''W szufladzie nad telewizorem'' - wystękała cierpiąca kobieta. Gorawski spokojnie zdjął stopę z karku swej autystycznej żony i podszedł do szuflady, z której następnie zabrał tysiąc dwieście złotych stanowiących wszystkie oszczędności jego małżonki. ''Zajebisty dzień, aż chce się żyć'' - pomyślał na odchodne, podpalając zapalniczką listki palmy wystającej z odbytu jego żony.

           Siedząc na parkowej ławce niespełna godzinę po tym feralnym zajściu, Gorawski delektował się smakiem zakupionego w osiedlowym monopolowcu Bombardiera. Intensywne promienie majowego słoneczka w przyjemny sposób ogrzewały grubą, przetłuszczoną i miejscami popękaną skórę jego twarzy. Niespodziewanie przy ławeczce zatrzymał się pewien podobny jemu, acz nie aż tak zapijaczony mężczyzna. - ''Pan Gorawski?’’ - zapytał spokojnym tonem niewysoki, szczupły mężczyzna koło pięćdziesiątki. ''Tak, a co?'' - odpowiedział nieco zmieszany Gorawski, nie wiedząc z kim ma do czynienia i czego tenże osobnik chce. Zachował jednak resztki grzeczności widząc, że jego rozmówca to też pijak. - ''Pan mnie nie pamięta?'' - zapytał bardzo grzecznie mężczyzna. - ''Byłem wtedy w monopolowym, gdy kupował Pan te dwieście Bombardierów, poszedłem za Panem i trwałem z Panem do końca'' - powiedział skromnym tonem, nie chcąc się chwalić pijaczynka. Gorawski uśmiechnął się bardzo wymownie i wyjąwszy z reklamówki, którą miał pomiędzy nogami drugą butelkę Bombardiera powiedział z entuzjazmem - ''Siadaj''. Obaj Panowie bardzo dobrze się dogadywali. Siedzieli tam jakieś dwie godziny. Gorawski postanowił zwierzyć się swojemu kompanowi, co działo się z nim przez ostatnie półtorej roku oraz, co zaszło między nim a jego żoną dzisiejszego ranka. - ''Żałuje, że przed wyjściem kloca na nią nie pierdolnąłem. To by było...'' - powiedział Gorawski biorąc kolejnego, dużego łyka z brązowej butelki taniego wina. - ''Jeszcze pierdolniesz'' - powiedział klepiąc Gorawskiego po plecach jego nowy druh, który przedstawił się, jako Stacho Boruk. Siedząc na ławce zastanawiali się, czy możliwym byłoby odbudowanie i rozwinięcie struktur menelskiej społeczności, jaką Gorawski miał w planach.  Obaj marzyli o odbudowie azylu dla osiedlowych meneli, gdzie każdy, bez względu na historię życia czy ilość wypalanych dziennie papierosów byłby traktowany po partnersku, jak żul z żulem. Chcąc uskutecznić jednak ten szlachetny i wspaniały pomysł, musieli rozważyć kilka kwestii, które nierozważone ostatnim razem, doprowadziły do rychłego upadku społeczności
. - ''Przede wszystkim Twój dom odpada. Chyba, że udałoby Ci się na dobre pozbyć żony i dziecka'' - powiedział Boruk, okazując się tym samym nawet logicznie myślącą istotą. - ''Czyli zabić?'' - odpowiedział podekscytowany tą myślą Gorawski, obiema rękami przeszukując spodnie w poszukiwaniu swojego harcerskiego scyzoryka. - ''Wykluczone! Musimy zrobić tak, by w świetle prawa wszystko było w porządku, a mieszkanie pozostało tylko Twoje. Mam plan'' - powiedział spokojnie Boruk, pochylając się jednocześnie nad uchem Gorawskiego. Zaczął szeptać mu po kolei wszystkie punkty misternego planu, który należało natychmiast wcielić w życie. Opowiadał bez przerwy przez pół godziny, po czym niezwłocznie obaj wstali i ruszyli przed siebie.

           Tymczasem malutka Madzia wróciła ze szkoły. Szczęśliwa z powodu kolejnej piątki z historii, położyła swój wysłużony plecak na przedpokoju i zadowolona rozejrzała się w poszukiwaniu mamy, której bardzo chciała pochwalić się sukcesem. Nigdzie jednak nie mogła jej znaleźć. Patrzyła w kuchni, w dużym pokoju, w swoim pokoiku, a nawet w ubikacji - pani Gorawskiej nigdzie nie było. Madzia usłyszała delikatny szmer dobiegający spod tapczanu. Brzmiało to trochę jak myszy, które niegdyś przywlókł ze sobą do domu jej zwyrodniały ojciec. - ''Mamusiu, znowu bawisz się w rosomaka? Wyjdź zza kanapy'' - powiedziała Madzia odnajdując swoją mamę skuloną w wąskiej przestrzeni pomiędzy tapczanem, a ścianą. Pani Gorawska nie chcąc straszyć swej malutkiej córeczki faktem, iż jej ojciec po wyjściu z więzienia, wbrew rokowaniom psychologów, stał się jeszcze bardziej wykolejony, bez słowa wyszła zza kanapy. Postanowiła, że bez względu na poranne zajście, wspólnie z Madzią spędzą miłe popołudnie. Po zjedzonym razem obiedzie, obie rozłożyły się przed telewizorem oglądając kolejny odcinek Złotopolskich. Wtem niespodziewanie stare zamki sklejkowych drzwi wejściowych zaskomlały i w progu pojawił się Gorawski. Nie mówiąc nic, podszedł do welurowego fotela w kwiaciaste motywy, na którym siedziała jego córeczka. Widział ją pierwszy raz od ponad roku, jednak była mu obojętna, jak obsrany Toi-Toi na pobliskim parkingu. Zbliżywszy się do dziecka złapał je mocno za rękę i zaczął kierować się w stronę drzwi wejściowych. ''Co ty do cholery robisz?'' - powiedziała przerażona pani Gorawska obawiając się, że widzi Madzię po raz ostatni. - ''Siadaj na dupę, oczywiście jeśli cię nie boli'' - odparł śmiejąc się Gorawski, który po chwili trzasnął starymi drzwiami.

           - ''Dokąd idziemy tatusiu?'' - pytała Madzia zdziwiona dziwnym powitaniem po tak długiej rozłące z ojcem. Miała nadzieję, że odmieniony przez polski system penitencjarny Gorawski zabierze ją w jakieś ciekawe miejsce. ''Na pewno tatuś zabierze mnie do cyrku, zawsze chciałam zobaczyć lwa'' - pomyślała. Niesamowite zdziwienie połączone z rozczarowaniem ogarnęło jej małą główkę, gdy przeczytała treść szyldu wiszącego nad drzwiami, w stronę których się kierowali. ''Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie'' - wysylabowała. - ''Tatusiu, co to jest MOPR?'' - zapytała zaciekawiona. ''Zamknij mordę'' - odparł stanowczo Gorawski, uważając się tym samym za wzór sprawiedliwego ojca. Gdy weszli do budynku ich oczom ukazał się długi rząd biurek, przy których siedzieli ładnie ubrani urzędnicy. Białe lampy gazowe rozświetlały to jasne pomieszczenie, aż przypominało ono Niebo - i faktycznie, dla Gorawskiego zdawało się nim być. Jedna z pań przyjaznym gestem dłoni zaprosiła ich do swojego stolika. Była to młoda brunetka, o długich, prostych włosach ubrana w białą galową koszulę. - ''Zapraszam'' - powiedziała przyjaznym głosem. Gorawski rozsiadł się wygodnie na urzędowym krześle, przyzwyczajony do czucia się jak u siebie w melinach kolegów. - ''W czym mogę pomóc?'' - zapytała uśmiechająca się sztucznie młoda kobieta. - ''Musicie zabrać mi córkę'' - powiedział poważnym, podniesionym tonem Gorawski zwracając tym samym na siebie uwagę wszystkich zgromadzonych w pomieszczeniu ludzi. - ''Słucham?'' - spytała zdziwiona pracownica ośrodka. - ''Musicie zabrać mi córkę'' - powtórzył Gorawski. Po chwili milczenia spędzonej na przeszukiwaniu danych w komputerze kobieta popatrzyła na Gorawskiego. - ''Ze zgromadzonych przez nas danych wynika, że nie mamy żadnych podstaw prawnych, by odebrać Panu córkę. Madzia jest czysta, zadbana i dobrze odżywiona. Świetnie radzi sobie też w szkole'' - powiedziała kobieta niesłychanie wkurwiając swoim sztucznym uśmieszkiem Gorawskiego. Gorawski w odpowiedzi na usłyszane frazesy, bez słowa uderzył Madzię z pięści w twarz. Cała sala wstrzymała oddech skupiając swój wzrok na poczynaniach Gorawskiego. - ''Co pan robi?'' - krzyczała kobieta. ''Zabierzecie ją czy nie?'' - wrzasnął na całą salę Gorawski jeszcze raz uderzając siedzącą na fotelu Madzię z pięści w policzek. Dziecko zajęło się przeraźliwym płaczem. - ''Zabierzecie?'' - zapytał ponownie Gorawski, który nie czekając na odpowiedź uderzył Madzię stojącym nieopodal krzesłem. - ''Mój Boże! Niech ktoś go zatrzyma! '' - krzyczała przerażona kobieta wzywając ochronę. Wiedząc, że osiągnął swój cel oraz, że musi uciekać, Gorawski udał się w stronę drzwi wejściowych. Biegł jak oszalały. Zanim którykolwiek z pracowników ochrony zszedł ze swojego biura, zadowolony degenerat opuścił budynek i ukrył się w pobliskim śmietniku, gdzie postanowił przenocować.
           Gdy tylko nad horyzontem pojawiło się poranne słońce rozświetlające całe blokowisko, brudny, śmierdzący i upojony znalezionym w śmietniku płynem do samochodowych spryskiwaczy Gorawski wynurzył się z kontenera. Jako, że w jego wykonaniu nie było to niczym nadzwyczajnym, nie zwróciwszy na siebie uwagi sąsiadów spokojnie udał się w stronę swojego mieszkania. Gdy tylko przekroczył próg starych, sklejkowych drzwi, jego ciężki but natrafił na kartkę papieru leżącą na beżowym linoleum w przedpokoju. Myśląc, że to kolejny sądowy nakaz zapłaty za niespłacone kredyty, nie chciał nawet schylać się, aby przeczytać treść dokumentu. Coś jednak tchnęło go, aby sięgnąć po wspomnianą kartkę. Łapiąc świstek obiema grubymi rękami i przemógłszy jaskrę spowodowaną wieloletnim alkoholizmem, przeczytał treść. ''Obyś zdechł, wyprowadzam się do mamy. Pozdrawiam, Twoja nienawidząca Cię żona'' - wyczytał list ewidentnie zapisany pismem jego autystycznej żony. - ''Marzenia się spełniają'' - wykrzyknął postanawiając oddać kał z tak dużej ilości wrażeń. Czym prędzej otworzył drzwi do łazienki. Było to małe pomieszczonko wyłożone jasnymi płytkami, bardzo modnymi w poprzednim ustroju. Łazienkę przyzdabiała stara, półokrągła wanna, sedes z plastikową, obdrapaną deską i umywalka stojąca na nóżce sięgającej aż do podłogi. Nad umywalką wisiało dość duże, brudne, okrągłe lustro bez ramki. Gorawski odpiął gruby pasek ze świecącą klamrą ze swoich brudnych, siwych dżinsów z pobliskiego bazaru. Osuwające się na podłogę spodnie odsłoniły pięknie wyrzeźbione, grube, owłosione nogi starego budowlańca. Powstrzymując objawy nasilającego się wraz z wiekiem i degeneracją reumatyzmu, Gorawski zgiął kolan umieszczając swe jestestwo na sedesie. Kilkukrotnie stęknął rozbrzmiewając echem w całym pionie, a następnie podtarłszy się szarym papierem toaletowym, zaciągnął spodnie i opuścił mieszkanie nawet go nie zamykając.

           Dotarł do parku. Stał w umówionym miejscu czekając na Boruka. Na drzewie, przy którym stał wylądowały dwie jaskółki, trąc się w trakcie okresu godowego. - ''Też bym sobie kurwa poruchał'' - mruknął pod nosem Gorawski przyglądając się kopulacji ptaków. Jednak wspomnienie o obwisłym biuście żony szybko zniweczyło jego drogę w krainę erotycznych marzeń. Momentalnie zszedł na ziemię. Z jego lewej strony, wzdłuż alejki, zbliżał się do niego Stanisław Boruk. Uśmiechnął się do Gorawskiego i zbliżywszy się do niego uścisnął mu mocno dłoń. - ''Ty też robotnik? ‘‘ - zapytał Gorawski zdziwiony siłą, z jaką Boruk uścisnął mu dłoń. ''Tak, mechanik'' - odpowiedział zadowolony z komplementu pijaczynka. Usiadłszy spokojnie, niczym zakochana para na parkowej ławce, Gorawski streścił swemu przyjacielowi wszystkie kroki wykonanego przez siebie planu. Boruk wydawał się być bardzo zadowolony z poczynań Gorawskiego. - ''Jesteś dobrym człowiekiem'' - powiedział. Pijąc zakupionego tym razem przez Boruka Bombardiera, wspólnie rozprawiali na temat odbudowy struktury lokalnych alkoholików. Mieli wszystko, czego im było trzeba. Puste mieszkanie, pieniądze ukradzione żonie - zapowiadał się świetny start. Potrzebowali jednak reklamy, by pozyskać niezbędne do wykonania planu zasoby ludzkie. Szukając rozwiązania, postanowili użyć chwytów stosowanych w marketingu. Postanowili obkleić całe osiedle wydrukowanymi przez siebie plakatami. Treścią ogłoszenia miał zająć się Boruk, natomiast w gestii Gorawskiego leżało zdobycie ryzy papieru. Będąc w posiadaniu ilości pieniędzy wystarczającej na zakup kilkuset ryz papieru, Gorawski mógł spokojnie pójść do najbliższego sklepu papierniczego i bez problemu takową nabyć. Jednak świadomość, że ryza papieru kosztuje równowartość sześciu Bombardierów nie pozwalała mu na to. - ''Pierdolone niedoczekanie'' - wymamrotał pod nosem udając się do sklepu papierniczego. Chwilę później złapał mocno za fikuśną, metalową klamkę otwierając drzwi do małego sklepiki. Zawieszone nad drzwiami dzwoneczki zaświergotały będąc dla właściciela oznaką nadejścia kolejnego klienta.  Zza szmacianej kotary prowadzącej na zaplecze wyłonił się stary, przygarbiony, siwowłosy mężczyzna. Przyjemny staruszek ubrany był w białą, wykrochmaloną i porządnie wyprasowaną koszulę, czarne spodnie oraz siwy sweter w czarne romby bez rękawów. - ''Czym mogę służyć? ‘‘ - zapytał przyjaźnie starszy mężczyzna. - ''Daj papier'' - powiedział rozglądający się dookoła nerwowo Gorawski. - ''Ale jaki papier? Papier toaletowy? Ścierny? Techniczny? A4? ‘‘- zapytał przemiłym tonem właściciel sklepu. - ''Daj kurwa papier'' - wrzasnął stanowczo Gorawski. - ''Proszę sobie wybrać'' - powiedział wciąż spokojny starszy pan wskazując ręką półkę z różnymi rodzajami papieru. Gorawski odwrócił się we wskazanym kierunku, uśmiechnął się złowieszczo, następnie obiema rękami łapiąc stojącego za ladą ekspedienta za tył głowy i uderzając jego głową o przeszkloną ladę, przez którą przychodzące do sklepu dzieci mogły oglądać różne rodzaje kredek. Z twarzy pokiereszowanego staruszka zaczęła cieknąć ciemnoczerwona krew. Gorawski nie czekając na dalszy bieg wydarzeń, szybko zabrał kilka ryz papieru ze sklepowej półki. ''Miłego dnia'' - mruknął otwierając sklepowe drzwi w celu opuszczenia tego bajzlu. Malutki dzwoneczek nad drzwiami zaświergotał po raz kolejny.

           Wróciwszy w umówione miejsce, Gorawski przekazał Borukowi zdobyty papier. - ''Świetnie, teraz ja się wszystkim zajmę. A Ty wróć do domu i czekaj na rozwój sytuacji'' - odpowiedział rządząc się poniekąd Boruk. Nie zdenerwowało to jednak Gorawskiego. Każdej innej osobie odzywającej się do niego w ten sposób wybiłby zęby bez chwili zawahania, jednak miał szacunek do każdego pijaka, dlatego też Borukowi tego nie zrobił. Panowie pożegnali się i rozeszli każdy w swoją stronę. Po powrocie na osiedle, Gorawski odwiedził znany mu od wielu lat monopolowiec. Tam zaopatrzył się w dwieście sztuk Bombardierów. Dla ekspedienta, który niegdyś przez trzy tygodnie sprzedawał Gorawskiemu podobną ilość tego ohydnego, taniego wina każdego dnia, taki widok nie był niczym szczególnym. Zdawał sobie jednak sprawę, że Gorawski kupował tak dużą ilość alkoholu wyłącznie w okresie, w którym otworzył społeczność osiedlowych meneli. Ponowne tego typu zakupy świadczyć mogły wyłącznie o próbie odnowienia tej nietypowej komuny, z czego właściciel sklepu bardzo się cieszył. Postawiwszy ciężkie pudła wypełnione ilością Bombardierów zdolną samym siarkowym zapachem powalić stado słoni, Gorawski rozsiadł się na welurowym fotelu, by trochę odpocząć. Uderzenie jego umięśnionego, robotniczego tyłka o siedzenie niemodnego od połowy lat dziewięćdziesiątych fotela wzniosło w powietrze tumany kurzu.-  ''Kurwa nawet nie umiała sprzątać! ‘‘ - pomyślał Gorawski tym smutnym incydentem przypominając sobie niezbyt urodziwą aparycję swej autystycznej żony. Smutne wspomnienia wielu nieudanych stosunków intymnych z małżonką zmusiły go do natychmiastowego sięgnięcia po Bombardiera - korektora przykrych wspomnień. - ''Przez dwadzieścia lat nigdy nie ogoliła brochy'' - wymamrotał po cichu, zębami otwierając Bombardiera. Zbawienne dla pijackiej zdrowotności promile popłynęły ze śmierdzącej jamy ustnej prosto do przypominającego druszlak żołądka. Gorawski głośno beknął i czując niezwykłą ulgę rozsiadł się na fotelu jeszcze bardziej. Patrząc w biały sufit oddawał się marzeniom. Poczuł, że wraz z dniem dzisiejszym odrodził się na nowo. Osiągnął to, o co zabiegał przez tak wiele lat. Cały wysiłek fizyczny, jaki przez te wszystkie lata włożył w systematyczne bicie swej nieudanej żony i błędu młodości zwanego Madzią popłacił. Szczęście wypełniło jego pijackie trzewia. Siedział tak jeszcze przez około kwadrans, wpatrując się w obdrapany sufit z uśmiechem tak szerokim że niemal rozerwał wszystkie czerwone strupy na jego ustach. Tą literacką autorefleksję przerwało solidne pukanie do drzwi. Nauczony doświadczeniem sprzed ponad roku, Gorawski prewencyjnie rozbił butelkę Bombardiera o stół, tym samym robiąc tulipana, który pozwoli mu obronić się podczas ewentualnego ataku jednostki specjalnej policji. Ostrożnie, drepcząc na swych powykrzywianych palcach u nóg, Gorawski zbliżył się do starych, sklejkowych drzwi. - ''Kto tam?’’ - zapytał chamskim bardziej nawet jak zazwyczaj tonem. - ''Z ogłoszenia'' - oparł ochrypły, niewyraźny głos zza ściany. Wciąż ostrożny niczym gotowa walczyć o życie pantera degenerat otworzył drzwi. Jego oczom ukazał się tłum około dwudziestu porównywalnych jemu sposobem bycia mężczyzn zajmujących całą klatkę schodową. - ''My z ogłoszenia'' - powtórzył stary, krótko ścięty mężczyzna z blizną na twarzy i tatuażem na szyi. Gorawski przyjaznym gestem zaprosił żwawo kroczących po betonowych schodach alkoholików. Pierwszy z nich przekraczając próg śmierdzącej meliny, niegdyś stanowiącej całkiem przytulne mieszkanie wypełnione śmiechem dziecka, wręczył witającemu go Gorawskiemu pięćset złotych. - ''Co to? ‘‘- zapytał przeliczając kwotę zdziwiony Gorawski. - ''Na ogłoszeniu było, że każdy nowy członek ma przynieść pięćset złotych z Providentu'' - odparł mężczyzna. Gorawski uścisnął dłoń każdemu z gości z osobna, zadowolony z geniuszu swojego kompana Boruka. To dzięki niemu bez większego wysiłku znalazł się tam, gdzie półtora roku wcześniej. Różnica jednak polegała na tym, że tym razem żaden patrol, ani żadna policyjna jednostka specjalna nie miała najmniejszych podstaw, by wkroczyć i odebrać Gorawskiemu to, czego tak bardzo pragnął. Stare pijaczysko roześmiało się niczym małe dziecko w sklepie z zabawkami. - ''Kurwa'' - wykrzyknął radośnie, obściskując wszystkich obecnych. Ostatnio był tak szczęśliwy, gdy otrzymał telefon, że teściowa dostała wylewu. Mając u swego boku inteligentnego i skromnego Boruka, będąc otoczonym grupą wyspecjalizowanych w pijackim rzemiośle mężczyzn i miętosząc w kieszeni dwanaście tysięcy złotych, Gorawski był niemal niezniszczalny. W drzwiach jego mieszkania niespodziewanie pojawił się Boruk, który na wstępie mocno uścisną wzruszonego Gorawskiego. - ''Dziękuję'' - powiedział pierwszy raz w swoim nic nieznaczącym życiu Gorawski. ''Mój dom Waszym domem'' - wykrzyknęło pijaczysko i triumfalnym gestem wznosząc ku górze butelkę Bombardiera swą żylastą ręką. Ten okrzyk był czymś więcej, niż zwykłym pijackim bełkotem. Był niczym gong rozpoczynający olimpiadę lub zadęciem w róg wzywającym wojska do walki. Dla zgromadzonych mężczyzn, ten okrzyk był wagą równy sygnałowi Dzwonu Zygmunta. Oznaczał on ich własną olimpiadę - olimpiadę w rozwoju własnej degeneracji. Po ceremonialnym wyrzuceniu wszystkich rzeczy należących do jego autystycznej żony i błędu młodości będącego powodem jego wstydu, potocznie zwanego owocem ich małżeństwa, Gorawski włączył muzykę i oddał się urokom libacji.

                               Gdy otworzył oczy, ujrzał kraciasty wzór, który skądś znał. Kiedy już zrozumiał, że leży na podłodze i patrzy na dywan, Gorawski podniósł się i rozejrzał po rozjaśniającym się wraz ze świtem pokoju, w którym wciąż unosił się dym z wypalonych poprzedniej nocy papierosów. We wszystkich nadających się do tego miejscach spali jego kompani upojeni olbrzymią ilością alkoholu. - ''Ale cioty'' - wykrzyknął Gorawski podnosząc stojącą na stole butelkę Bombardiera. Zbudziło to śpiących po libacji towarzyszy. Widząc swego guru, niezadowolonego faktem, iż nikt nie chce z nim pić, zawstydzeni degeneraci wstali i przemógłszy nieprzyjemne pulsowanie czoła sięgnęli do tekturowych pudeł po Bombardiery. Impreza trwała dalej. Gorawski odzyskał wiarę w swych nowych przyjaciół uznając, że może jednak coś z nich jeszcze będzie. Libacja rozpoczęta wraz z uniesieniem butelki Bombardiera ku górze w tą bezchmurną, majową noc trwałą przez kolejne trzy miesiące, a jej schemat pozostawał z grubsza niezmienny. Gorawski i Boruk zbliżyli się do siebie jeszcze bardziej. Każdego dnia, upojeni kilkoma litrami Bombardiera, debatowali na balkonie poznając się coraz lepiej. Nikt nigdy nie rozumiał Gorawskiego tak dobrze, jak stary, poczciwy Boruk. Po raz pierwszy w życiu Gorawski miał prawdziwego przyjaciela, który nie opuścił go po opróżnieniu wysępionej na krzywy ryj butelki. W pewną lipcową noc, gdy większość imprezowiczów spała, dławiąc się własnymi wymiocinami, Gorawski z Borukiem jak zwykle stali na balkonie ucinając sobie pogawędkę. - ''Lubię Cię'' - powiedział optymistycznym tonem Gorawski, klepiąc swojego kompana po plecach i patrząc na piękny, wyraźny tej nocy księżyc. Nagle poczuł czyjeś palce zjeżdżające z góry na dół po jego pośladkach, z których jeden dotykał jego silnie owłosionej odbytnicy. Kątem oka zauważył przedramię Boruka wystające z jego spodni. - ''Co ty kurwa robisz?'' - zapytał zdziwiony Gorawski. - ''Przestań, widzę jak na mnie patrzysz. Wiem, że też masz na mnie ochotę. Mój wielki fiut przeszyje Cię jak rapier'' - wyszeptał rozochocony Boruk, swym mokrym językiem przejeżdżając po brudnej szyi Gorawskiego. Gorawski był w szoku. Jego najlepszy przyjaciel, jedyna osoba, której ufał, okazał się być przecweloną ciotą. Jego głową targały straszliwe emocje. Boruk to najwspanialszy kumpel na świecie, ale to było niedopuszczalne. Kierując się ogólnie przyjętym wśród niewyedukowanych ludzi stereotypem na temat homoseksualistów, rozwścieczony Gorawski uderzył głową Boruka o metalową barierkę balkonu. Po osiedlu rozległy się charakterystyczny dla drżącego metalu wibracje. Na czole Boruka pojawił się siny pasek. Nie czekając na dalszą reakcję oszołomionego alko-pedała, Gorawski kilkukrotnie uderzył go pięścią w twarz. Z wybitymi zębami, przeciętym językiem i popodbijanymi oczami, ledwo trzymający się na nogach Boruk lekko otworzył usta. - ''Dlaczego?’’ - zapytał. Gorawski bez słowa, swymi silnymi dzięki robotom ogólnobudowlanym ramionami złapał chwiejącego się Boruka i jednym wprawnym ruchem, przefiknąwszy go przez barierkę, wyrzucił go z balkonu. Całe osiedle przeszył budzący zaciskanie zębów odgłos przypominający łamanie się grubej gałęzi dębu. Wciąż w niesamowitym szoku, Gorawski ostrożnie nachylił się nad telepiącą się w dalszym ciągu barierką. Jego pedo-przyjaciel leżał na ziemi. W intensywnym tej nocy świetle księżyca widać było, że Boruk leży w nienaturalnej pozycji, z szyją wykrzywioną na lewo. Stało się jasne, czym był ów nieprzyjemny odgłos - Boruk nie żył. Łzy napłynęły do zaczerwienionych z powodu braku snu i witamin oczu Gorawskiego. Wiedział jednak, że postąpił słusznie. W stworzonym przez nich osiedlowym azylu dla meneli nie było miejsca dla ładowanych odtylcowo, niczym osiemnastowieczny muszkiet ciot. Ale przecież właśnie to sodomskie truchło, ukarane za swe pedalstwo ten azyl stworzyło. Gorawski stał tak w chwilowej konsternacji, rozważając wszystkie powyższe kwestie. Zastanawiał się, co powinien powiedzieć śpiącym kompanom. - ''Przepraszam'' - wymamrotał ocierając łzy z podziurawionego zmianami skórnymi policzka, następnie odwracając się w stronę drzwi do pokoju. - ''Boruk nie żyje!’’ - krzyknął kilkukrotnie, budząc wszystkich nieświadomych biegu wydarzeń degeneratów. ''Co się stało, jak to?'' - pytali wystraszeni menele, zrywając się ze wszystkich miejsc w mieszkaniu, w których możliwe było zapadnięcie w narkotyczny sen. - ''Wypadł przez barierkę i złamał kark'' - powiedział drżącym głosem Gorawski. - "Pochowamy go jak bohatera'' - dodał chwilę później. Po raz kolejny łzy pociekły mu po pokrytych grubą, zniszczoną skórą policzkach. Doprowadziwszy wszystkich obecnych do porządku, rozdygotany Gorawski rozpoczął przygotowania do ceremonii. Z piwnicy zabrał cztery szpadle, natomiast swoim ludziom kazał zwinąć kraciasty dywan leżący w pokoju i zabrać go ze sobą. W ciszy, wszyscy wyniszczeni alkoholizmem mężczyźni zeszli po schodach ciemnej klatki schodowej. Niewielki słup światła dawanego przez księżyc w pełni, wpadał przez podłużną szybę drzwi do klatki. Wyszli na zewnątrz. Szli gęsiego przypominając tajemniczych Templariuszy. Dotarli na przyblokowy trawnik, gdzie leżał wciąż ciepły Boruk. Jego otwarte na oścież oczy wpatrywały się prosto na nich. Grupę mężczyzn otaczał mały zagajnik młodych brzózek, co jeszcze bardziej nadawało całemu obrzędowi tajemniczości. - ''Kopać!’’ - wrzasnął Gorawski, rzucając mężczyznom szpadle ukradzione niegdyś podczas jednego z remontów. W nie więcej, jak pół godziny, spracowane ręce zapijaczonych, emerytowanych operatorów ręcznego sprzętu budowlanego, potocznie zwanego łopatą, stworzyły dół nadający się do pochowania przyjaciela. Delikatnie i z ogromną dbałością, Gorawski owinął zwłoki w kraciasty, zakurzony dywan, na który obaj przyjaciele lubili wymiotować najbardziej. Następnie, poprosiwszy o pomoc niskiego pijaczynkę z blizną, rozhuśtał zawiniętego Boruka i umieścił go w dole. ''Był jak karaluch, nawet Domestos lubił wypić. Był wspaniały i takiego go zapamiętamy; - powiedział Gorawski, machnięciem ręki nakazując zakopać truchło

                               Następne tygodnie nie należały do najlepszych w życiu starego budowlańca. Każdej nocy, w jego snach pojawiał się Boruk. Schemat snu zawsze się powtarzał. Gorawski wchodzi do sklepu, bierze z półki kilka Bombardierów, następnie kierując się w stronę kasy. Gdy ubrany w biały fartuch sprzedawca odwraca się w jego stronę, okazuje się nim być Boruk mówiący
 - ''Nie sprzedam Panu, jest Pan nietrzeźwy''. Jednak nie to było powodem zmartwień tego wyzutego z człowieczeństwa wykolejeńca. W kasie głównej azylu, jak oficjalnie nazywano szufladę nad telewizorem brakowało środków. Z grubo ponad dwunastu tysięcy złotych, okolicznym pijaczynom zostało do dyspozycji niespełna trzysta. ''Przecież to tylko dziewięćdziesiąt Bombardierów, opierdolimy to do południa'' - pomyślał zakłopotany Gorawski, drapiąc się po głowie. Po raz kolejny bycie bezapelacyjnym liderem menelskiej komuny wymagało od niego myślenia. Myślenia znacznie bardziej błyskotliwego, niż wszyscy. Znów musiał wykazać się geniuszem. Przez dłuższą chwilę stał we wspomnianej pozycji. W końcu, jak zawsze w jego przypadku, genialny pomysł wpadł do obitej wiele razy głowy i przepłynąwszy przez zniszczone alkoholem neurony dotarł do ośrodka mowy. Gorawski przypomniał sobie, że jego sędziwa już wiekiem teściowa pożyczała od niego niegdyś pięćdziesiąt złotych. Pijaczysko wstało jako oszalałe i wskoczywszy na zakurzony stół wyścielony gazetami wygłosiło przemowę zagrzewającą osiedlowych pijaków do walki.

                               Teściowa Gorawskiego mieszkała we wsi oddalonej o nie więcej, jak dziesięć kilometrów od miasta. Banda niemłodych stażem alkoholików parła do przodu przez chodnik przy gminnej drodze, niczym armia wojowników dowodzona przez najbardziej doświadczonego generała. Kierowcy jadących drogą samochodów zwalniali, nie mogąc się nadziwić temu widokowi. Rozwścieczona swołocz, zwana inaczej alkoholicką grupą bojową nie zatrzymywała się nawet na chwilę, w trudnych momentach podróży przynosząc sobie ulgę Bombardierem. W końcu ich oczom ukazała się zielona tablica z napisem ''Rakołupy''. - ''To już tu, przygotujcie się'' - powiedział skupiony Gorawski, który jednym haustem dopiwszy Bombardiera, w wymownym geście rozbił butelkę o metalową tablicę. Przygotowana do walki grupa przemaszerowała jeszcze około dwustu metrów. W spokojnej wsi mijali małe, drewniane domki, pokryte przymszonym eternitem, wokół których rozciągały się kolorowe płotki ze sztachet. Stary dziadek siedzący na ławce przed jednym z domów, jedząc jabłko nożem przyglądał się im uważnie. Dotarli w końcu pod zieloną, drewnianą chałupę z niewielkim sztachetowym płotkiem o wysokości niespełna metra. Gorawski kopnął w drewnianą furtkę wyrywając ją z zawiasów. Następnie ostrożnie zbliżył się do czarnych drzwi, które zdobiła cienka, podłużna szybka pokryta kurzem. - ''Otwieraj Ty kurwo'' - wrzasnął kopiąc kilkukrotnie w solidne drzwi. - ''Daj jej spokój, miesiące temu odebrała Madzię z ośrodka i wyjechała daleko stąd, idź sobie'' - odezwał się stary, piskliwy głos teściowej zamieszkującej chałupę. - ''Oddawaj pięć dych Ty kurwo'' - wrzasnął nie reagując nawet na wzmiankę o żonie Gorawski. Nie było jednak żadnej odpowiedzi. - ''Jesteś otoczona'' - wrzasnął po raz kolejny, uderzając pięścią w szybę drzwi. Rozległ się trzask pobitego szkła. Gorawski szybko włożył rękę do środka w poszukiwaniu klamki. Jednak w tym samym momencie żółty, niewielki, kuchenny nóż do obierania ziemniaków utkwił w jego umięśnionym przedramieniu. - ''Ty kurwo'' - wykrzyknął, wyciągając krwawiącą rękę. Pijaczyna wiedział, że choćby nie wiem co, nie uda mu się wyważyć solidnych, wiejskich drzwi. Wiedział także, że jego zrezygnowani kończącymi się zapasami alkoholu przyjaciele na niego liczą. Znów musiał wykazać się wybitnym geniuszem. Rozejrzał się dookoła.  W świetle tego pięknego, bezchmurnego poranka jego uwagę przykuła stara, białoruska koparka, stojąca na podwórku sąsiada teściowej. Był to model sprzętu budowlanego, jaki Gorawski bardzo dobrze znał. Niegdyś był operatorem takiej koparki podczas prac brukarskich, jednak został zwolniony dyscyplinarnie za uderzenie nią w Mercedesa jednego z klientów po spożyciu alkoholu. Nie zważając na krwawiącą rękę, ani tym bardziej na moralność swych czynów, Gorawski ruszył sprintem w kierunku koparki. Jednym wprawnym ruchem otworzył zamaszyście drzwi i zasiadł za kierownicą maszyny. Wielka chmura dymu uniosła się w powietrze z rury wydechowej wraz z przekręceniem kluczyka. Radziecka myśl techniczna parła naprzód i rozwaliwszy drewniany płot skierowała się w stronę chałupy teściowej. ''Kurwo!'' - krzyknął z furią Gorawski, łapiąc zębami łyżki gzyms budynku. Rozwścieczony degenerat z całej siły pociągnął metalowy drążek w dół. Cała wschodnia ściana drewnianej chaty runęła na ziemię. Szczęk wiekowych desek, łamanych łyżką koparki przeszył całą okolicę.  W środku stała zdezorientowana i przestraszona kobieta około osiemdziesięciu lat. Niska, przygarbiona, z kolorową chustą na głowie, na pierwszy rzut oka schorowana babcia nie próbowała nawet uciekać. Pył z poszarpanych na kawałki desek wypełnił cały dom. Starsza kobieta zaczęła kaszleć, dusząc się latającymi w powietrzu trocinami. Nieugięty w swych działaniach Gorawski wyskoczył z koparki i podbiegłszy do staruszki uderzył ją z pięści w twarz. Starsza pani upadła na drewnianą podłogę pokrytą trocinami. - ''Oddawaj pieniądze dziwko'' - rzekł kulturalny jak zawsze Gorawski pochylając się nad leżącą kobietą. - ''Nic ci nie dam pijaczyno'' - wyszeptała ochrypłym głosem teściowa. Gorawski bez słowa riposty kopnął ją swym ciężkim butem. - ''Pieniądze'' - powtórzył spokojnie. Kobieta nie zareagowała, wciąż intensywnie kaszląc. Gorawski rozejrzał się po pokoju. Przy palącym się piecu kaflowym zauważył czarną, żeliwną szpatułę. Ruszył w stronę pieca, następnie wsadzając szpatułę do palącego się wnętrza. - ''Dasz albo zdechniesz'' - wymamrotał pod nosem, wyciągając rozgrzane do czerwoności żeliwo. Bez chwili zawahania umieścił gorący pręt na czole leżącej na podłodze staruszki. Rozgrzany metal w ułamku sekundy przepalił cienką chustę i z charakterystycznym sykiem zaczął parzyć skórę kobiety. - ''Pieniądze'' - powiedział spokojnie Gorawski, łokciem opierając się o drugą końcówkę pręta.
 - ''W kredensie'' - wykrzyczała wyjąca z bólu babcia. - ''Dziękuję'' - powiedział spokojnie Gorawski i wyrwawszy drzwi do wieśniackiego kredensu ujrzał białą kopertę. Miał niezwykłe szczęście - dzień wcześniej listonosz przyniósł rentę. Napluwszy na leżącą w konwulsjach staruszkę opuścił zniszczoną chałupę i wraz z wiernymi przyjaciółmi udał się w stronę miasta, w planie mając odwiedzenie po drodze najbliższego sklepu monopolowego
                - ''Co ja kurwa robię w wannie'' - pomyślał Gorawski chwilę po otwarciu oczu. Przez moment próbował przypomnieć sobie bieg wydarzeń z wczorajszego dnia. Jedyne, co pamiętał to fakt, że w kopercie było osiemset złotych i że wkrótce po jej otwarciu znaleźli sklep. Nie chcąc wysilać się bardziej, wynurzył się z łazienki. Głowa pulsowała mu w rezonansie tak regularnym, że na jego bazie można byłoby ustawiać zegary. Trzymając się futryny stanął w progu pokoju. Jego towarzysze oglądali czeski film pornograficzny na starej kasecie VHS. - ''Młody, skocz po Bombardiera, bo aż mnie telepie'' - powiedział drżącym głosem Gorawski, grubymi palcami łapiąc jeszcze mocniej futrynę. Łysy chłopak z łezką wytatuowaną pod okiem zerwał się z tapczanu i wyciąwszy z szuflady sto złotych wybiegł z mieszkania, które już od kilku dni, zamiast drzwi, od klatki oddzielał stary koc, zwisający z framugi drzwi wejściowych. Gorawski czuł się źle. Bez żadnej litości, ogromny lodołamacz zwany kacem rozpierdalał od środka arktyczną krę, jaką wtedy była jego głowa. Wiedział, że jedynie wlanie w swój przełyk butelki Bombardiera w trybie natychmiastowym zdejmie ciężar tych katuszy z jego plebejskich barków. - ''Niech ten chuj szybko wróci!’’ - krzyknął wciąż podpierając się o futrynę, a także zaczynając się telepać. W tym właśnie momencie doświadczył piekła. Zrozumiał, że jego alkoholizm jeszcze bardziej się pogłębił. Ten nieciekawy stan zdrowia wymagał radykalnego rozwiązania.
 - ''Teraz będę musiał pić jeszcze więcej'' - pomyślał, czując jak jego nogi się chwieją. Wtem odgłos butów kroczących po starym linoleum i szczęk butelek pobudziły jego zmysły - Łysy wrócił z prowiantem. Pokonawszy w tym okropnym stanie odległość około trzech metrów, Gorawski rzucił się na tekturowe pudło ze śmierdzącym siarką, tanim winem. Jego grube palce pomknęły do wnętrza pudła, po chwili znajdując to, czego szukały. ''Ale ulga'' - powiedział sapiąc po uprzednim donośnym beknięciu Gorawski, zadowolony, że piekło określane przez lekarzy mianem delirium jest już za nim. Z nadmiaru wrażeń położył się na welurowym tapczanie, którego kolor po tak wielu libacjach był już bliżej nieokreślony. - ''To nie może tak być, Bombardier jest za słaby'' - powiedział poddenerwowany Gorawski. Przyjaciele popatrzyli na niego z zaciekawieniem i rezygnacją zarazem. - ''Mam plan'' - powiedział Gorawski, ręką wydając kompanom polecenie, by natychmiast wstali i udali się za nim. Wyszli na klatkę, swe kroki kierując w stronę zejścia do piwnicy. Sąsiad idący właśnie na górę, chcąc podkreślić piękno dnia i swój dobry humor, uśmiechnął się do nich. - ''Dzień dobry Panowie'' - powiedział schludnie ubrany mężczyzna w wieku około czterdziestu lat. - ''Spierdalaj'' - odpowiedział menelski chór, który sprawiał wrażenie dzielenia się na spółkę jednym mózgiem. ''Łapcie'' - powiedział Gorawski, który wychodząc z piwnicy podał osiedlowym degeneratom olbrzymią ilość wiader i plastikowych butelek. Żaden z nich nie miał na tyle odwagi lub intelektu, by zapytać swojego przywódcę o celowość tego działania. - ''Idziemy'' - powiedział Gorawski otwierając drzwi do klatki. Mężczyźni udali się na parking przy pobliskim supermarkecie, po drodze bijąc do nieprzytomności nastoletniego chłopaka, który na ich uprzejmą prośbę odmówił podzielenia się papierosem. W końcu dotarli - ich oczom ukazał się olbrzymi parking wypełniony po brzegi samochodami klientów odwiedzających supermarket. Słońce odbijało się od szyb przeróżnych aut. Panował upał odczuwany jeszcze bardziej na tej otwartej przestrzeni. - ''Wiecie gdzie jest chłodnica?’’- zapytał Gorawski, ufnie odwracając się do idących za nim kompanów. Wykolejone wyrzutki społeczne odpowiedziały twierdząco. Zadowolony z rozległej wiedzy swych kompanów na temat mechaniki samochodowej Gorawski przegrupował oddział i rozmieścił meneli na różnych końcach parkingu. Wiedzieli, co mają robić. Pracując w parach, bardzo skrupulatnie odwiedzali podwozie jednego samochody za drugim, z każdego z nich spuszczając płyn Borygo o zawartości alkoholu oscylującej na poziomie około dziewięćdziesięciu procent. Szczęśliwy z powodu swojego geniuszu Gorawski stał na środku ogromnego parkingu, obserwując pracę swych zwyrodniałych przyjaciół. - ''To dzięki Tobie, odbytojebco'' - powiedział sam do siebie, wspominając zmarłego niedawno śmiercią tragiczną Boruka. Cała akcja przebiegła bez najmniejszych problemów, zakończywszy się po godzinie. Przyjaciele wrócili do domu bogatsi o sto trzydzieści litrów płynu Borygo. Gdy tylko dotarli do domu, Gorawski rozpoczął przygotowywanie wywaru. Na starej, obrośniętej brudem i wydającej się być oddzielnym ekosystemem kuchence postawił olbrzymi, metalowy garniec, następnie wlewając do niego około dziesięciu litrów płynu Borygo. Dodawszy do niego dwanaście butelek Bombardiera i przeterminowany balsam po goleniu, zaczął gotować zawartość kociołka na pokaźnych rozmiarów ogniu. ''Dotrzemy do sedna materii; - pomyślał, mieszając wywar.

               -  ''Zgaś to pierdolone światło!’’ - wrzasnął budząc się na czymś mięciutkim. Przed oczami widział niebiesko-białą mozaikę. Zdezorientowany postanowił zaczekać, aż obraz się wyklaruje. Nagle poczuł silne uderzenie w głowę. Jego położenie stało się jasne. Leżał na osiedlowym trawniku. Przyjąwszy pozycję na plecach, został obudzony intensywnym światłem. Dzieci napierdalały w jego pusty łeb piłką. Nie było to zasadniczo niczym nowym. Jako osiedlowa legenda, Gorawski stał się obiektem spekulacji wielu dzieci? Od wielu lat, młodzi mieszkańcy tego robotniczego blokowiska z wielkiej płyty, chcąc pokazać swą odwagę i męstwo zaczepiają Gorawskiego, między innymi właśnie kopiąc w jego łepetynę piłką. Jednak obecnie Gorawski był jeszcze bardziej wykolejony i wyzuty z człowieczeństwa, niż kiedykolwiek. Kolejne uderzenie przeszyło jego zajętą kacem głowę. - ''Tego już za wiele'' - pomyślał Gorawski, spokojnie i w żółwim tempie podnosząc swój umięśniony tyłek z trawnika. Dwunastoletni chłopiec ubrany w koszulkę piłkarską z napisem ''Messi'', fioletowe tenisówki z białymi sznurówkami i czarne, krótkie spodenki, otoczony trzema podobnymi jemu kolegami, szykował się do kolejnego strzału. Szkolny mistrz piłki nożnej wyprowadził czarno-białą piłkę w kierunku głowy Gorawskiego. Ku jego zdziwieniu nie usłyszał jednak śmiesznego odgłosu uderzenia piłki w pijackie lico, a jedynie pisk uciekającego, sprężonego powietrza. Chłopcy cofnęli się na krok lub dwa, nie mogąc uwierzyć w to, co widzieli. Przed nimi stał Gorawski, w zębach trzymając przegryzioną piłkę małych rozrabiaków. Stał tak przez chwilę, czerwonymi z przepicia oczami wpatrując się w chłopców. Nieprzerwanie trzymał ich piłkę swymi czterema sczerniałymi zębami. - ''Wyglądasz jak pies'' - wykrzyknął, śmiejąc się do rozpuku, szczerbaty rudzielec, palcem wskazując kolegom na Gorawskiego. W tej samej chwili, ciężki, robotniczy but złamał mu nos. - ''Mały rudy chuj'' - wymamrotał Gorawski, uroczyście wypluwając zniszczoną piłkę na zakrwawioną twarz leżącego na trawniku chłopca. Przyjaciele rudego przygłupa, ukaranego za zakłócanie leczenia kaca, uciekli w popłochu, zostawiając przyjaciela na pastwę Gorawskiego. Strach przed osiedlowym degeneratem był silniejszy, niż przyjaźń. Z oddalonego o pięćdziesiąt metrów placu zabaw obserwowali bieg wydarzeń i agonię swego kolegi. Ku ich zaskoczeniu, Gorawski zwyczajnie minął nieprzytomnego chłopca, swe kroki kierując w stronę domu.

                Gdy tylko dotarł do pokrytego szmatą wejścia do meliny, zwanej niegdyś dwupokojowym mieszkaniem, naszła go pewna refleksja. Zastanawiał się, czy aby na pewno zrobił dobrze, tak brutalnie bijąc małego chłopca. W końcu dzieci to małe aniołki, które nieświadomie czasem ranią nas swym zachowaniem, ponieważ nie znają jeszcze wszystkich norm społecznych. ''Ale przecież był rudy'' - pomyślał Gorawski, jednocześnie przerywając ten drobny przejaw ludzkich uczuć. Przechyliwszy brudną, szmacianą kotarę wszedł do środka. Jego oczy zastały niecodzienny widok. Jeden z meneli - wysoki, otyły, ciemnowłosy facet z powykrzywianymi we wszystkie strony wąsami, ubrany w przykrótką, fioletową koszulkę naciągniętą siłą na jego olbrzymi brzuch, stał pochylony z siekierą nad porozwalanymi na środku pokoju kawałkami starej meblościanki z pokoiku Madzi. - ''Będzie ognisko'' - powiedział olbrzym, szczerze uśmiechając się do Gorawskiego. Budowlaniec przez chwilę wahał się, czy opierdolić grubasa za robienie takich rzeczy bez pozwolenia, czy po prostu docenić kunszt i finezję przebywających w azylu pijaków. Wybrał drugą z opcji uznając, że przecież jego dom jest też ich domem. - ''Młody, leć po kiełbasę'' - powiedział do młodego, łysego mężczyzny podekscytowany wizją ogniska Gorawski. Następnie pijaczyna ruszył do kuchni, by nalać sobie troszkę cudownego wywaru. O dziwo dzień wcześniej wypili tylko kilka litrów tego cudownego eliksiru. Nachylając się nad garncem i widząc stan zapasów, Gorawski poczuł się niezwykle dumny. Jego geniusz po raz kolejny wyniósł go na wyżyny menelskiej drabiny społecznej. Gorawski łapczywie siorbiąc wypił imponującą ilość wywaru prosto z chochli, następnie beknąwszy siarczyście. 
- ''Kurwa!” - wykrzyknął, czując jak jego wyniszczony chorobą alkoholową przełyk został podrażniony gorzkim smakiem eliksiru. Poczuł bąbelki we włochatym nosie. Wtem zza uchylonej szmaty, będącej nowoczesnym substytutem drzwi wyłonił się łysy młodzieniec, trzymając w ręku kilkukilogramowe opakowanie kiełbasy. - ''Bo baba w mięsnym nie domknęła kraty'' - powiedział, w triumfalnym geście unosząc ukradzioną właśnie kiełbasę. Następnie, lojalny wobec swych przyjaciół łysol, odłożył wzięte przez siebie pieniądze do szuflady. Chwilę później olbrzymi wór z kiełbasą znalazł się w rękach olbrzyma, który dokończywszy przygotowania oblał ułożony na środku pokoju stos z pociętej meblościanki sporą ilością płynu Borygo. - ''Otwórzcie okno, bo może pierdolnąć'' - powiedział z ekscytacją, rzucając zapałkę na stos. Ogromny po sam sufit słup ognia wzrósł na środku pokoju, paląc stary żyrandol z przypominającej mahoń, radzieckiej sklejki. Impreza się rozpoczęła. - ''Są kiełbaski, nie ma kijków'' - powiedział nieco rozczarowany Gorawski, pocieszając się obfitym haustem płynu Borygo z białego kubeczka, na którym widniał czarny napis ''Najlepszy tata na świecie''.
 - ''Jak to nie ma, jak są?'' - odparł podirytowany olbrzym, rzucając swoim przyjaciołom zaostrzone na jednym końcu, połamane nóżki krzeseł z kuchni.
 - ''Zajebiście, i tak nie były potrzebne'' - pomyślał Gorawski, ochoczo nadziewając kiełbaskę na obdrapaną nóżkę od krzesła. Impreza rozkręciła się na dobre

       Pogrążonego w głębokim, narkotycznym śnie Gorawskiego obudziły bardzo dziwne hałasy, momentalnie podrywając go na nogi. - ''Wypierdalaj!’’ - krzyczał olbrzymi, otyły menel, szarpiąc w rogu mieszkania strażaka ubranego w pełen ekwipunek.- ''Co się dzieje?'' - zapytał mimo zaawansowanego wykolejenia wciąż zdziwiony sytuacją Gorawski. - ''Chce się do nas wbić, a na picie się nie składał'' - odparł olbrzym, trzymając za szyję przygwożdżonego do ściany strażaka. - ''To jakieś nieporozumienie! Dostaliśmy zgłoszenie, że w tym lokalu doszło do pożaru'' - powiedział dygoczącym głosem, wystraszony majestatem ogromnego pijaczyny strażak. - ''Wypierdol go'' - powiedział spokojnie Gorawski, wodząc wzrokiem za pozostawionym gdzieś przez siebie kubeczkiem z wywarem. Niespodziewanie świat zaczął wirować przed jego oczami. Czuł się, jak trójnogi pies próbujący biec pod prąd na ruchomych schodach. Ten dziwny stan zaczął pogłębiać się z sekundy na sekundę. W uszach słyszał przytłumiony pisk, a każda próba skupiania wzroku w jednym miejscu kończyła się zbieraniem na wymioty. Ręce zaczęły mu drżeć. - ''Co się kurwa dzieje?’’ - pomyślał, kierując swe kroki do pokoju w celu uzyskania pomocy. Nagle jego nogi zatrzymały się w niezwykłym nieposłuszeństwie, a cała reszta ciała runęła do przodu. Czoło Gorawskiego, z ogromną siłą uderzyło o drewniany próg wystający z podłogi. Nastała ciemność.


Rozdział III

Recykling Śmiecia

- ''Mamy go z powrotem'' - powiedział nachylony nad otwierającym ślepia Gorawskim lekarz w białym kilcie. Gorawski widział jedynie lampy przytwierdzone do białego sufitu. Rozejrzał się. Leżał na metalowym, szpitalnym łóżku otoczony gronem lekarzy robiących notatki. - ''Co jest?'' - zapytał ochrypniętym głosem, ledwo wypowiadając słowa.-  ''Miał Pan niemal całkowicie zniszczoną wątrobę. To ona spowodowała atak. Zmuszeni byliśmy przeprowadzić zabieg resekcji trzech czwartych tego organu. Podczas operacji doszło do niekontrolowanego zatrzymania akcji serca. Na szczęście został Pan odratowany, jednak powrót do zdrowia wiąże się ze zmianą stylu życia. Przede wszystkim, spożywanie alkoholu jest wykluczone - nawet najmniejsza ilość może spowodować śmierć. W razie pytań zapraszam do gabinetu'' - powiedział profesor odwracając się w stronę wyjścia z sali chorych. Leżąc na szpitalnym łóżku, Gorawski wpatrywał się w sufit. Wiedział, co powinien zrobić. Bez zastanowienia ścisnąwszy w ręku biały pilot, wezwał pielęgniarkę. ''W czym mogę pomóc?'' - zapytała stara pielęgniarka, niemal natychmiast pojawiając się w sali Gorawskiego. - ''Czy mógłbym zadzwonić?'' - zapytał Gorawski. - ''Oczywiście'' - odparła pielęgniarka, wracając po chwili do sali z bezprzewodowym telefonem stacjonarnym. - ''Dziękuję'' - powiedział Gorawski, grubymi palcami wstukując numer na klawiaturze. ''Tadziu? Trzeba mi kogoś znaleźć.'' - powiedział spokojnie do słuchawki. Po długiej rozmowie, mającej generalnie charakter spowiedzi, Gorawski odłożył słuchawkę i zasnął głębokim snem.
                Obudziło go skrzypienie solidnych drzwi szpitalnej sali na oddziale intensywnej terapii. - ''Tadziu, jednak przyjechałeś'' - powiedział podradowany Gorawski, układając się w nieco bardziej siedzącej pozycji. - ''Nie mógłbym Cię teraz zostawić. Nie tylko jako ksiądz, ale też jako Twój brat'' - powiedział starszy, siwowłosy mężczyzna, ubrany w długi, czarny płaszcz, wieszając na haczyk czarny kapelusz. - ''Znalazłem je. Mieszkają w Lublinie, więc na szczęście nie jest to aż tak daleko'' - powiedział Tadeusz, uśmiechając się do Gorawskiego. - ''Będzie dobrze'' - dodał, kładąc swoją rękę na umięśnionym przedramieniu swojego brata. Łzy pociekły po policzkach skruszonego degenerata. Wyraz jego twarzy zmienił swój wygląd o sto osiemdziesiąt stopni. Ze skurwiałej już na pierwszy rzut oka mendy zmienił się w poczciwego, uśmiechniętego mężczyznę po pięćdziesiątce. - ''Wyspowiadasz mnie?'' - zapytał Gorawski, wpatrując się głęboko w oczy brata. Tadeusz bez słowa obrócił krzesło do najdogodniejszej ku temu pozycji i nachylił się nad Gorawskim. Spędził w tej pozycji ponad godzinę, uważnie słuchając każdego słowa. Moment ten był nie tylko wyjątkowy z racji patosu samego w sobie, lecz był to także pierwszy od ponad trzech dekad poranek, kiedy to oddech Gorawskiego nie niósł za sobą wątpliwej przyjemności zapachu sfermentowanego, taniego wina. Gorawski nie przestawał mówić niezrozumiałym dla siedzącej kilka metrów dalej osoby szeptem, którego ton i głębia bóli w nim ukryta byłaby odczuwana przez każdego, kto wtedy mógłby obserwować tą scenę. Szept połączony z płaczem, na przemian z biciem się w pierś pokaźną, robotniczą dłonią był wzruszający porównywalnie ze śmiercią szczeniaka w emitowanych w niedzielne popołudnia filmach familijnych. - ''Napraw to, co zepsułeś. Żałuj za grzechy'' - powiedział Tadeusz, czyniąc znak krzyża nad skruszonym ex-degeneratem. Gorawski bez słowa, z zamkniętymi oczami oddał się kontemplacji swego życia. Wspomnienia budzące niegdyś w nim niepohamowaną dumę, teraz napawały go obrzydzeniem. Zastanawiał się nad celowością swoich czynów. Po co była ta przemoc? W imię czego bił, kradł, oszukiwał i krzywdził? Czy siarkowaty smak taniego wina był warty zdrowia i urazów psychicznych tak wielu osób? Czemu przez całe swoje dorosłe życie tak bardzo pożądał tego smaku? Czemu tak za nim gonił? Czy Boruk naprawdę zasłużył na śmierć? Wir myśli porwał Gorawskiego w najciemniejsze doliny jego własnej duszy. ''Pożyczysz mi pięćdziesiąt złotych?'' - zapytał Gorawski, odwracając wzrok w stronę Tadeusza. - ''Znowu zaczynasz?'' - zapytał podirytowany Ksiądz, wątpiąc w przemianę swego brata. - ''Nie, nie na alkohol. Jutro wypisuję się ze szpitala'' - odparł wciąż zamyślony Gorawski. ''Pożyczę'' - powiedział uśmiechając się delikatnie Tadeusz.
                Dokładnie dwadzieścia cztery godziny później, Gorawski opuścił pewien budynek. Nie był to jednak szpital - ten opuścił z samego rana. Było to centrum z tanią odzieżą używaną, gdzie nabył czarny, elegancki garnitur z delikatnie błyszczącego materiału, białą koszulę zdającą się być niemal nowym towarem, a także eleganckie lakierki. Ubrany, niczym znany celebryta lub biznesmen, szczęśliwy Gorawski oglądał się w szybie zaparkowanego na chodniku samochodu. Wiedział, co ma zrobić, by zmienić swoje życie. W planie miał wyjechać jeszcze tego samego dnia. Z kieszeni eleganckich spodni wyciągnął zakupiony wcześniej bilet. Spoglądał przez chwilę na wymięty kawałek papieru, myśląc nad tym, co go czeka. - ''Zaczynam nowe życie'' - pomyślał ruszając przed siebie. Nie kierował się jednak na dworzec, miał jeszcze coś do załatwienia.

                Stąpając na palcach odsunął szmacianą kotarę i ze zwinnością niewielkiego nietoperza australijskiego wszedł do środka tego, co kiedyś było jego domem. Rozejrzał się. Wszyscy menele przebywający w tym okropnym miejscu spali upojeni ilością płynu Borygo wystarczającą, by spowodować odlot trwający dwie doby. Okropny nie tylko ze względu na intensywność, ale też na oryginalność smród wypełnił jego nozdrza, zmuszając go do powstrzymania odruchu wymiotnego. - ''Ode mnie też tak jebało?'' - pomyślał, zatykając nos swoimi grubymi palcami. Nie czekając jednak na ewentualne zdemaskowanie, zaczął działać.  Jednym wprawnym ruchem umieścił drzwi oparte o ścianę przedpokoju w zawiasach framugi i ściągnąwszy z niej szmatę, zatrzasnął drzwi. Silnymi, robotniczymi rękami porwał pokaźną szmatę na cztery mniejsze kawałki. Stąpał delikatnie pomiędzy leżącymi w każdym nadającym się do tego miejscu osiedlowymi zwyrodnialcami. Podomykał wszystkie okna z osobna, pod każde z nich wpychając kawałek porwanej szmaty. Zważywszy na fakt, że musiał być niezwykle cicho, zajęło mu to jakiś kwadrans. Upewniwszy się, że wszystkie okna są szczelnie zamknięte, udał się do kuchni. Przekręcając okrągły kurek starej kuchenki na maksymalne obroty, odkręcił gaz, jednak go nie zapalając. - ''Słodkich snów'' - powiedział pod nosem opuszczając mieszkanie

                Trzy godziny później wysiadł na dworcu głównym w Lublinie. Ubrany przepięknie, będąc w formie godnej pozazdroszczenia mężczyźnie w tym wieku, wyglądał niezwykle majestatycznie. Spokojnie zszedł po wysokich schodach na ulicę, swe kroki kierując w stronę osiedla wskazanego mu w szpitalu przez brata. Idąc, zastanawiał się, co ma zrobić oraz co powiedzieć, gdy już dotrze na miejsce. Wspominając słowa Tadeusza doszedł jednak do wniosku, że gdy nadejdzie odpowiednia chwila, serce podpowie mu, co robić.

                Do drzwi zapukał trzykrotnie. Były to ładne, nowe, drewniane drzwi w niczym nieprzypominające sklejkowego badziewia z ich mieszkania. Solidne, orzechowe wrota otworzyły się i oczom Gorawskiego ukazała się jego żona.
 - ''Jezus Maria!'' - wykrzyknęła próbując jak najszybciej zamknąć drzwi. Gorawski sprytnie jej to jednak uniemożliwił, umieszczając jedną ze stóp w mieszkaniu, tym samym blokując drogę zamykanym drzwiom. - ''Posłuchaj, zmieniłem się. Chcę naprawić wszystko, co spieprzyłem'' - powiedział tonem innym, niż kiedykolwiek. Pani Gorawska cofnęła się, kierując się w stronę kuchni. - ''Wynoś się stąd!’’ - krzyknęła bardziej pełna nienawiści, niż strachu.
 - ''Ja się zmieniłem. Spójrz tylko na mnie. Chcę być wspaniałym mężem i dobrym ojcem. Wyremontuję nasze życie tak samo profesjonalnie, jak wszystkie szwedzkie apartamenty'' - powiedział zbliżając się w stronę swojej żony z otwartymi ramionami, po raz pierwszy od wielu lat pragnąć ją przytulić - ''Nie zbliżaj się!'' - krzyknęła Pani Gorawska łapiąc w dłoń leżący na blacie długi, ostry nóż do krojenia mięsa. ''Kochanie, odłóż to. Wszystko naprawię, uwierz mi'' - powiedział Gorawski ostrożnie zbliżając się do swej ślubnej. - ''Ostrzegam Cię!'' - krzyknęła pani Gorawska. W jej oczach było widać niepohamowaną furię i wściekłość. - ''Kochanie, uwierz mi, ja wszystko naprawię'' - powiedział spokojnie, niczym młody diakon Gorawski. Pani Gorawska zaczęła przeć do przodu trzymając przed sobą błyszczący w świetle wpadającego do pokoju słońca nóż. Po mało, stawiając jedną nogę za drugą zbliżała się do niego.
 - ''Żabciu, proszę, daj mi jeszcze jedną szansę'' - powiedział Gorawski, zaczynając szlochać. Pani Gorawska jednak nie zamierzała się zatrzymać. Już się nie bała.Z każdą sekundą zbliżała się do niego, w rękach dzierżąc długi, naostrzony nóż do krojenia mięsa. Pierwszy raz od lat role się odwróciły. Gorawski poczuł strach, żal i odrzucenie przemieszane ze straszliwym upokorzeniem. Nie było jednak czasu na zbytnie rozczulanie się – mężczyzna musiał ratować skórę. Wiedział, że małżonka nie żartuje, a lata życia w poniżeniu wywarły nieodwracalny wpływ na jej psychikę. Musiał działać, kierując się jedynie chłodną kalkulacją. Choć czuł się jak nikomu niepotrzebne gówno wyciągane z dna przez szambiarkę, nie mógł pozwolić żonie na odebranie mu życia. - ”Co ja tutaj w ogóle robię? Kim ja w końcu jestem? Co mam począć?” – mówił sam do siebie w duchu. Konsternacja została natychmiast przerwana, gdy Pani Gorawska rozpoczęła pokaźny zamach w celu ugodzenia nożem swojego znienawidzonego męża. -"Jedyne, co muszę zrobić, to po prostu być sobą” – pomyślał Gorawski.
- „Ty psychicznie chora kurwo!” – wrzasnął w niebogłosy wykonując solidnego kopniaka w korpus swej autystycznej żony. Uderzenie twardym, podwyższonym obcasem męskiego pantofla w klatkę piersiową powaliło panią Gorawską na podłogę. Siła plebejskiego kopa wyrzuciła ją na sam środek dosyć długiego przedpokoju. Upadając, upuściła nóż do mięsa, który zniknął pod sklejkową szafą. Nie utraciwszy przytomności, zrozumiała, że znów stała się ofiarą, a natura drapieżnika nie jest zwyczajnie dla niej. Była raczej, jak szczury w epoce dinozaurów – jedyne, co potrafiła, to schować się w norze w nadziei, że nie zostanie zauważona. Gorawski spokojnie zamknął drzwi do mieszkania, upewniając się, że wszystkie zamki są zatrzaśnięte. - "Znowu się spotykamy” – pomyślał, wykrzykując jedynie donośne "kurwa!” , po czym zbliżył się do leżącej na podłodze zmory jego najgorszych koszmarów. - "Nawet masturbację potrafiła mi zepsuć, zawsze siedziała w mojej głowie” – zauważył błyskotliwie, uderzając ją pięścią w twarz. „Czego od nas znowu chcesz?!” – wrzasnęła obolała pani Gorawska, nie potrafiąc wyjść z szoku, dlaczego jej skurwiały do szpiku kości mąż przyszedł do niej sam z siebie, skoro osiągnął już wszystko, czego chciał. Miał przecież mieszkanie tylko dla siebie, a ona i mała Madzia miały więcej nie pojawić się w jego życiu. Kiedyś, dawno temu, przeczytała tekst Dalajlamy, mówiący o tym, że dopóki jest ofiara, dopóty jest kat. Kat nie potrafi funkcjonować bez ofiary, a ofiara, choć brzmi to irracjonalnie, zawsze będzie szukać kata. Prawda była jednak zupełnie inna. - "Pieniądze.” – powiedział spokojnie nachylony nad posiniaczoną żoną Gorawski. - "Jesteś nienormalny! Przygotowałeś całą tą szopkę z garniturem, trzeźwością i kwiatami po to, żeby dostać się do mojego mieszkania i zabrać mi pieniądze?” – powiedziała, nie mogąc wyjść ze zdziwienia przeplatanego przerażeniem pani Gorawska.
 - "Pieniądze” – odpowiedział spokojnie Gorawski, cały czas wpatrując się prosto w autystyczne ślepia swojej szpetnej małżonki. - "Nic nie dostaniesz!” – wrzasnęła Gorawska, wiedząc, że jeśli teraz ustąpi, agresywny alkoholik będzie wracać po haracz już zawsze. Była to kolejna faza jej głębokich przemyśleń na temat swojej egzystencji oraz relacji damsko-męskich, która jednak została skutecznie przerwana przez uderzenie grubej, wysłużonej latami trzymania łopaty pięści małżonka. Coś gruchnęło. Strumień ciemnoczerwonej krwi wylądował na ścianie, tworząc niecodzienny, artystyczny pióropusz, którego nie powstydziliby się sprzedawcy szablonów ściennych w sieci marketów budowlanych. - "Wybiłeś mi ostatniego zęba!” – wykrzyknęła zakrwawiona pani Gorawska, wpatrując się z bólem na zwyrodniałego męża, który wcale nie miał zamiaru odpuścić. - "Teraz nawet obdukcja gówno ci da!” – powiedział z uśmiechem na twarzy Gorawski, ciesząc się, że w końcu udało mu się pozbawić autystyczną żonę ostatniego stałego zęba. Dobrze pamiętał, jak wiele problemów przysparzały mu sytuację, gdy żona traciła przez niego któryś z zębów. Wtedy obdukcja lekarska jednoznacznie i za każdym razem potwierdzała, że obrażenia tej pierdolonej paskudy powstały w wyniku uderzenia pięścią. Teraz, gdy już nie miała zębów, została pozbawiona niepodważalnego dowodu jego znęcania się nad nią. Siniaki czy zadrapania mogły bowiem powstać w wyniku wielu innych czynników, jednak wybity ząb, w połączeniu z siniakiem wskazującym na uderzenie punktowe mógł wieszczyć wyłącznie kłopoty dla Gorawskiego. Od teraz mógł pastwić się nad nią praktycznie do woli, co znacznie poprawiło mu humor w ten niezwykle smutny i pełen nostalgii dzień. Taka okazja nie mogła przejść bez celebracji. Gorawski postanowił zrobić sobie prezent, na który niewątpliwie według siebie zasługiwał. Bez zastanowienia usiadł na klatce piersiowej swej autystycznej żony i pochyliwszy się nad nią jeszcze mocniej napierdalał ją po twarzy przez dłuższą chwilę bez przerwy, machając przy tym entuzjastycznie rękami, niczym harcerzyk wybierający się na obóz w Puszczę Białowieską. Gorawski zresztą miał w swym usposobieniu wiele z harcerza. - "Na przód przygodo!” – pomyślał, jeszcze mocniej okładając pięściami największą pomyłkę swego nędznego życia. Entuzjazm jednak opadł, gdy pani Gorawska straciła przytomność. To już nie było to samo. „Równie dobrze mogę w domu napierdalać tapczan” – pomyślał Gorawski, wstając z nieprzytomnej i zakrwawionej pani Gorawskiej. Pomyślał, że ma prawdziwy talent, robiąc z obrzydliwej mordy swej autystycznej żony coś na wzór zupy, bądź gulaszu. - "Zrobiłem coś z niczego” – westchnął zadowolony z siebie. Nie miał jednak zbyt wiele czasu, by ekscytować się efektami swojego talentu i ciężkiej pracy – skoro już tam wszedł, postanowił wziąć każdy grosz, jaki uda mu się znaleźć. Nauczony wieloletnim doświadczeniem w inwigilowaniu i okradaniu swej niezbyt inteligentnej i kreatywnej żony, Gorawski swe pierwsze kroki w nowym miejscu skierował do kuchni i po uprzednim otwarciu wszystkich szafek kuchennych wraz z wyłamaniem drzwiczek z zawiasów, dokładnie je przeszukał. Ku jego zaskoczeniu w żadnej z nich nie było pieniędzy. „Kurwa!” – pomyślał i motywowany chęcią wyładowania zbędnego napięcia, jednym zamaszystym ruchem zrzucił drewniany chlebak z kuchennego blatu. Jak bardzo ucieszył się, kiedy w miejscu, w którym stał chlebak ujrzał małą, białą kopertę. Nie obchodząc się zbędną kurtuazją, Gorawski natychmiast rozerwał kopertę, w której znalazł okrągłe siedemset złotych, stanowiące wszystkie oszczędności pani Gorawskiej. Zadowolony schował zawartość koperty do kieszeni swojego wyjściowego garnituru. Pomimo odrzucenia ze strony małżonki, był dumny z tego, że go ma. - "Będę zakładać go zawsze na specjalne okazje, takie jak dziś” – pomyślał Gorawski i złapawszy w ręce leżący na podłodze chlebak udał się w stronę drzwi. Będąc już na przedpokoju zatrzymał się obok leżącej na podłodze, odzyskującej przytomność małżonki. - "Tępa kurwa.” – szepnął pod nosem Gorawski i chwyciwszy chlebak oburącz nad głową zamachnął się, rzucając nim prosto w głowę swej autystycznej żony. Niewielkie deseczki rozsypały się z hukiem po pokoju, a pani Gorawska znów straciła przytomność. - "Jeszcze za wcześnie, żebyś wstawała Kochanie” – mruknął podśmiechując się Gorawski, który żwawym krokiem, szczęśliwy opuścił mieszkanie. Amplituda jego zadowolenia i wściekłości znów poszybowała w dół, gdy chwilę później odezwał się jego telefon komórkowy, który podarował mu brat. Dzwonił właśnie Tadeusz. Gorawski przez dłuższą chwilę zastanawiał się, co ma powiedzieć kochającemu i zatroskanemu bratu, który przecież tak bardzo kibicował powodzeniu jego planu. Czuł się zbyt poważnym człowiekiem, by nie odebrać telefonu, wierzył bowiem, że poważny człowiek nie musi chować się ze swoimi przekonaniami i poczynaniami. Niezwłocznie zatem, swoimi popękanymi paluchami, które jednak tym razem zdobiły idealnie wyszorowane i przycięte paznokcie, nacisnął zieloną słuchawkę. - "Witaj braciszku, opowiadaj! Udało się?” – rozbrzmiał a aparacie podekscytowany Tadeusz, który z racji wykonywanej przez siebie profesji miał głos tak przyjazny, że dla normalnego człowieka każde wypowiadane przez niego słowo było miodem dla uszu. - "Goń się cioto!” – wrzasnął do słuchawki podirytowany Gorawski, który najwyraźniej miodu w uszach miał aż nadto. Podkurwiony nadgorliwością swojego świętoszkowatego brata, z całej siły rzucił telefonem o ścianę klatki schodowej, rozbijając go na kawałki. Mając przy sobie siedem pomiętych banknotów z wizerunkiem Jagiełły, mógł szybko zapomnieć o całej tej farsie związanej ze swoją nieudaną przemianą. - "Być zawsze sobą” – powtarzał pod nosem, kierując się w stronę sklepu.
                Nie musiało minąć dużo czasu, by Gorawski znów poczuł dawne siły witalne. Trzy opróżnione do dna butelki „Bombardiera” decydowanie poprawiły mu nie tylko humor, ale i jakość myślenia. Wysnuł teorię, zgodnie z którą związki siarki zawarte w tym zbawiennym napoju motywowały jego szare komórki do podziału, co u zwykłych śmiertelników nie jest występującym zjawiskiem. Obawiał się jedynie, że pewnego dnia jego czaszka pęknie pod naporem szarych komórek, które niczym dysfunkcyjna rodzina w mieszkaniu komunalnym – nie będą mieć już miejsca, a mimo to dalej będą chciały się rozmnażać. Uznał jednak, że taka śmierć byłaby całkiem zabawna, a jednocześnie posiadałaby heroiczne piękno.  Jego zwłoki byłyby obiektem badań i zabalsamowane oraz trzymane z dala od oczu napalonych nekrofili czekałyby na wskrzeszenie przez naukowców z przyszłych stuleci, by wspólnie odkrywać tajemnice wszechświata. - "Kurwa!” – powiedział, bekając donośnie, uznając, że to dopiero byłoby coś. Musiał jednak na chwilę odbiec od marzeń i skupić się na rzeczach nieco bardziej przyziemnych. Skoro wydał już wysępione od Tadeusza na bilet pieniądze, postanowił odwiedzić swoją nadzwyczaj nieudaną latorośl. Na szczęście, gdy przebywał jeszcze w mieszkaniu pani Gorawskiej, wyhaczył adres szkoły z listu gratulacyjnego od dyrektora placówki, który leżał na kuchennym stole. Postanowił niezwłocznie udać się do szkoły, by w należyty sposób przywitać się z dawno niewidzianą córcią.
                Dotarcie pod szkołę zajęło Gorawskiemu nie więcej, niż kwadrans. Była na tym samym osiedlu, na którym mieszkała jego autystyczna żona wraz z efektem braku wiedzy o antykoncepcji, potocznie zwanym Madzią. Wiedział, że wchodząc do budynku naraża się na zbędne pytania ochroniarzy, a także stwarza ryzyko zostania dostrzeżonym przez Madzię, która natychmiast rzuciłaby się do ucieczki. Zbyt wiele czynników mogłoby złożyć się na ewentualne niepowodzenie jego planu, a konsekwencje mogłyby być dla samego Gorawskiego nieprzyjemne. Postanowił zatem, że obejdzie budynek dookoła i rozejrzy się w poszukiwaniu potencjalnego tylnego bądź bocznego wejścia, które nadawałoby się jako punkt startowy realizacji jego misternego planu spotkania z Madzią. Powoli, nie chcąc wzbudzać podejrzeń uczniów ani nauczycieli znajdujących się w budynku, Gorawski szedł wzdłuż obwodu obiektu, zataczając się delikatnie. Wypadł bowiem z formy w spożywaniu alkoholu, co jeszcze bardziej go wkurwiło - "Pierdolony Tadeusz” – pomyślał. Mury szkoły, do której chodziła Madzia robiły wrażenie na odwiedzających. Rozłożysty, piętrowy budynek z elewacją w kolorze szarym, gdzieniegdzie porośnięty bluszczem, nadawał temu wbrew pozorom nowoczesnemu obiektowi elitarnej powagi. Faktem było, że w szkole uczyły się dzieci wyjątkowo uzdolnione pod względem humanistycznym, artystycznym i sportowym. Obiekt był również wyposażony w kolosalną salę gimnastyczną, a także kryty basen. Całość przyzdabiały olbrzymie, kwadratowe okna, z drewnianą, matową framugą. „Takie to we czterech wstawialiśmy w Niemczech” – pomyślał Gorawski, podziwiając architekturę związaną przecież z jego fachem. To tacy jak on zazwyczaj spełniają oczekiwania najbardziej wymagających klientów, a przynajmniej próbują je spełniać. Napawanie się pięknem otoczenia pozwalało zapomnieć mu o wszystkich upokorzeniach, jakich ostatnimi czasy doznał. Wiedział jednak, że te doświadczenia pomogły mu w odnalezieniu swojego prawdziwego ego, a próby resocjalizacji były jedynie kamienistą ścieżką ku dalszej, świetlanej przyszłości. Ową konsternację przerwał jednak prawdziwy uśmiech szczęścia, który spadł na Gorawskiego w jednej chwili. Jakiż był szczęśliwy, kiedy w jednym z okien na parterze zauważył siedzącą w szkolnej ławce Madzię. Szkarada siedziała w pierwszej ławce, tuż za nauczycielką, bezpośrednio przy oknie. Jego uwagę przykuł fakt, że jako jedyna z dzieci dostrzegalnych zza szyby siedziała sama w ławce. - "Nie lubią jej, bo jest pierdoloną konfidentką jak mamusia!” – pomyślał Gorawski , ze wściekłością patrząc na wyróżniającą się szpetnością latorośl, będącą tuż obok niego. To samo w sobie było wyrokiem, który na nią wydał. Nie tylko nie był to styl życia, jakiego chciał nauczyć swoje dziecko, ale także hipoteza o ewentualnym wdaniu się Madzi w matkę urągała jego godności i poczucia maskulinizmu. Postanowił, że musi coś z tym zrobić. Tuż za nim znajdowało się przepiękne oczko wodne, które w ramach swoich prac zaliczeniowych wykonali uczniowie profilu artystycznego. Otoczone skalniakiem z zielonkawych otoczaków wraz z zamontowaną w środku malutką fontanną i wyłożone geowłókniną, oczko gościło uroczy, ręcznie wykonany, drewniany stateczek przypominający siedemnastowieczny galeon. „Ale gówno” – pomyślał Gorawski, wyśmiewając działalność pseudointelektualistów, przyszłych menadżerów średniego szczebla w korporacjach. Gardził tą bandą gówniarzy, a już najbardziej gardził swoją własną spierdoliną uczestniczącą w tym cyrku. Tego było za wiele. Musiała ponieść karę. Jednak kara musiała być równie wyszukana, co miejsce, w którym się znajdował. Owalne kamienie były zbyt przyziemnym narzędziem wymierzenia kary temu obesranemu bękartowi. Za to drewniany stateczek rozbudził fantazję Gorawskiego. Niczym atleta dzierżący gotowy do wyrzutu oszczep, Gorawski rozpędził się na szkolnym trawniku, a po nabraniu odpowiedniej prędkości i złapaniu potencjalnie celnego toru, jednym zamaszystym ruchem wyrzucił stateczek, który na szczęście miał bardzo opływową konstrukcję. Wykonany własnoręcznie przez młodych uczniów okręt poszybował w powietrzu prosto w kierunku okna, za którym siedziała Madzia. Wąski dziób okrętu rozbił szybę, a następnie utknął w skroni jego paskudnego dziecka. W klasie wybuchła panika a Madzia osunęła się na podłogę. Niestety z lokalizacji Gorawskiego nie dało się dojrzeć więcej szczegółów, czego pijaczyna bardzo żałował. - "Trafiony, zatopiony” – powiedział wesoło, oddalając się w stronę pobliskiego dworca PKS.

Pochmurny dzień chylił się ku końcowi. Szarawa aura przyciemniła barwę grubej warstwy śniegu pokrywającej drogi i chodniki. Podstarzały, brudny po obu bortach autobus zbliżył się do stanowiska na dworcu. Wysłużone, automatyczne drzwi otworzyły się z lekkim oporem, wypuszczając zziębniętych, podkulonych pasażerów. Z nieba padały na nich duże, gęste płaty śniegu. Spośród tłumu pośpiesznie opuszczających autobus pasażerów wyróżniała się poświata naszego bohatera, ewidentnie czymś strapionego. –„Z drogi kurwa, wyszczać się muszę!” – burknął nieprzyjemnie Gorawski, obydwoma łokciami torując sobie drogę w przypominającym puszkę sardynek tłumie. –„Co za ulga!” – wystękał zadowolony, oddając mocz do pobliskiego śmietnika. Zniesmaczeni przechodnie nieśmiało mijali go, obawiając się poniekąd jego agresywnego zachowania.  Gdy już wytarł swoje brudne przyrodzenie ściągaczem obdartego, ortalionowego rękawa, ruszył z kopyta w stronę ukochanego, robotniczego osiedla. Zastanawiał się, jakie dalej powinien poczynić kroki, by móc dalej rozwijać swoją pasję i robić to, co kocha. Rozmyślał o tym,  że musi posprzątać mieszkanie oraz jak to zrobi – w końcu niecodzienną sytuacją jest usuwanie ze zwykłego, peerelowskiego blokowiska dwudziestu zwłok, w dodatku należących do okolicznych meneli, którzy wszystkim mieszkańcom byli dobrze znani ze swej buńczuczności i alternatywnego sposobu na życie. Logistyka całej tej operacji stanowiła nie lada problem, nawet dla takiego geniusza, jak Gorawski. Jednakże wiedział on, że w życiu nie ma rzeczy niemożliwych. - "W piwnicy mam starą, szwedzką siekierę. Porąbie ich wszystkich i spalę w centralnym” – pomyślał, ciesząc się jednocześnie z odnalezienia błyskotliwego rozwiązania. Ów pomysł zrodził jednak pytanie natury filozoficznej w zapijaczonym łbie tego osiedlowego degenerata. Skoro zagonił wszystkich lokalnych meneli do jednego pomieszczenia, kusząc ich wizją lepszej egzystencji, a następnie zagazował ich i planuje spalić zwłoki w piecu w celu zatuszowania swojego czynu, to czy oznaczało to, że przeprowadził eksterminację czwórasów na swoim osiedlu? Jeśli tak, to po czyjej stronie w końcu stał? Czy zbrodni tej dopuścił się w chwilowym letargu wątpliwego odkupienia? Czy może po prostu w głębi duszy nienawidzi meneli, a czyn popełnił sterowany podświadomością? Wiele pytań pozostawało bez odpowiedzi. Kluczowa jednak dla Gorawskiego pozostawała jedna kwestia. Skoro na osiedlu nie było już żadnych meneli, to z kim będzie teraz pił? – „Kurwa!” – wrzasnął roztrzęsiony myślą o tragicznej samotności, którą sam sobie zgotował. Musiał pozostać twardy i nieugięty w obliczu tego, co zostało do zrobienia. - "Posprzątać i zapomnieć” – pomyślał wchodząc do klatki swojego bloku. Wtem na klatce rozległ się nienaturalnie głośny huk, kiedy to sklejkowe obdrapane drzwi jego meliny otworzyły się, uderzając o betonową ścianę pokrytą odpadającą płatami lamperią. - "Mamy skurwysyna!” – krzyczało dwóch barczystych meneli, zbiegając po schodach w kierunku zaskoczonego Gorawskiego. Byli to jego dawni towarzysze z azylu, którzy z racji swoich predyspozycji intelektualnych oraz tężyzny fizycznej pełnili rolę wartowników meliny. Bez najmniejszego problemu potrafili spacyfikować natrętnych sąsiadów, degeneratów z konkurencyjnych melin, a nawet policjantów z jednostki specjalnej. Doskonale wyszkoleni, a w dodatku ewidentnie upojeni wynalezioną przez samego Gorawskiego ambrozją z całych sił parli w jego stronę. - "Jakim kurwa cudem?” – pomyślał, czym prędzej odwracając się na pięcie w celu ewakuowania się z tego bałaganu. Plany wielkiej ucieczki zniweczył jednak stalowy but ochronny, używany zazwyczaj przez dekarzy, który w tym momencie spotkał się z żuchwą Gorawskiego. Pijaczysko upadło bezwładnie na betonowe schody, energią uderzenia roznosząc smród potu, alkoholu i niemytych genitaliów po całej klatce. - "Co teraz będzie?” – pomyślał, otrzymując kolejnego, ogłuszającego kopniaka.


            -"Po co tu przyszedłeś zdrajco?” – powiedział szczerbaty Antoni, cucąc leżącego na podłodze, skrępowanego Gorawskiego. „Chyliłem i chyliłem, a potem wyszedłem z domu i ocknąłem się dzisiaj rano na ławce, to wróciłem” – odparł pewny siebie Gorawski, nie chcąc w swym tonie wzbudzać podejrzeń. – „Sam widziałem, jak włączasz gaz, jak zatykasz okna, jak nas zostawiasz. Nie spałem. Widziałem, co kombinujesz. Jak tylko opuściłeś mieszkanie, posłałem za Tobą Łysego. Wrócił dzisiaj rano i opowiedział nam o wszystkim. Teraz ja tu rządzę!” – wykrzyczał wyraźnie sfrustrowany Antoni. Nieprzyjemny zapach próchnicy i dziesiątek wypalonych papierosów wędrował akompaniując każdemu z jego słów wprost w nozdrza Gorawskiego, który, pomimo własnej niezbyt higienicznej aparycji i maniery omal się nie zrzygał. –„No i co kurwa?” – odparł błyskotliwie nieugięty Gorawski, pragnąc pokazać wszystkim obecnym przy tym swoistym przesłuchaniu menelom. – „No i gówno.” – wymamrotał spokojnie Antoni, wykonując precyzyjny niczym szwajcarski zegarek cios w spuchniętą i obolałą wątrobę Gorawskiego. Pijaczyna zawył z bólu. – "Pod moim kierownictwem każdego dnia stajemy się silniejsi. Tobie chodziło tylko o chlanie. Picie jest ważne, ale jest tylko środkiem, a nie celem. Celem jest skupienie wszystkich meneli z tego miasta w tym bloku, przejęcie wszystkich mieszkań, a nie jednego marnego M3, w którym trzyma się wszystkich, racząc ich płynem do chłodnicy, geniuszu. Wkrótce cała ta klatka będzie nasza, a każdy menel w tym mieście będzie pod moją komendą. Jesteś nikim. Ja przynajmniej w odróżnieniu od Ciebie, obdarciuchu potrafię się wysłowić. Ale nie myśl sobie, że nie jesteśmy humanitarni. Dostaniesz 20zł i odeślemy Cię do Lublina, do największej porażki Twojego życia, żebyś za swój czyn już do końca życia miał piekło na ziemi. I nie próbuj wracać do tego miasta, ani tym bardziej do Azylu. Za drugim razem skończysz metr pod ziemią, tuż obok Boruka” – zakończył swój długi monolog Antoni. Choć Gorawski doskonale rozumiał słowa swego oprawcy, nie interesował się nimi zbytnio. Bardziej zastanawiał się, kiedy ów pijaczyna przestanie produkować się intelektualnie tuż przy jego twarzy, bo wspomniany smród stawał się nie do zniesienia, co napełniało Gorawskiego obawą, że wkrótce odruchem bezwarunkowym utraci on zawartość swojej cennej, wysokoprocentowej treści żołądkowej, która z każdą sekundą odczuwania tego odoru coraz bardziej pragnęła wydostać się na świat i stać się niezależnym tworem. Tą udrękę dla zmysłów i żołądka Gorawskiego zakończył silny, ogłuszający cios w głowę. - "No w końcu” – pomyślał, po raz kolejny tracąc przytomność.

Rozdział IV

Skurwić się na nowo


-„Ja pierdolę” – pomyślał, odzyskując przytomność Gorawski i podnosząc swoją obolałą, pulsującą głowę ujrzał niezbyt przyjemne, klaustrofobiczne otoczenie. Znajdował się w czymś na wzór aluminiowej trumny, do której z lewej strony, z czegoś na wzór włazu bądź zsypu wpadał niewielki strumień światła. Wszystkiemu towarzyszył dziwny szmer wiatru i powtarzające się cyklicznie telepanie całej skrzyni. „Gdzie ja jestem?” – pomyślał zakłopotany Gorawski, jedną ręką wodząc po całej tej trumnie w poszukiwaniu jakiś obiektów, bądź czegokolwiek, co pomogłoby mu odgadnąć własne położenie. Wtem jego ręka natrafiła na skrawek materiału, który po kilkusekundowym badaniu organoleptycznym ze względu na niemal wszechogarniającą ciemność okazał się być alkantarową torbą podróżną. Zdziwienie przeplatane zaciekawieniem pijaczyny wzrosło jeszcze bardziej. Wymacawszy obiema rękami swoje otoczenie zorientował się, że jest otoczony materiałowymi torbami i plecakami. Wtem usłyszał charakterystyczne, krótkie syczenie dobiegające z tyłu skrzyni, w której się znajdował. Wszystko stało się jasne. Upośledzone latami spożywania napojów wyskokowych neurony osiedlowego degenerata, wciąż jednak błyskotliwego, a czasem wręcz genialnego złożyły wszystkie elementy układanki w spójną całość. Gorawski znajdował się w bagażniku autobusu. Dźwięk hamulców bębnowych, stosowanych w autobusach ten śmierdzący moczymorda znał bardzo dobrze. W latach osiemdziesiątych przez jakiś czas pracował jako monter w fabryce Autosanu. Brzmiało to jak melodia dla jego zatkanych woskowiną uszu. Wywołało piękne, wyciskające łzy wspomnienia. Bowiem nigdy wcześniej, ani nigdy później jak w tym okresie, na żadnej budowie ani w żadnym magazynie, Gorawski nie nakradł się więcej i nie ukręcił na lewo. Wtedy też mógł pić w pracy do woli. Niczym w tekście rapowego kawałka, Gorawski był kimś, będąc jednocześnie sobą. „Dlaczego wtedy nie zostawiłem tej kurwy?” – pomyślał skupiony na nostalgicznych wspomnieniach. W swych rozmyślaniach porównał własne życie do partii szachów, w której to każdy ruch zdefiniowany jest przez ruch poprzedni, a także otwiera drzwi do kolejnej puli możliwych poczynań. – „Kurwa!” – wrzasnął zły na samego siebie, swoim brudnym, robotniczym buciorem kopiąc w sufit bagażnika autobusu. Dotarło do niego również, jak humanitarni okazali się jego dawni towarzysze Azylu. Mimo, że był poobijany i okradziony ze wszystkich podwędzonych wcześniej swej autystycznej żonie środków, to jednak wyraźnie czuł, że jest dość mocno pijany. Wtem, gdy trochę się poruszył, poczuł pewien dyskomfort nigdzie indziej, jak w dolnym zakończeniu przewodu pokarmowego. –„Wyruchali mnie?!” – zastanawiał się  z przerażeniem, odczuwając lekkie pieczenie odbytu. Nie czekając ani chwili włożył rękę w podarte spodnie i grzebiąc grubymi, plebejskimi paluchami we własnej dupie znalazł jakiś przedmiot, który natychmiast wyciągnął. Swąd kału i ogólnego braku higieny wypełnił cały bagażnik. –„Kurwa”- wymamrotał Gorawski. Wyciągnąwszy mały obiekt ze swojej odbytnicy zastanawiał się czym on jest. Był owalny, walcowaty, z miękkiego materiału, zakończony sznureczkiem. Zapach miał przedziwny – było to pomieszanie kału i brudu z silnym zapachem alkoholu etylowego. –„Wsadzili mi tampona w dupę żebym szybciej i dłużej był pijany” – pomyślał, nie mogąc się nadziwić miłosierdziem ludzi, których przecież zdradził i którzy mając go na widelcu mogli po prostu zapierdolić go pierwszym lepszym przedmiotem znajdującym się w mieszkaniu. Zamiast tego oni przygotowali całą bazę logistyczną, aby wygnać go, darując mu jednak życie. Mimo to, postanowił on zemścić się na szczerbatym Antonim, za publiczne upokorzenie, jakie zgotował mu w obecności wszystkich mieszkańców Azylu, których przecież sam do niego zwerbował. Zrozumiał, co teraz stanie się priorytetem w jego pijackim żywocie. Wszystko zaczynało się od nowa, w nowym mieście i nowym środowisku, a on był tam całkowicie sam. Jedynym bazowym elementem nowego miejsca było mieszkanie jego autystycznej żony. To tam postanowił znaleźć schronienie, ponieważ było to jedyne znane mu miejsce, gdzie drzwi można zatrzasnąć na klucz, a przede wszystkim jedna z nielicznych nieruchomości w Lublinie, które w ciągu nie dłużej, jak kwadransu udałoby mu się przejąć szturmem. W jego głowie rodził się misterny, wielopoziomowy plan, którego celem było ostateczne zniszczenie Azylu wraz ze wszystkimi jego mieszkańcami. Motywowany chęcią zemsty wypisał sobie w myślach wszystkie punkty i wszystkie działania potrzebne mu do osiągnięcia tego celu. Przede wszystkim jednak, wykonanie tego planu było niezwykle czasochłonne. –„Nie dziś i nie za miesiąc, ale wszystkich zapierdolę” – pomyślał. Nagle autobus raptownie zwolnił, a znane Gorawskiemu hamulce znów wydały z siebie charakterystyczny, tym razem dłuższy syk. Po chwili autobus się zatrzymał. Wiadome było, że Gorawski nie może tak po prostu opuścić przestrzeni bagażowej. Potrzebował planu na wydostanie się stamtąd bez zwracania na siebie zbędnej uwagi. Problemy bowiem były ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował w realizacji swych nowych ambicji życiowych i nowego systemu wartości. Czasu na zastanawianie się zabrakło, gdy niespodziewanie klapa luku bagażowego otworzyła się, a oczom Gorawskiego ukazał się niesłychanie zdziwiony kierowca autobusu. –„Co to ma być?” – wysylabował zaskoczony kierowca firmy przewozowej. –„Dziękujemy i zapraszamy ponownie!” – wrzasnął rozwścieczony Gorawski, uderzając skonsternowanego kierowcę obunóż w tors. Przypominało to trochę ćwiczenie siłowe na tak zwanej suwnicy, z tym, że rolę obciążenia pełnił kierowca. Wyćwiczone operowaniem manualnym sprzętem budowlanym mięśnie dwugłowe i czworogłowe ud wykolejonego robola z pełną siłą wrzuciły Bogu ducha winnego kierowcę w olbrzymią kałużę znajdującą się jakiś metr dalej, na tym obskurnym i słabo utwardzonym placu manewrowym. –„Pierdol się” – dodał Gorawski, truchtem oddalając się od strefy wysiadania.
            Do drzwi mieszkania swojej małżonki, a raczej już do swojego mieszkania, mimo, że dwie znajdujące się w środku największe pomyłki jego życia jeszcze o tym nie miały pojęcia zawitał późnym wieczorem. Nie był jednak idiotą. Zdawał sobie sprawę, że pukanie do drzwi nic nie da. Jego niebywale paskudna, w dodatku od niedawna całkowicie bezzębna ślubna w życiu by mu nie otworzyła. Poza tym naraziłby się na ewentualny przyjazd funkcjonariuszy sił mundurowych, co w konsekwencji mogłoby doprowadzić do umieszczenia go w zakładzie karnym, lub co gorsza na odwyku. Poza tym jego wielki powrót na łono rodziny musiał być uwieńczony równie spektakularnym wejściem. Nie nabierając nawet większego rozpędu i bez znacznego użycia siły, Gorawski wyjebał drzwi z kopa. Trzy sekundy później znajdował się w salonie, gdzie jego autystyczna żona wraz z malutką Madzią wspólnie oglądały kino familijne, a patrząc po ich odzieniu szykowały się powoli do snu. Uwagę Gorawskiego przykuł wielki bandaż starannie owinięty wokół głowy dziecka. Widoczny spod niego czerwony od skrzepniętej krwi gazik uczynił z głowy Madzi coś na wzór flagi Japonii. „Trafiony, zatopiony” – pomyślał raz jeszcze, dumny ze swojego niezawodnego oka Gorawski. –„Jak tu wlazłeś?” – powiedziała przerażona pani Gorawska, która widząc zapijaczone lico tego zwyrodniałego samca alfa tuląc swą córeczkę zamarła w bezruchu. –„Kupujesz drzwi wejściowe z przeceny to tak masz.” – powiedział spokojnie Gorawski, wciskając się pomiędzy Madzię, a swoją telepiącą się ze strachu małżonkę. Rozsiadłszy się na tapczanie otworzył schowane pod pazuchą piwo, jedną ręką obejmując swoją córeczkę. –„Musisz się wyspać Madziu. Jutro czeka nas pracowity dzień.” – powiedział ciepłym, jak na siebie tonem do ucha swej zdziwionej córeczki. –„Czego znowu od nas chcesz?” – wymamrotała Pani Gorawska, której dykcja i poniekąd głos sam w sobie uległy zmianie odkąd nie miała już ani jednego zęba. Najwyraźniej mąż na zawsze zmienił aerodynamikę jej i tak dalekiego od doskonałości pod względem genetycznym aparatu gębowego. –„Wróciłem do Was. A Madzia jest już na tyle duża, że może podjąć pracę. Zaczynamy od jutra.” – powiedział entuzjastycznie Gorawski. Cała trójka w milczeniu oglądała film. Przez chwilę mogłoby się wydawać, że są normalną, szanującą się rodziną, która po całym dniu zmagań z codziennymi problemami chce spędzić trochę czasu razem, by zacieśnić więzi rodzinne, tak bardzo luźne w dzisiejszym pędzącym niczym pani Gorawska do MOPSu świecie. –„To ja pościelę łóżko” – powiedziała spokojnie pani Gorawska, na wciąż drżących z przerażenia nogach udając się do drugiego pokoju. –„Uwielbiam Króla Lwa!” – powiedział równie ciepłym, jak poprzednio tonem Gorawski, mocno przytulając Madzię, która z miesiąca na miesiąc urodą coraz bardziej przypominała swoją matkę, co napawało Gorawskiego nie tylko obrzydzeniem, ale i trwogą o los dziecka. -"Nigdy nie będzie miała męża" - wydedukował, bacznie analizując każdy detal twarzy Madzi.
Gorawski spał, jak zabity. Pierwszy raz od dawna miał możliwość snu w czystej i pachnącej pościeli, którą przygotowała dla niego żona. Ogólnie radziła sobie chyba bardzo dobrze. Mieszkanie, w którym od teraz horror z mężem alkoholikiem miał mieć swój ciąg dalszy było większe i designem nowocześniejsze, niż poprzednie. Rozkładowe, składające się z trzech pokoi oraz kuchni połączonej z przedpokojem, stanowiło jej własne gniazdko, w którym w końcu mogła czuć się bezpieczna. Do dziś. Po raz kolejny wszystkie jej starania o normalność i godną przyszłość dla swojej córki, bez urazów natury psychicznej i fizycznej dały w łeb. Znów powróciło zniewolenie, jakie przez ostatnie ćwierćwiecze  fundował jej zapity małżonek. Nie wystarczało jej tłumaczenie, że tak po prostu musi być, choć wiedziała, w jak beznadziejnej sytuacji się znajduje, pomimo wszelkich prób wyplewienia tej gangreny ze swojego życia.
Sen Gorawskiego w środku nocy stał się niespokojny, jakby płytszy. Odczuwał dziwny niepokój, a podświadomość w pewnym momencie ostrzegła go, że powinien jak najszybciej się obudzić. Odurzone alkoholem neurony wciąż działały, jak należy. Gorawski otworzył oczy i delikatnie podsunął się do góry łóżka. Wtem jego oczom ukazała się jego żona, stojąca przy zamkniętych drzwiach do sypialni, które najwidoczniej próbowała bezdźwięcznie otworzyć. Była ubrana w kurtkę, czapkę i buty, owinięta szalikiem, pod pachą trzymając torebkę. W związku z powyższym nie miała ona na celu spontanicznego opuszczenia pokoju, a zamierzone opuszczenie mieszkania. Zapijaczony ośrodkowy układ nerwowy Gorawskiego znów spisał się na medal. –„A Ty gdzie, tępa kurwo?!” – wrzasnął rozwścieczony Gorawski i chwyciwszy stojącą koło łóżka butelkę z niedopitym piwem rozbił ją o ścianę tuż obok swej żony. –„Ale ja….” – wymamrotała pani Gorawska. –„Kładź się kurwo tutaj z powrotem, drugi raz jak Cie tak przyłapie to obiecuję, że wezmę noża i przepierdolę Cię na pół. Rozpruję i wywlekę na lewą stronę, a z Twoich zawszonych jelit zrobię koraliki dla Madzi, w których wyślę ją na zakończenie roku, rozumiesz?” – oznajmił lekko podniesionym, stanowczym tonem Gorawski. Jego autystyczna małżonka, której to autyzm spowodowany był najprawdopodobniej efektem niedoleczonego zespołu stresu pourazowego po prostu posłusznie zrzuciła z siebie kurtkę, bez użycia rąk ściągnęła buty i kładąc na szafce czapkę i szalik położyła się obok swojego patologicznego męża. –„No i widzisz, teraz to Ci nawet nie przypierdolę, mimo, że zmarnowałem pół piwa na doprowadzenie Cię do porządku” – powiedział spokojnie Gorawski, jedną ręką obejmując telepiącą się w neurotycznym ataku paniki małżonkę. Po raz kolejny naszła go refleksja, że jest stworzony do życia rodzinnego, a jego rodzina nie poradzi sobie bez niego. Zważywszy na rozgardiasz emocjonalny, jaki dostrzegł u pani Gorawskiej i wyrastającej na kolejnego neurotyka córki stwierdził on, że obydwie go potrzebują. –„Potrzeba im silnej ręki, a wyjdą na ludzi.” – pomyślał, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że tylko on jest wybawicielem swojej rodziny. Oddając się marzeniom i snując wielkie plany, chwilę później zasnął, by przygotować się na pracowity dzień, jaki czekał ich już jutro.
Obudził się skoro świt, nie chcąc marnować czasu, który niczym rozlane piwo uciekał mu przez palce z każdą chwilą. Czas był w jego przypadku towarem deficytowym, bo w odróżnieniu od alkoholu, papierosów czy pieniędzy nie dało się go ukraść. Nie było takiego sklepu, w którym przez niedomkniętą kratę bądź sprzedając solidny cios ciężką, popękaną pięścią dałoby się ukraść czas. Był nienamacalny i uciekał. Świadomy lecących z góry na dół ziarenek w klepsydrze Gorawski zaczął realizować swój plan. Szykując się w biegu, jednym haustem wypił przygotowanego dzień wcześniej „Bombardiera”, niczym zbierający się do pracy menadżer średniego szczebla w dużej firmie. Na szczęście w mieszkaniu nie było już jego irytującej małżonki, na którą po nocnej próbie ucieczki wciąż był wściekły. –„Trzeba będzie wieczorem rozkładać pod drzwiami kolczatkę” – pomyślał. Nie obawiał się jednak, że jego żona uciekła. Wiedział dobrze, że poszła do pracy i że nie uciekłaby od niego bez swojej córki, którą kochała, jak nikogo innego. Wiedział również, że ma spokój od tej darwinowskiej drwiny z płci pięknej na najbliższe dwanaście godzin. Natychmiast udał się do pokoju małej Madzi. Wyciągnąwszy z szafki kilka jej ubranek podarł je miejscowo, by przypominały stare i zniszczone. W bucikach kuchennym nożem powycinał dziury, tak aby patrząc na nie z góry dało się dostrzec wystające palce, a kurtkę przypalił zapalniczką, robiąc w niej dziurę na plecach wielkości małej pizzy. –„Co robisz, tatusiu?” – powiedziała zdziwiona Madzia, która właśnie się przebudziła. –„Pamiętasz jak powiedziałem Ci, że zaczniesz pracę? Załatwiłem dla Ciebie coś wspaniałego. Zawsze chciałaś zostać znaną piosenkarką. Dziś to marzenie się spełni” – powiedział spokojnie, jak nigdy Gorawski. –„Naprawdę?” – powiedziała zszokowana postawą ojca Madzia. –„Naprawdę. Od dzisiaj będę Twoim agentem i właśnie kończę szykować Twoją charakteryzację, ubieraj się” – odparł jeszcze spokojniej, jak poprzednio Gorawski. Dziewczynka nie mogąc uwierzyć, że tatuś spełnił jej odwieczne marzenie, jednym ruchem zrzuciła z siebie białą kołderkę w niebieskie rybki i z prędkością z jaką zazwyczaj uciekała od pijanego ojca zaczęła się ubierać. Dziwiło ją troszkę, że jako wielka gwiazda estrady ubrana jest w porwane i zniszczone ubrania. –„Tatusiu, dlaczego mam dziury w butach?” – zapytała zaniepokojona, lecz wciąż podekscytowana Madzia. –„Taka teraz moda.”- odparł przez zęby tracący cierpliwość Gorawski. Nie miał w zwyczaju wdawać się w zbędne dyskusje z rodziną, kiedy wiedział, że dane działanie jest słuszne dla poprawienia jej bytu. Nie mógł jednak wystraszyć dziecka, by nie stracić szansy, jaką dawał mu los, który wysłał go w nowe miejsce, co on sam uznawał raczej za przeznaczenie. –„Idziemy!” – dodał i chwyciwszy dziecko za rękę opuścił mieszkanie, po drodze zabierając ze znajdującej się na przedpokoju szafy wnękowej dużą torbę podróżną.
Chwilę później znaleźli się pod modnym w całym mieście sklepem ze sprzętem muzycznym, który Gorawski zdążył wyhaczyć dzień wcześniej w drodze z dworca do mieszkania. –„Zaczekaj tu chwilkę, zaraz wrócę.” – powiedział, swe następne kroki kierując na tyły sklepu. Front obiektu wraz z całą wystawą asortymentu znajdował się tuż przy ulicy, jednak tył wraz z wjazdem dla zaopatrzenia był z tyłu, od strony dziedzińca kamienicy, z dala od zgiełku ulicy i nadmiernej ilości ciekawskich oczu. Sklep był umiejscowiony na parterze, a rampa załadunkowa obejmowała piwnicę kamienicy. Zważywszy na fakt, że miał on zostać otwarty dopiero za trzy godziny nie istniało najmniejsze ryzyko, że w środku znajduje się właściciel, bądź któryś z pracowników. Po raz kolejny ponadprzeciętny intelekt Gorawskiego dał o sobie znać. Dzień wcześniej potrzebował tylko chwili, by wyróżniający się spośród masy innych go otaczających sklep zwrócił jego uwagę na tyle, by mógł zweryfikować jego otoczenie i wpleść go do swego planu, jako jeden z istotnych elementów. Znów, po raz pierwszy od dłuższego czasu był z siebie dumny. Wiedział, że ze wciąż rozrastającą się od alkoholu ilością zwojów i połączeń mózgowych jest w stanie zdziałać wiele. Był dumny, dumny z siebie, tak jak dumny był z każdego położonego metra kwadratowego płyty kartonowo gipsowej. Nie mógł zbyt długo dawać dumie upustu – należało działać. Solidnym kopniakiem rozbił piwniczną szybę sklepowego magazynu i nie usłyszawszy żadnego alarmu, który mógłby zniweczyć jego plan wrzucił do środka wielką podróżną torbę, następnie samemu wślizgując się tam, niczym małolat do zjeżdżalni w aquaparku.
Malutka Madzia zaczęła się troszeczkę niepokoić. Stała pod sklepem już dobre dwadzieścia minut, a jej tata wciąż nie wracał. Jak gdyby tego było mało, jej malutką, wciąż obolałą po ostatnim niejasnym wypadku w czasie lekcji główką miotały sprzeczne myśli i emocje. Z jednej strony bardzo bała się ojca, który wielokrotnie sprawiał jej ból i katusze psychiczne ciężkie do zniesienia nawet dla osoby dorosłej, a co dopiero dla dziecka, jednak z drugiej strony nie mogła się nadziwić, że po tym niespodziewanym powrocie postanowił on spełnić jej marzenie o zostaniu sławną artystką i uprzednio wszystko zaaranżował. –„W końcu tatuś dostrzegł mój talent” – pomyślała. Próbowała poukładać sobie to wszystko w swojej koślawej główce, tłumacząc sobie ten nagły splot zdarzeń faktem, że tatuś z pewnością poznał kogoś sławnego, z kim podpisał wielki kontrakt dla Madzi. –„Mój tatuś jest wspaniały” – powiedziała pod nosem, uśmiechając się, zapominając tym samym o bólu, jaki przeszywał jej skroń. Wtem z bocznej alejki wyłonił się idący zdecydowanym, sprężystym krokiem Gorawski, w ręku niosąc wypchaną po brzegi, do niedawna jeszcze pustą torbę. –„Idziemy.” – powiedział szorstko, chwytając Madzię za jej serdelkowatą rączkę.
Wkrótce dotarli na przystanek autobusowy, znajdujący się przy jednej z najruchliwszych ulic w mieście, tuż obok szeregu biurowców oraz dużego centrum handlowego. Przystanek stanowił miejsce tranzytowe setek pasażerów w ciągu dnia, było tam gwarno od rana do późnych godzin wieczornych. Za przystankiem rozciągała się wielka, ozdobna brama główna starego cmentarza parafialnego, co w umieszczonym na jednym obrazku kontraście z masą zabieganych, niczym zaprogramowane roboty ludzi zmuszało każde wrażliwsze oko do pewnej refleksji.Istotne również było, że przewijali się tam ludzie w różnym wieku i z różnych warstw społecznych, jednak dominowali tam przyzwoici, średnio zamożni ludzie pracujący we wspomnianych biurowcach i konsumujący ciężko zarobione w codziennym wyścigu szczurów pieniądze w pobliskim centrum handlowym. Nie było innej grupy społecznej, którą Gorawski gardziłby bardziej. Może poza właścicielami małych i średnich firm z branży budowlanej, których zdążył znienawidzić za te wszystkie lata niedomówień i ich ciągłych pretensji co do jakości jego pracy jak i jego samego. –„Idealnie.”- wymamrotał pod nosem Gorawski, energicznym ruchem otwierając postawioną na ziemi torbę. Pod podziurawionymi butami malutkiej Madzi położył czapkę, a następnie wyciągnąwszy z torby piękne, mahoniowe skrzypce wręczył je swojej różowiutkiej na policzkach z zimna córce. –„Graj prosiaku” – powiedział Gorawski, próbując przy każdej okazji odwracać wzrok od Madzi, która przez wypieki na twarzy naprawdę miała w sobie coś z młodego prosięcia. –„Ale ja nie umiem grać na skrzypcach Tatusiu.” – odparła zakłopotana Madzia. –„Graj kurwa cokolwiek!” – wrzasnął zdenerwowany Gorawski, ostrzegając jednocześnie Madzię, że cały występ będzie obserwować zza bramy cmentarza. –„Jesteś wielką gwiazdą, pamiętaj o tym.” – dodał i próbując nie zwymiotować na widok swej paskudnej latorośli zabrał torbę i schował się za bramą cmentarza. Usiadłszy na przygrobowej ławce obserwował dziecko, które delikatnie szurając smyczkiem po strunach, zgodnie z jego zaleceniami grało cokolwiek. –„Teraz trzeba tylko czekać” – powiedział zadowolony ze swej inwencji twórczej Gorawski, który w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń wyciągnął z torby trzy butelki „Bombardiera”, z których jedną zaczął natychmiast konsumować. Malutka Madzia prawie od razu wzbudziła zainteresowanie przechodniów. Stojąca na mrozie, zziębnięta dziewczynka odziana w podarte ubranie, dziurawe buty i zawiniętą bandażem głowę, spod której nieśmiało wyłaniał się duży, zakrwawiony strup, jak gdyby swą obecnością chciał opowiedzieć jakąś historię. Madzia powoli zaciągając smyczkiem wydawała dźwięki, które przygłuszone gwarem ruchliwej ulicy tworzyły przejmującą melodię. Całe grupy oczekujących na autobus, wysiadających z autobusu, bądź zwyczajnie przechodzących tamtędy ludzi zatrzymywały się na chwilę, by wsłuchać się w muzykę zdającą się być cichutkim płaczem tego dziecka. Co kilka sekund, w położonej pod nogami Madzi czapce lądowały monety o różnych nominałach, od czasu do czasu przykrywane banknotem. „-Tatuś nie kłamał. Naprawdę jestem gwiazdą” – pomyślała Madzia.
Minęły jakieś trzy godziny. Słońce górowało nad pokrytym śniegiem miastem. Promienie odbijały się od bielutkiego śniegu, czyniąc dzień jeszcze bardziej pogodnym. Upojony trzema „Bombardierami” Gorawski zasnął na cmentarnej ławce. Nie obawiał się zamarznięcia, ponieważ wielokrotnie zmuszony był spać pod gołym niebem zimową porą i jak dotąd nic mu się nigdy nie stało. Spokojny sen Gorawskiego przerwał komunikat małej Madzi. –„Tatusiu, jestem głodna.” – powiedziała dziewczynka szarpiąc pijanego w sztos ojca za kurtkę w celu obudzenia go z narkotycznego snu. Nie było to jednak dobrym pomysłem. Gibotanie w lewo i prawo jego ciałem spowodowało chęć wymiotów, a gdy otworzył oczy i ujrzał przed nimi twarz swojej córki, spotęgowało to chęć wyrzucenia zawartości żołądka. –„Ty mała kurwo!” – wrzasnął orientujący się w sytuacji Gorawski, z otwartej dłoni uderzając dziecko w twarz. Madzia zajęła się cichutkim płaczem, a strup na jej skroni, którego widocznie dosięgły nieobcinane od dawien dawna paznokcie Gorawskiego zaczął krwawić. –„Wypierdalaj z powrotem grać, chcesz stracić kontrakt?!” – powiedział srogo Gorawski. Madzia domyślając się, jak bardzo tatuś natrudził się przy załatwieniu jej tego wielkiego kontraktu scenicznego, zgodnie z poleceniem udała się ponownie na przystanek. W jej małej główce wszystko się wyklarowało. Musiała odstawić swoje własne potrzeby na bok, by móc cieszyć się realizacją marzeń. –„Tatuś ma rację. Jestem do niczego. Od teraz będę starać się bardziej.” – pomyślała, ponownie pociągając smyczkiem po strunach. Kilka godzin później, gdy dzień chylił się ku końcowi, a wyciągnięta rano z domu bez śniadania Madzia ledwo trzymała się na nogach, Gorawski podjął decyzję o fajrancie. Zawoławszy Madzię w głąb cmentarza położył czapkę na ławce i zaczął liczyć. Nie mógł wyjść ze zdumienia, kiedy doliczył się niemal siedmiuset złotych, z czego dwie trzecie stanowiły banknoty. Po raz kolejny przekonał się o swoim geniuszu. Wiedział, że w tym właśnie tkwi sekret na zarabianie olbrzymich sum pieniędzy. Postanowił, że od dziś będzie mecenasem sztuki, który całą swoją energię zainwestuje w show biznes. –„Ja pierdolę!” – powiedział z ekscytacją chowając pieniądze do kieszeni swych brudnych, podartych spodni. –„Tatusiu, coś jest nie tak z moimi paluszkami u nóg. Nie mogę nimi ruszać i są jakieś takie czerwone” – wystękała widocznie obolała Madzia. –„To masz kurwa problem” – odparł stanowczo Gorawski swoje kroki kierując w stronę sklepu monopolowego.


-„Czy Ty już całkiem zwariowałeś?” – powiedziała rozwścieczona pani Gorawska, widząc stojącego w drzwiach moczymordę wraz z Madzią w pełnej charakteryzacji jego autorstwa. Widziała, w jak opłakanym stanie znajduje się dziecko. Wygłodzona i wychłodzona Madzia usiadła na podłodze, by ściągnąć buty. Nie miała siły, by zrobić to na stojąco, ledwo trzymała się na nogach. Gorawski był wściekły. Ta szuja nie potrafiła nawet powiedzieć „dziękuję” za to, że wymyślił tak dobry pomysł. W ogóle nie doceniła jego kunsztu ani talentu do biznesu. –„Ty niewdzięczna kurwo!” – wrzasnął w niebogłosy uderzając swą autystyczną żonę pięścią w twarz. Kobieta odbiła się od ściany, a gdy już odzyskała kontrolę nad swoim ciałem uciekła do pokoju i schowawszy się za szafą modliła się, by nadciągający nieubłaganie wpierdol nie był na tyle solidny, by skierować ją do szpitala. Nie mogła sobie pozwolić na pozostawienie Madzi samej ze swym wyzutym z resztek człowieczeństwa mężem. Słysząc ciężkie kroki degenerata, z każdą sekundą coraz bardziej wyraźne chciała jedynie, by było już po wszystkim. Wielkie zdziwienie ogarnęło ją, kiedy zamiast poczuć kolejne solidne uderzenie pięści kształtem i strukturą typowej dla nizin społecznych ujrzała stojącego przed nią Gorawskiego, trzymającego w ręku skrzypce skierowane w jej stronę. –„Ciebie też kurwo nauczymy grać”- powiedział.


Rozdział V

Już nie król, a cesarz




Nerwowo krocząc z kąta w kąt wyczekiwał ich powrotu. Każda minuta spóźnienia napawała go niepokojem -"Jeśli to kolejna próba ucieczki, to następnym razem uwiążę je łańcuchem i będę co dwie godziny chodził je przepalować, jak tatko Mućkę." - uspokajał się kolejnym praktycznym rozwiązaniem Gorawski. -"Nie łaź jakbyś owsiki miał, chodź pić." - powiedział próbując uspokoić swojego wybawcę Józek Góra, który jako pierwszy przybył do nowego Azylu jakieś pięć miesięcy temu. Ten niski, cherlawy, emerytowany budowlaniec z niejasną, aczkolwiek, biorąc pod uwagę wytatuowane mgiełki pod oczami kryminalną przeszłością był najwierniejszym z całej dwunastki wybrańców, których przez ostatnie miesiące wyselekcjonował Gorawski.  Jego lojalność wynikała z podziwu dla doskonałości, z jaką Azyl był zaplanowany. Pomysłodawca Azylu nie zdążył jednak skorzystać z propozycji wspólnego spożycia alkoholu, gdyż otwierające się drzwi wieściły nadejście tego, na co tak długo czekał. Ze względu na specyficzną konstrukcję, mającą na celu uniemożliwienie wszelkiej maści napastnikom wtargnięcie do Azylu, otwarcie drzwi zajęło dłuższą chwilę. Były bowiem wzmocnione stalową płytą skradzioną z pobliskiego skupu złomu oraz wsparte dwoma poprzecznymi bolcami ze słupków ogrodzeniowych, tworzącymi pancerną zasuwę. -"Siedem minut spóźnienia!" - usłyszała pani Gorawska, przekraczając drzwi miejsca, z którym niegdyś wiązała nadzieje na nowe, godne życie. Jednak zapewniony jej przez przekraczającego z każdym dniem kolejne granice wykolejenia męża etat ulicznej skrzypaczki, w dodatku stylizowanej na bezdomną był ostatnią rzeczą, jakiej mogła spodziewać się wprowadzając się tutaj z Madzią. Pod wpływem regularnej poprawy charakteryzacji, w postaci siniaków, strupów i bruzd na twarzy, ta drobna kobieta przestała już przypominać osobnika jakiejkolwiek płci. Była czymś w rodzaju bezkształtnej bryły o owalnym kształcie, przypominającej wypuszczoną spod rąk bawiącego się przedszkolaka stwardniałą plastelinę. Wielokrotne skarżenie się na powyższy stan rzeczy niewiele zmieniło. Dla jej zapijaczonego męża, od dłuższego czasu uważającego samego siebie za artystę charakteryzacja sceniczna była najważniejsza. Z tygodnia na tydzień, kolejne "Chodź, trzeba Ci nieco przypierdolić" przestało robić na niej wrażenie. Prawdopodobnie jej połączenia nerwowe na twarzy uodporniły się na ciosy, albo zwyczajnie straciła już w niej czucie - ciężko powiedzieć. Nie przejmowała się zbytnio twarzą. Poskładać ją jako tako do kupy mógł jedynie chirurg plastyczny, na którego nie było jej stać. -"Po co marzyć o czymś, co jest nierealne?" - powtarzała sobie wielokrotnie w myślach, wybijając się coraz wyżej na orbitę autyzmu i zniewolenia. Cóż za ironia. Nie miała przy sobie ani grosza mimo, że każdego popołudnia trzymała w rękach czapkę, w której znajdowało się około tysiąca złotych - tyle bowiem zarabiała grając na skrzypcach w centrum miasta. Jej ukochana córka w weekend potrafiła zarobić nawet więcej. Spacerujące w czasie wolnym rodziny z dziećmi są najbardziej litościwe. Ukraść je bez wiedzy męża i uciec? - Wykluczone. Zrobiłby wtedy wszystko, by ją odnaleźć, a poza tym nie miała wystarczająco dużo odwagi, by posunąć się do tego i tak z góry skazanego na porażkę aktu desperacji. W całej tej beznadziei, pani Gorawska starała się jednak dostrzec pewne plusy. Zarówno ona, jak i dwunastoletnia już Madzia były głównym źródłem utrzymania założonego przez jej męża Azylu, zatem miała pewność, że nigdy nie zostaną skrzywdzone tak mocno, by kolejnego dnia nie móc pójść żebrać. Ta myśl dawała jej namiastkę poczucia bezpieczeństwa.
Nauczony doświadczeniem dwóch poprzednich porażek Gorawski zadbał o każdy szczegół nowo powstałej struktury. Już nie martwił się o dostateczną ilość chętnych wiedząc, że tych i tak będzie więcej, niż miejsc. Poprzez swoisty casting wyłonił jedynie najbardziej zatwardziałych żuli z grubą kartoteką kryminalną jako warunkiem koniecznym do zamieszkania w Azylu. Najgorsi z najgorszych, najbardziej zdegenerowani wśród tych, nad którymi i tak można było już postawić krzyżyk mieszkali pod jego dachem, gotowi na wszystko, by nie martwić się o schronienie, alkohol, pożywienie i realizację swych obrzydliwych, nieraz okrutnych upodobań. Sam Gorawski nie miał już chyba sumienia, popadł za to w jeszcze większą megalomanię. Jego podsycane ciągłą aprobatą lokalnych zwyroli ego rosło, a na tą chwilę było już chyba widziane z kosmosu. I słusznie. W sieci uzależnień i bałaganie go otaczającym działał on metodycznie, każdego dnia dążąc do realizacji celu, jaki sobie poprzysiągł. Niczym dwudziestowieczny imigrant realizujący swój american dream, z nikomu nieznanego pijaczka, osiedlowego pośmiewiska stał się gotowym na wszystko psychopatą budzącym strach wśród normalnych obywateli tego iście lemingowego, lubelskiego osiedla. Stał się także przedsiębiorczy. Zawsze trzymał w odbycie tampon nasączony płynem do chłodnic samochodowych, by oszczędzać alkohol i maksymalizować jego działanie, przez co więcej zbawiennego wysokooktanowego paliwa mieli spożywać jego towarzysze. Nie było w tym jednak czystego altruizmu. Zauważył on, iż skala zła reprezentowana przez jednostkę jest wprost proporcjonalna do ilości spożywanego przez nią alkoholu, jeżeli tylko od samego początku wykazywała ona tendencje i zachowania aspołeczne. 
Uspokoił się, gdy jego córka i Quasimodo, jak z wiadomych powodów od dłuższego czasu zwykł nazywać swoją żonę, wróciły z pieniędzmi do domu. Chcąc ukoić resztki stresu, palił papierosa przy okratowanym drutem żebrowanym oknie salonu. -"Tatusiu, gdzie są moje wszystkie zabawki? Nigdzie nie mogę ich znaleźć" - spytała zaniepokojona Madzia. -"Wjebałem w centralne." - odparł spokojnie Gorawski, zaciągając się mocno nabitym papierosem, z którego wystawały zielonkawe farfocle tytoniu. Dziewczynka zajęła się głośnym płaczem i odwróciwszy się tyłem do ojca zakryła pokrytą łzami twarz swoimi malutkimi, różowiótkimi dłońmi. -"Zamknij tego ryja, bo chłopaków pobudzisz" - warknął srogo Gorawski celując swoją plebejską stopą z widocznymi od lat noszenia niedopasowanych butów roboczych haluksami prosto w kierunku zakończenia pleców dziecka. Mała upadła na podłogę i nie chcąc już denerwować taty, ani tym bardziej jego kolegów z Azylu, postanowiła nie podnosić się z tej pozycji, tylko po prostu bezdźwięcznie przeczołgać się do drugiego pokoju, w którym wraz z matką dzieliły mały, podziurawiony od spadającego popiołu papierosowego materac.
Poranek nie należał do najłaskawszych. Przez tego małego, obrzydliwego bękarta, który dzień wcześniej wyprowadził go z równowagi, Gorawski musiał się napić. Zapomniał jednak o tamponie umieszczonym we wspomnianym wcześniej miejscu. -"Niech to chuj!" - krzyknął trzymając w obu rękach swoją obolałą głowę, jak gdyby miały ochronić ją przed oddzieleniem się od reszty ciała. Nieraz w jego halucynacjach pojawiały się już wizje związane z dekapitacją z nieznanego powodu. Za ten stan rzeczy obwiniał on wyłącznie Madzię. -"Zaszlachtuję małą kurwę." - pomyślał, ze złości kopiąc w otwarte drzwiczki znajdującej się w salonie komody, a właściwie tego, co z niej zostało. Całe szczęście, że godzina była już późna, zatem Madzi nie było w domu. Od kilku godzin, wraz ze swoją matką grała na skrzypcach. Podlegli zaś Gorawskiemu towarzysze ruszyli w różne strony miasta w poszukiwaniu cennych fantów oraz napojów wyskokowych. Opatentowana wieki temu metoda ze spuszczaniem płynu borygo z zaparkowanych pod supermarketami samochodów została przez nich udoskonalona. Stworzona przez Gorawskiego specjalna trzyosobowa komórka składająca się z dawnych mechaników samochodowych, z których jeden potrafił w nie więcej jak pół minuty w razie potrzeby nawet otworzyć i odpalić bez kluczyków każdy zaparkowany samochód, działała niesłychanie sprawnie. Pod dachem Gorawskiego nie mieszkało wielu meneli, więc i zapotrzebowanie nie było tak duże. Stawiał on na jakość, a nie na ilość. W związku z tym nie potrzebowali więcej, niż siedmiu litrów płynu i dwudziestu butelek siarkowatego napoju winopodobnego dziennie. Ze względu na opanowany przez jego latorośl i brzydszą, niż kiedykolwiek wcześniej żonę do perfekcji kunszt grania na skrzypcach uwolnił go od wszelkich trosk ekonomicznych. Jednak kraść było trzeba, bo liczył się każdy oszczędzony grosz. 
Gdy tylko zostawał sam tworzył plan zemsty. Plan, który zawierał inwazję, szturm, zniszczenie, a przez to odzyskanie dumy. Zebrane przez ostatnie miesiące, pochodzące z różnych źródeł czterysta tysięcy złotych poszerzyło spectrum jego możliwości do maksimum. Perfekcyjny, z dokładnością co do sekundy plan był niemal gotowy i wkrótce miał stać się rzeczywistością. Beknąwszy połowicznie przetrawioną siarką, rozpoczął dopracowywanie szczegółów. Był niemal przekonany, w kwestii powodzenia planu, mial przecież środki i zasoby ludzkie, by go zrealizować i dokonać zemsty na dawnych towarzyszach. Zatriumfuje. Tylko co potem? Przez ostatnie miesiące żył jedynie chęcią rewanżu. Co zrobi, gdy jego życiowy cel zostanie osiągnięty? A co, jeśli plan się nie uda, polegnie w walce i jego pokiereszowane ciało wraz z bezpowrotnie rozszarpaną dumą spoczną zwinięte w dywan tuż obok Boruka? -"Chuj w dupę." - wymamrotał kończąc filozoficzne rozważania.